Ponadczasowa pasja i radość życia – wspomnienie Zbigniewa Wodeckiego

W dorosłość wchodzi kolejne już pokolenie, doceniające jego technikę, nienaganną dykcję, energię i niezwykły talent do przekazywania emocji poprzez muzykę. Zbigniew Wodecki swoją karierę rozpoczął od muzyki klasycznej, jako absolwent szkoły muzycznej grał na skrzypcach m.in. dla Ewy Demarczyk czy Marka Grechuty. Jako wokalista zadebiutował na Festiwalu w Opolu, w roku 1972 piosenką Tak, tylko Ty, stając się symbolem niezwykłego połączenia – jak sam zwykł określać – śpiewającego muzyka

Justyna Potasiak: Zwykle, gdy umiera ktoś ze starszego pokolenia, odzywają się głosy, że dużo już stworzył, że i tak wiele po sobie pozostawił. Media szumią jednostajnie, wplatając do przekazów raz po raz słowa, wskazujące na to, że ktoś o tak bogatym doświadczeniu życiowym i zawodowym, miał prawo opuścić ten świat. Słów takich próżno szukać w przypadku Zbigniewa Wodeckiego, bo wszyscy doskonale wiemy, że było tego wciąż zbyt mało, a jego niespodziewane odejście, pozostawia niemożliwą do zrozumienia pustkę i uczucie żalu, z którym trudno się pogodzić.

Michalina Bieńko: Do mojej świadomości ta informacja wciąż dociera. Choć wspomnienia, wzruszenia i zdjęcia Pana Zbigniewa bezkonkurencyjnie zalały parę dni temu moją fejsbukową tablicę, cały czas miałam nadzieję, że to nieprawda. Szczególnie przytłaczająca jest chyba nagłość tej śmierci… Odkąd jako mała dziewczynka  zdałam sobie sprawę z tego, kim jest Zbigniew Wodecki, jego niepowtarzalna postać jawiła się jako nieśmiertelna. Wydawał się być kimś, kto będzie trwał wiecznie, niezależnie od wszystkiego.

Basia Owsińska: Myślę, że to jest bardzo trudne pożegnanie dla nas wszystkich. Pan Wodecki zawsze był wśród nas, dzielił się mądrym słowem, zarażał swoim ciepłem, energią i niezwykłym uśmiechem. Nie bez powodu wydawało się, że będzie trwał wiecznie. Wychował na swojej muzyce kilka pokoleń. Pomimo ogromnego talentu, jakim był obdarzony, pozostawał skromny, przemiły, pełen energii oraz dystansu do siebie i światka muzycznego. Jego ostatni album oraz trasa koncertowa udowodniły, że był wciąż głodny tworzenia, koncertowania, a co za tym idzie: dały nadzieję na nowy materiał. Odchodząc pozostawił swoich słuchaczy z poczuciem niedosytu…. W moim przekonaniu odszedł jeden z ostatnich, Wielkich Muzyków.


Justyna P.:
Jego wielkość tkwiła właśnie w tej sile łączenia pokoleń. Choć jako dziecko poznałam go – podobnie jak wielu moich rówieśników – jako wykonawcę utworu z czołówki bajki o przygodach małej pszczółki imieniem Maja, dziś nie postrzegam go jako kogoś, kto dał się zaszufladkować, zamknąć w jakiekolwiek ramy. Nikt nie traktował go pobłażliwie, a jego utwory w żaden sposób nie dają poczucia bycia tymi z dawnych lat. Wręcz przeciwnie, słuchając ich dziś, mam poczucie, że tkwi w nich wciąż ta sama energia, która oddziałuje na odbiorcę dokładnie tak, jak kiedyś. Dowodem na to jest współpraca z młodymi artystami, wprowadzająca nie tylko piosenki Wodeckiego, lecz jego samego, w zupełnie inny wymiar. Nowe aranżacje stanowią piękne połączenie przeszłości z teraźniejszością – taki muzyczny most międzypokoleniowy, nie wykreowany jednak sztucznie, bo bazujący na naturalnej energii i dużym fundamencie, jaki stanowi ogrom talentu Zbigniewa Wodeckiego.

Poza tym to człowiek, którego kochają wszyscy. I tak, nie boję się tego słowa: wszyscy. Podglądałam nieco media po jego odejściu, wysłuchując rozmów, jakie się na jego temat toczyły. Ludzie są w tej sprawie jednogłośni: był niezwykły. Ktokolwiek choćby otarł się o Ciebie w życiu, był z tego dumny i czuł się zaszczycony – napisał na swoim Facebooku Piotr Gąsowski. Na szczęście wielu miało taką okazję, bowiem Zbigniew Wodecki chętnie otaczał się ludźmi, których przyciągał niezwykłym talentem i niebanalną, pełną ciepła i humoru osobowością. Gdziekolwiek się pojawiał, pozostawiał po sobie coś wielkiego – wielkiego i ważnego.

Michalina: Nie podlega dyskusji, że Pan Zbigniew był Wielkim Muzykiem! Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że on po prostu był Muzyką. Ta energia, którą emanował przy każdym wyjściu na scenę, którą słychać było w każdym wywiadzie, niesamowita muzykalność i poczucie rytmu… Wzór do naśladowania. W dzieciństwie oczywiście jako pierwsza dotarła do mnie sielska Pszczółka Maja, nie mogło być inaczej. Później, gdy zaczynałam naukę gry na fortepianie, moja nauczycielka często przypominała mi: ćwiczenie zacznij od Bacha!, a ja w myślach dośpiewywałam ciąg dalszy piosenki. Chyba każdy raczkujący muzyk musi przez to przebrnąć. Menuety, gawoty, preludia, wielogłosowe inwencje, dla najwytrwalszych fugi… Ale cóż, nawet Wodecki tak zaczynał! Natomiast dwa lata temu wydana z zespołem Mitch&Mitch płyta 1976: A Space Odyssey, otworzyła (zapewne nie tylko mnie) uszy na niezbyt dobrze dotąd znany repertuar z początkowych lat jego działalności. Za każdym razem słysząc Rzuć to wszystko, wszystko, co złe…rzucałam i zaczynałam tańczyć. Czuję się zachwycona i zaszczycona, że miałam okazję oglądać ten wspaniały projekt na żywo na zeszłorocznym festiwalu Open’er w Gdyni.

Justyna P.: Dobrze, że o tym wspomniałaś. Często zapomina się, że Zbigniew Wodecki dosłownie od Bacha (czy też, mówiąc szerzej, od muzyki klasycznej) zaczynał, jako wokalista debiutując dopiero w latach 70. A w takich okolicznościach jego utwór zyskuje przecież na znaczeniu! Dla mnie, odkąd o tym usłyszałam, stał się metaforą stawiania sobie wyzwań, przy dużym szacunku do pewnych tradycji, wartości. Do dążenia do sukcesu, który przychodzi wraz z ciężką pracą i radością z dnia codziennego. Jego muzyka zresztą zawsze z radością i z szukaniem tej radości mi się kojarzy. W końcu: I moje dni wszechobecny pośpiech, czasu znak, naznaczy mi. Może przez to tak lubię: lubię wracać tam, gdzie byłem już, pod ten balkon pełen pnących róż, na uliczki te znajome tak. To przecież nic innego jak znak, że warto w życiu zwolnić, nie pozwolić sobie samemu zapomnieć o tym, co ważne, o tym co stanowi źródło szczęścia, miłe wspomnienie. Zanim ukazał się album z Mitch&Mitch, był to zresztą mój ulubiony Jego utwór, później zastąpiony przez wspomniany przez Ciebie, Michalina, Rzuć to wszystko, co złe, który zresztą ustanowiłam swego czasu jako swój osobisty hymn dla naszej działalności, zawsze dodający mi o poranku chęci do działania.

 

Basia: Myślę, że w muzyce Zbigniewa Wodeckiego słychać tę klasykę, o której wspomniałyście. Jego utwory są ponadczasowe i to czyni je wyjątkowymi. Moja przygoda z jego muzyką – tak, jak i Wasza – zaczęła się od bajkowej melodii do tytułowej Pszczółki Mai. Wiele lat później, za sprawą radiowej Trójki, odkryłam wspomniany utwór nagrany z Mitch&Mitch. Mniej więcej od tamtego momentu, głos Wodeckiego towarzyszy mi w tych gorszych, jak i lepszych chwilach: zawsze rozbawia, wyrywa do tańca. Wnosi do mojego świata trochę słońca. Włączając album 1976: A Space Odyssey na kilkadziesiąt minut po prostu odrywam się od rzeczywistości, przenoszę w tytułową kosmiczną podróż. W tej muzyce jest coś magicznego: radość, lekkość, szczerość – nie sposób się temu oprzeć.
Michalina, również miałam przyjemność usłyszeć ten projekt w Gdyni i z pewnością był to jeden z tych koncertów, których nie zapomnę do końca życia! Wysoka temperatura, tysiące młodych ludzi spragnionych doznań, a na scenie Pan Wodecki, który niczym zaczarowany śpiewał swoje największe przeboje, a tłum razem z nim. Coś niezwykłego! I tak z czterech dni koncertów, wygrał ten jeden. Do końca wyjazdu śpiewaliśmy ze znajomymi wciąż ten sam utwór: Rzuć to wszystko, wszystko co złe, co gnębi Cię…  Po festiwalu, pojawiło się kilka wywiadów z Wodeckim. Opowiadał o nowej płycie, emocjach z nią związanych. W jednym z nich natrafiłam na to zdanie: Fajnie, że na Open’erze kilkadziesiąt tysięcy młodzieży krzyczało do nas, żebyśmy zagrali jeszcze więcej. Mogę spokojnie umierać!…. W tej chwili ma ono wydźwięk wręcz symboliczny. Czytając je za pierwszym razem bardzo się wzruszyłam, w końcu byłyśmy świadkami spełnienia marzenia jednego z największych Muzyków. Zapewne minie jeszcze wiele czasu, zanim dotrze do mnie ta strata. Jednak dziś usłyszałam w radio Zacznij od Bacha i zdałam sobie sprawę z tego, że ta muzyka nigdy nie przeminie. Pośród radiowych hitów i komercyjnych gwiazd, Zbigniew Wodecki stał się klasykiem naszych czasów. Naszym obowiązkiem jest zarażać nim kolejne pokolenia oraz cieszyć się tym, co nam po sobie zostawił.

Autorem rysunku jest artysta satyryczny Depciu.

Justyna Potasiak

Nieustannie zatopiona w planach kulturalno-wyjazdowych. Kulturę najchętniej pochłania w bezpośrednim kontakcie z twórcami, bo kontakt z żywym człowiekiem, z emocjami „tu i teraz” uważa za najwyższą wartość.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany