W intrygującym świecie niedomówień – „Gra pozorów”

Estoński komediodramat (pomimo marketingowego thrillera w materiałach promocyjnych) to jedno z tych dzieł, które wciągnie widza bez reszty, lub śmiertelnie zanudzi. Jego nieprzewidywalność jest bowiem jego największą zaletą i wadą jednocześnie.

Juhan (Priit Võigemast) i Anna (Mirtel Pohla) wynajmują luksusowy dom nad morzem, by spędzić kilka dni razem. Piękne wnętrza, szklane ściany i kojąca natura wkoło nie są niestety sposobem na podtrzymanie gasnącego płomienia ich relacji.  Odmianę może przynieść wizyta niespodziewanych gości – pary, która poszukuje schronienia przed szalejącą burzą.

Kadr z filmu „Gra pozorów”

Początek Gry pozorów jest poświęcony uwiarygodnieniu w oczach widza jałowości relacji Juhana i Anny. Dotyk jest bacznie odnotowywany przez kamerę, każde spojrzenie dwójki postaci nieufne, zaś tę obcość w ich związku potęguje przestrzenny, pusty dom. Podobna idea przyświecała twórcom Widzę, widzę z 2014 roku, tam również wnętrze przytłaczającego, odosobnionego luksusu było pobocznym bohaterem filmu. Vallo Toomla nigdy nie rezygnuje z tego niemego obserwatora – im więcej czasu spędzamy w tych wyjątkowych murach, tym chłodniejsza i nieludzka jest owa nieruchomość, a tym samym bohaterowie dramatu.

Nie da się ukryć, że od strony koncepcyjnej, Gra pozorów przywodzi na myśl wyśmienity thriller Michaela Haneke’go Funny Games. Jest wielki dom na odludziu, tajemniczy goście, lecz sielankę zastępuje tutaj gęsta atmosfera obecna od pierwszych minut. Obecność osobliwego niepokoju, wywoływana jest przede wszystkim wręcz namacalnym napięciem, skrywaną złością i niechęcią między Juhanem oraz Anną. Toomla nie jest zatem zainteresowany tymi samymi aspektami psychologii ludzkiej, co Haneke. Estończyka fascynuje bowiem tytułowa gra pozorów – cała czwórka bohaterów baruje się o swoją pozycję w nowo utworzonym stadzie, zwodząc innych i manipulując sobą wzajemnie.

Kadr z filmu „Gra pozorów”

Trzeba bowiem być przygotowanym na jedno – Gra pozorów to film ze znikomą ilością fabuły. To teatr, zabawa w kotka i myszkę dwóch teoretycznie skrajnie różnych par, która zapewne nie porwie każdego widza. Jeśli jednak damy szansę estońskiej propozycji, to kluczem do jej pokochania jest partnerka Juhana. Anna przepoczwarza się z cichej, zagubionej kobiety w pełnowymiarową femme fatale, popychając swojego partnera na skraj wytrzymałości psychicznej, prowokując go do walki o ich sypiący się związek. Mirtel Pohla jest w tej roli bardzo przekonywująca – uwodzicielska, wyzwolona i stąpająca po cienkim lodzie, przypomina diabła, z którym reszta (nie)świadomie podpisuje pakt. To ona przykuwa uwagę i to jej gierki utrzymują fabułę w ryzach.

Mimo pokrętnych relacji między bohaterami, które potrafią wciągnąć, Grze pozorów brak nieco więcej animuszu. Film ma senną atmosferę, akcja rozwija się bardzo powoli i potrzeba nie lada zdecydowania, by wsiąknąć w historię opowiadaną przez Estończyka. Vallo Toomla podpuszcza widza, bawiąc się z nim tak jak Anna i Juhan ze swoimi gośćmi. Przez pierwsze pół godziny zapowiada nam coś na wzór Funny Games Haneke’go, lub Eden Lake z 2008 roku, lecz estoński reżyser szybko wyprowadza nas z tego błędu. Ta gra staje się z czasem wręcz irytująca, jednak wynagrodzeniem jest szokujące zakończenie. Gwaratuję bowiem, że podczas napisów końcowych w głowie będzie wyścig myśli – co tak naprawdę wydarzyło się w tym filmie?

Gra pozorów zapewnia rozrywkę inną niż letnie blockbustery. Pomimo tego, że trudno mi całkowicie pokochać wizję Estończyka, jestem skłonny ją polecić. To ciekawe uczucie, gdy wychodząc z kina nie da się zdefiniować obrazu, który się przed momentem zobaczyło. Czy był tak trudny? A może to tylko pozornie skomplikowany film?

Ocena: 7/10

 

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany