Czekam aż to miasto wreszcie mi postawi posąg – „Szprycer” Taco Hemingwaya

W nocy, 30 lipca światło dzienne ujrzała zapowiedziana, na krótko po świetnie przyjętym, openerowym występie, wydana przez AsfaltRecords, nowa EPka Taco Hemingwaya. Szprycer to dziewięć utworów, jak dotychczas – rap zapis obserwacji życia młodego warszawiaka, lecz tym razem – w zupełnie odmienionej warstwie muzyczno-wokalnej. Nowy styl Filipa Taco Szcześniaka zaskoczył chyba każdego oddanego mu słuchacza…

Zosia Wierzcholska: Druga płyta jest zawsze ogromnym wyzwaniem dla artysty – Taco zdał egzamin rewelacyjną Umową o dzieło. Zeszłe wakacje to Wosk – teksty pełne niepokoju i szczerości o nieoczekiwanym sukcesie i – w związku z tym – kryzysie twórczym. Jesienią dostaliśmy Marmur, materiał różnie przyjmowany przez krytyków. Przysporzył jednak artyście ogromnej liczby nowych słuchaczy, a samego Filipa zapisał na stałe do polskiej sceny muzycznej. O Taco mówili wszyscy. Dla mnie jego twórczość to przede wszystkim trafne spostrzeżenia i mnogość odwołań, ciężko więc uniknąć porównań do poprzednich materiałów. Jak Wasze pierwsze wrażenia po wysłuchaniu Szprycera? Nie wydaje Wam się, że Taco narzucił sobie za duże tempo?

Karolina Kozłowska: Nie mam pojęcia czy o tempo tutaj chodzi. Wydawałoby się, że Taco Hemingway właśnie takie sobie narzucił, że co 6-12 miesięcy wypuszcza nowy materiał i że taki rytm tworzenia mu służy – jest na tyle płodnym artystą, że po prostu płynie na fali. Jednak być może nastąpiło pewne zmęczenie materiału, związane z nagłą popularnością? Lecz takie sygnały Fifi dawał już na Wosku czy Marmurze, a były to dużo lepsze pozycje od najnowszej EPki Szprycer. Wiadomo, że każdy artysta zmienia się z biegiem czasu, ewoluuje, inne czynniki działają na niego stymulująco i to normalne, że jego kolejne dokonania będą różnić się od poprzednich, ale co się dzieje, gdy zatraca on swoje główne atuty? W przypadku Filipa Szcześniaka zdecydowanie ucierpiał poziom tekstów – ze świeczką tutaj szukać nośnych, zaskakujących skojarzeniami wersów, którymi przecież czarował wcześniej, podając nam je w ilościach przyprawiających o zawrót głowy, która kiwała z uznaniem. A moż po prostu taka miała być ta płyta – lekka, letnia, traktująca o dziewczynach i nocnych imprezach? Zaraz po wypuszczeniu materiału przesłuchałam tylko kawałek Karimata. Pomyślałam: Nieźle! Styl typowo Tacowy, jednak teraz, gdy zapoznałam się z całym krążkiem za jednym zamachem, stwierdziłam, że ta monotematyczność nuży.

Justyna Barańska: Ta płyta mnie zaskoczyła – nie jest to odkrywcze stwierdzenie, jednak mam tu bardziej na myśli treść, która moim zdaniem jest żartem lub eksperymentem, oczywiście wolę wierzyć, że tym drugim. Zaczyna się ona dosyć mierną Nostalgią, której słuchając, odnoszę wrażenie, że cofam się w czasie co najmniej o dziesięć lat w historii rapu. Oczywiście, jest to ciekawy zabieg, jednak znając Taco już od kilku lat, wierzę, że regres nie jest jego ulubionym procesem twórczym. Niektóre z tekstów dochodzą do miejsca, w których ironia graniczy z lekkim niesmakiem – choć i to nie jest najlepsze słowo. Kiedy pewnego dusznego poranka po przebudzeniu, na mojej tablicy zobaczyłam kilkanaście postów o tej płycie, czułam się, jakby Boże Narodzenie w tym roku było w lipcu. Całą poranną drogę tramwajem słuchałam płyty, otwierając tylko oczy ze zdziwienia. Poczułam się trochę, jakbym zamiast upragnionego roweru dostała sweter z wyszytym reniferem – nie dość, że kiczowaty, to jeszcze mało potrzebny. Mam tak trochę ze Szprycerem – nie do końca rozumiem, co się tak naprawdę wydarzyło przy wydaniu tej płyty. Czy jest to mocny zwrot czy tylko badanie czujności odbiorców?

ZW: Naprawdę chciałabym wierzyć, że nowy materiał to tylko żart, zabawa z konwencją. Szprycer to w końcu nazwa drinka z bąbelkami, który pije się w letnie wieczory, może i tak miało być właśnie z tą płytą? Coś niezobowiązującego na wakacje? Wątpliwości chyba rozwiał teledysk do Nostalgii – to wcale nie jest ironiczne. Znów wracamy do tekstów o dzieciakach z Placu Zbawiciela. Nie twierdzę, że my, słuchacze, dorośliśmy. Absolutnie! Jednak teksty ze Szprycera sprawiają wrażenie dużo mniej precyzyjnych, jakby napisanych na kolanie, mniej przemyślanych. Żeby nie było, że tylko krytykuję – humorystyczne Dele mam zapętlone od premiery krążka…

KK: Też odnoszę wrażenie, że teksty dotykają tylko powierzchni spraw, nie zagłębiając się w ich istotę. Wcześniej obserwacje Fifiego były celne i dotyczyły nie tylko rozterek warszawskich millenialsów, jakkolwiek szumnie to brzmi, ale oddawały ogólny obraz świata, jaki muzyk widział zza swoich okien; ludzi, których spotykał; puls miasta, w którym mieszkał. Nie wydaje mi się, aby był to kierunek, w którym Taco będzie teraz zmierzał. Myślę, że jest to bardziej próbowanie nowych rzeczy – w tym przypadku z trochę gorszym skutkiem, ale Hemingway już odniósł się w kawałku Nostalgia do popełnianych przez siebie błędów.

Z perspektywy czasu raczej wszystkie nieważne. Ośmielę się założyć, że tak będzie również tym razem.

Jednak faktycznie nie można tylko narzekać, bo Szprycer ma swoje dobre momenty. Po którymś z kolei przesłuchaniu – naturalnie – oswajam się z tym materiałem i wyłapuję różne niuanse. Może w tym szaleństwie jest metoda? Może zamiast zabawą i swoistą apoteozą nocnych zabaw, jest raczej smutną ironią dotyczącą tego, jak wyzuci, wyprani i stłamszeni są współcześni dwudziesto-, trzydziestolatkowie, a ich jedyną, nieskuteczną już, receptą na rozterki dotyczące istnienia, ucieczkę od szarej codzienności jest rzucanie się w wir zabawy? Tak też można rozumieć refren kawałka Tlen:

Pracowałem cały dzień, żeby miło spędzić noc
Żeby życie było snem, żeby słyszeć życia dźwięk
Tańcowałem całą noc, żeby życie miało wdzięk
Łykam bas niby tlen, żeby życie miało sens

JB: Mam szczerą nadzieję, że Taco nie pójdzie w tym kierunku, choć wiem, że tylko próbowanie nowych rzeczy czegoś nas uczy. Nie każdy krążek musi być dobry, być może Szprycer powstał po to, żeby zrobić szum? Bo z drugiej strony – ile można słuchać podobnie poważnych tekstów. Zabiegi muzyczne zastosowane na płycie również są ciekawe i po którymś z rzędu przesłuchaniu stają się przyjemniejsze niż za pierwszym. Wiele osób zarzuca tutaj nadmiar Auto Tune, który jest już przestarzały. Te reakcje trochę mnie dziwią, biorąc pod uwagę ogólną modę na old school.

Moim ulubionym kawałkiem jest chyba Dele, który oczywiście nawiązuje do warszawskiego życia nocnego, pracy nad kawałkami, dziewczyn i sytuacji z branży. Chyba sama łapię się tutaj w pułapkę, bo z jednej strony nie chcę żeby Filip był kojarzony tylko z kawałkami dla millenialsów ze stolicy, z drugiej podświadomie te kawałki najbardziej do mnie trafiają. A Wy które numery lubicie najbardziej?

ZW: Mnie też najbardziej spodobał się utwór Dele. Bawi mnie w nim, typowe dla Hemingwaya, nawiązanie do viralowego wideo sprzed dziesięciu lat. Filip puszcza oko do słuchacza, na zasadzie – starzy wyjadacze internetu będą wiedzieć o co chodzi. W jego poprzednich wydawnictwach tego typu żartów było wiele, wszakże nie możemy zapomnieć, że Filip, zanim stał się Taco, był internetowym śmieszkiem. Zmierzam do tego, że cenię w jego twórczości najbardziej dowcip i żonglerkę słowem, przenikanie się tekstów. To co pojawia się w Szprycerze, nawiązuje do Szlugów i kalafiorów – utwór z Marmuru może mieć kontynuację w Nostalgii. To przyjemna zagadka dla uważnego słuchacza.

KK: Może nie będę oryginalna, ale mi też najbardziej podoba się kawałek Dele. Chyba po prostu jest to najmocniejsza pozycja na płycie. Wydaje mi się, że jest tak właśnie dlatego, bo najmocniej nawiązuje do starszych numerów Fifiego. Wideo z Conrado Moreno wjeżdżającym w publiczności rozśmiesza mnie do łez (a pewnie nie powinien), dlatego tak fajnie brzmi dla mnie refren. Poza tym wyłapałam w tym utworze inne smaczki, jak chociażby nawiązanie do Artura Rawicza, dziennikarza CGM znanego z wywiadów jeden na jeden, czy Artura Rojka, dyrektora artystycznego OFF Festivalu.

Taco sporo miejsca poświęca też tematom miłości i związków. Kawałki I.S.W.T. i 35 poruszają właśnie kwestie współczesnych relacji damsko-męskich i trzeba przyznać, że nie ukazują ich w najlepszym świetle, o czym świadczy błyskotliwy wers:

Hasło dałaś mi do WiFi. Serce wziąłem sobie sam.

W innych numerach też można się doszukać zgrabnych sformułowań. Hemingway nie omieszkał też nie wspomnieć o nas – dziennikarzach, komentujących jego twórczość.

Kiedy rzucam nowy wers, żurnaliści szybko zdają raport.

Justyna Barańska

Jest miłośniczką dobrej sztuki. W teatrze zawsze siada w drugim rzędzie.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany