„Bliscy nieznajomi”: Borczuch, Smolar, Rubin

Tegoroczna, jubileuszowa edycja poznańskiego Festiwalu Teatralnego Bliscy nieznajomi, oparta była na doświadczeniach jednostki. Każdy z prezentowanych spektakli krążył wokół tematów, dotyczących prawdziwych przeżyć, nierzadko przyjmował formę intymnych wyznań, ubranych w teatralną formę. Widz traktować mógł je zatem dosłownie jako bliskie spotkanie z emocjami nieznajomych. Ja zdecydowałam się na trzy takie spotkania.

Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy, reż. Wiktor Rubin, Teatr Polski w Bydgoszczy

Jako widz nie lubię przesadnego angażowania mnie w odgrywającą się na scenie sztukę. Bardzo cenię sobie obecność tzw. czwartej ściany, oddzielającej aktorów od publiczności, dzięki której mogę sama decydować o tym, na ile dane treści mają wpływ na moje emocje. Czuję wtedy, że mogę się wzruszyć bez wstydu, ocierając dyskretnie łzę, zaśmiać kiedy mam na to ochotę i nikt nie widzi tego, że nagle zaczynają drżeć mi ręce lub że właśnie ziewam w trakcie monologu jednego z aktorów. Mogę skryć się w ciemności, zatopić w gąszczu siedzeń, a po zakończeniu sztuki wymknąć się niepostrzeżenie i oddać własnym, niedostępnym dla nikogo poza mną przemyśleniom, odczuciom.

Dlatego powinnam napisać, że spektakl Żony stanu, dziwki rewolucji, a może i uczone białogłowy mnie z tej strefy komfortu niestety wyrwał. Ale nie napiszę. Nie dlatego, że tego nie zrobił, ale dlatego, że w ostatecznym rozrachunku nie jestem w stanie jednoznacznie orzec, że było to doświadczenie przykre i w jakiś sposób dla mnie niewygodne. Przede wszystkim dlatego, że nie jest to spektakl atakujący. Padające ze sceny cytaty czy nazwiska, to raczej dla widza konfrontacja z gorzką rzeczywistością, niż nawoływanie do krytyki poszczególnych osób, zwłaszcza że przytaczane są nazwiska z różnych środowisk i opcji politycznych. W żadnym momencie nie poczułam się obrażona jako człowiek tym, co widziałam na scenie, choć nie ulega wątpliwości, że łatwiej mi ten spektakl określić jako eksperyment – ciekawe zjawisko, w którym dobrze było uczestniczyć, ale nie było to doświadczenie, które nazwałabym ważnym i które wspominać będę jako takie, które było dla mnie czymś wartościowym, wzbogacającym.

Niestety bowiem spektakl ten wciąż leży bardzo daleko od moich oczekiwań względem sztuki. Magia teatru zabita została przez dosłowność, nieudolnie skrywaną wśród historii sprzed kilku wieków, która w zasadzie szybko przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. W końcu po co mają mówić wieki, skoro okazuje się, że i tak dominują historie aktualne, z ostatnich kilku miesięcy? Takie, w których sama uczestniczyłam, które były moim doświadczeniem, znacznie bardziej osobistym. Piękna różnorodność bohaterek, przykryta została grubą warstwą krzyku, histerii, dłużących się opowieści. Wyciągnięcie widzów przed gmach teatru, wydało mi się jedynym rozwiązaniem, by spektakl ten doprowadzić do końca, w sztuczny sposób wyczarować puentę, która niestety większe wrażenie zrobiła na aktorkach, niż na widzach, którzy częściowo zdecydowali się już do teatru nie wrócić. Ostatecznie jednak wśród widowni wyprowadzonej przed teatr, a następnie zaproszonej do powrócenia na deski teatru, nie dostrzegłam prawdziwego zaangażowania, głębszego poruszenia. Może to jedynie moje wrażenie, bo choć sama postanowiłam wziąć czynny udział w całej akcji, towarzyszyło mi raczej uczucie zobowiązania względem występujących na scenie aktorów, niż faktyczne zaangażowanie we wspólną sprawę. Wspólną sprawą stał się jedynie ten spektakl, ulotna chwila, ostatecznie nie budząca jednak uczuć ważniejszych niż te, których doświadczyłam podczas Czarnego Protestu czy innych tego typu inicjatyw.

Wszystko o mojej matce, reż. Michał Borczuch, Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie

Zasadniczo nigdy nie porównywałabym ze sobą tych dwóch spektakli (tj. Żon stanu… i Wszystko o mojej matce), ale fakt oglądania ich w trakcie trwania jednego wydarzenia, w odległości zaledwie kilku dni, aż prosi się o wskazanie kilku podobieństw oraz różnic. W końcu nie bez powodu zostały ze sobą zestawione.

Tu znów do czynienia mamy z historią prawdziwą, z mieszaniem się świata rzeczywistego, ze światem wymyślonym na potrzeby sztuki. Tylko o ile spektaklowi bydgoskiemu towarzyszył z tego powodu chaos i brak możliwości jednoznacznej oceny, dlaczego właściwie to wszystko się dzieje i na jakiej podstawie zostało ze sobą zestawione, tu cel spektaklu jest jasny, zrozumiały i piękny. Piękno tego przekazu skrywa się w prawdzie, która znajduje się nie tylko na poziomie opowieści o matkach reżysera i aktora, ale przede wszystkim na poziomie emocji.  Obecne na scenie i skądinąd bardzo różne, ale bez wyjątku fantastyczne aktorki, świadomie ukrywają się za historią, raz po raz wymykając się jej, próbując drążyć, buntując się przeciwko temu, co mają grać, chcą dociekać, otrzymywać odpowiedzi na zadawane pytania, dotyczące historii matek Michała Borczucha (reżysera) oraz Krzysztofa Zarzeckiego (aktora). Obie kobiety łączyło wiele, ale losy ich opowiedziane zostały w zupełnie różny sposób – raz zaskakując dosłownością, innym razem intrygując ucieczką w metaforyczność. Jednocześnie mamy poczucie, że coś zostało tu zaburzone, niedokończone, że to właściwie jeszcze nie spektakl, ale dopiero szkic, odbywająca się na oczach widowni próba. Tym samym tytułowe wszystko, to raczej wszystko, co zapadło w pamięci, każde skojarzenie, strzępki zachowanych przez lata uczuć, rozmów, uchwyconych kadrów. Spektakl cały czas prowadzi widza przez bardzo silne emocje, nigdy nie pozwalając im jednak osiągnąć stanu całkowitego wzruszenia.

Najgorszy człowiek na świecie, reż. Anna Smolar, Teatr im. Wojciecha Bogusławskiego w Kaliszu

O tym spektaklu chciałabym napisać możliwie jak najmniej. Z jednej strony stanowił on dla mnie największe teatralne rozczarowanie tego roku (co wynika z faktu, że potencjalnych rozczarować staram się raczej wystrzegać), a z drugiej strony szkoda mi o nim nie wspomnieć w ogóle. Po lekturze Najgorszego człowieka na świecie Małgorzaty Halber, byłam bardzo poruszona i nie ukrywam, że stąd moje zainteresowanie teatralną jego odsłoną. Doskonale wiedziałam, że spektakl Anny Smolar nie jest przeniesieniem dosłownym tego tekstu na scenę, lecz został nim zainspirowany. Nie oczekiwałam więc tej samej historii, liczyłam się z inną formułą, ale braku emocji, poruszenia i tego uwielbianego przez ludzi dawania do myślenia się nie spodziewałam. Nie spodziewałam się mówienia wprost, nieudolnej aktorskiej improwizacji oraz nieładnej, nieskładnej i zupełnie nieteatralnej (a wręcz – niescenicznej) polszczyzny. Ponownie doświadczyłam pomieszania świata sztuki i życia aktorów, którzy ze sceny przemawiają w sposób pół-prywatny, stając się jednocześnie osobami tworzącymi tekst sztuki. Zastosowanie takiego zabiegu wymaga jednak, co tu dużo mówić, dużych umiejętności komunikacyjnych i sprawnego manewrowania między konkretnymi emocjami. Tymczasem jeśli słyszę z ust aktorki słowa, że przecież nikt z nich nie jest alkoholikiem, przestaję wierzyć, że gdziekolwiek jeszcze ujrzę tu magię teatru. Magię zabijaną przez brak skupienia aktorów, brak wyczuwalnej przeze mnie empatii, ciągłe pytania do widzów oraz wydawanie własnej, przypuszczalnej opinii o sztuce. Jednak to, że powie się ze sceny, że widz może mieć poczucie, że wyszedł z teatru z niczym, bo mało tu tekstu Halber, a dużo dosłowności, nie oznacza, że te wypowiedziane przez samą aktorkę minusy znikają. Wręcz przeciwnie. Mnie zmusiły do kiwnięcia głową i wewnętrznego przytaknięcia. Faktycznie, z tego spektaklu łatwo jest wyjść z niczym, a może raczej – z niczym wartościowym. Z niczym w porównaniu do wstrząsającej opowieści Halber. Wiem jednak, że pisząc o tej magii się powtarzam, ale pech chciał, że jestem idealistką i wciąż wierzę, że można teatr magiczny, pełen wartości, wzruszeń i doskonałości tworzyć. I ja wciąż do takiego teatru wolę się zbliżać.

Justyna Potasiak

Nieustannie zatopiona w planach kulturalno-wyjazdowych. Kulturę najchętniej pochłania w bezpośrednim kontakcie z twórcami, bo kontakt z żywym człowiekiem, z emocjami „tu i teraz” uważa za najwyższą wartość.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany