Uciec jak najbliżej stąd – trzy dni w Londynie

Być w drodze, wyjechać choć na chwilę, spakować najmniejszą z możliwych walizek i oddać się nieskończonym korytarzom dzieł sztuki w jednej z największych stolic Europy. To życzenie spełniło się w najmniej oczekiwanym momencie – na początku sesji egzaminacyjnej.

Do Londynu wróciłam tylko na weekend, by skonfrontować wrażenia z poprzedniej, tej mniej dorosłej wizyty. Zwiedzałam – biegnąc przez poszczególne dzielnice, ciągnięta za rękę przez starszą siostrę,  której serce, wiele lat temu zostało na angielskiej ziemi.

Do ukochanego muzeum Victorii i Alberta musiałam przyjść ponownie, żeby zwiedzić wystawy czasowe – tę modową Balanciagi  oraz muzyczną, zapierającą dech  – Pink Floyd: Their Mortal Remains, którą na pewno warto zobaczyć, niezależnie od tego, czy jesteście wielkimi  fanami zespołu-legendy. Wystawa będzie dostępna do 1 października tego roku.

Źródło: Musicweek.com

Najlepszy (włoski) makaron jadłam na Islington, przy stacji Angel, w okolicy przypominającej swym klimatem berliński Kreuzberg pełen alternatywnych, ale eleganckich knajp, ludzi, którzy na spacer z psem zakładają papcie Gucci i lśnią wszystkimi kolorami brytyjskiej tęczy.

Zgubiłam się w National Gallery, kiedy szukałam, jednego z jedenastu, Słoneczników Van Gogha  (stałam się o krok bliżej celu, by złapać je wszystkie), wskutek czego zaplątałam się w obcą, hiszpańską wycieczkę. W tym samym muzeum spotkałam też, w końcu, Portret małżonków Arnolfinich – obraz namalowany przez Jana van Eycka.

Miasto pulsuje najbardziej w piątkową noc na Camden, sławnej już, alternatywnej dzielnicy, z której, według tubylców, coraz szybciej znikają prawdziwi hipsterzy, by przenieść się w mniej oblegane przez turystów, i zdecydowanie tańsze, okolice. To tutaj znajduje się też najstarsza w mieście wegetariańska restauracja – Manna, gdzie lepiej zarezerwować stolik ze sporym wyprzedzeniem, by móc cieszyć się tradycyjną brytyjską kuchnią w wersji roślinnej.

Zdjęcie z prywatnego archiwum autorki.

Przez Londyn się biegnie, niezależnie od tego czy chcemy zwiedzić go tylko w trzy dni, czy zostać na dłużej.  To ludzie nadają tempo temu zmieniającemu się wciąż miastu, w którym kultura i sztuka są na wyciągnięcie ręki. Jest tu też coś mojego, polskiego. I niekoniecznie wynika to z ilości rodzimych znajomych, zamieszkujących Wyspy. Ilekroć tam jadę, nie czuję, że jest to wyprawa za wielką wodę, a zwyczajna wycieczka do szybszego, większego i nowocześniejszego świata, gdzie każdy może być tym, kim tylko zapragnie, gdzie spełniają się marzenia o wielkiej ucieczce.

Zosia Wierzcholska

Kino ją wzrusza, a pisanie o nim – porządkuje emocje. Myśli, że znajomość całej listy dialogowej z Titanica czyni ją prawdziwym filmoznawcą. W życiu, jak i w filmie, szuka prawdy, dlatego tak bardzo fascynuje ją kino dokumentalne. Kiedy nie nuci piosenek z musicali, marzy o życiu w zatłoczonym Tokio.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany