„Obcy: Przymierze”, czyli o nierównej walce z własną kreacją

Ridley Scott wyciągnął wnioski ze swojej monumentalnej porażki w formie Prometeusza. Obcy: Przymierze pyszni się oszałamiającą szatą wizualną i przestrzenią, w której można oddychać do woli. Nie ma jednak złudzeń, że miłość Scotta do człekokształtnego zabójcy zaczyna być niepokojąca – bowiem ileż razy można opowiadać tę samą historię?

Załoga statku Przymierze zostaje wysłana na odległą planetę Origea-6, by założyć tam ludzką kolonię. W wyniku wybuchu gwiazdy, część systemów sterowania zostaje uszkodzona i kapitan podejmuje ryzykowną decyzję o lądowaniu na położonej znacznie bliżej, nieznanej planecie. Wkrótce załoga Przymierza staje oko w oko z jej zabójczym zagrożeniem.

Kadr z filmu „Obcy: Przymierze”

Najnowsza część w sadze Obcego powinna mieć zgoła inny tytuł, bowiem najbardziej adekwatnie brzmiałby Obcy: Michael Fassbender przedstawia. Android David, w którego wciela się Fassbender, jest od początku w centrum uwagi Ridleya Scotta. To najciekawsza postać, której biorąc pod uwagę scenariusz, paradoksalnie najbliżej do człowieczeństwa. Reszta załogi Przymierza pełni bardzo płaskie, ściśle określone role, lub stanowi jedynie mięso armatnie. A współpracując z  takimi aktorami jak James Franco i Guy Pearce, można było wykorzystać ich… nieco wydajniej. Scott pozostaje również zagorzałym wielbicielem etosu silnej, niezależnej kobiety – w najnowszej części odpowiednikiem Ripley z Obcego: 8. pasażer Nostromo jest Daniels (Katherine Waterston). Bohaterka nie wzbudza co prawda wielkiej sympatii, lecz szybko staje się przeciwwagą dla wybornego Fassbendera.

Obcy: Przymierze może spełnić oczekiwania fanów science fiction głównie dzięki znakomitym zdjęciom i mrocznej scenografii, uzupełnionym o klimatyczną ścieżkę dźwiękową Jeda Kurzela. W wymuskanych, przestrzennych kadrach statku kosmicznego pobrzmiewa wizjonerstwo Stanelya Kubricka, zaś przypominające namorzyny lasy na złowrogiej planecie zachwycają jak Pandora z Avatara. Na deser zostaje zaś przebrzydły zwierz z zabójczą zwinnością, którego możemy podziwiać w pełnej okazałości i z całym dobrodziejstwem inwentarza techników efektów specjalnych.

Chociaż Fassbender dwoi się i troi na ekranie, a zdjęcia Dariusza Wolskiego zapierają dech w piersiach, Obcy: Przymierze pachnie nieprzyzwoitą kalką. Tak jak J.J. Abrams pragnął oddać hołd Gwiezdnym Wojnom w Przebudzeniu Mocy i wylądował o jeden most za daleko, podobnie Ridley Scott nie bardzo się wysilił, płynąc na fali popularności samej marki. Historię nieszczęsnej załogi, która zagląda do złego zakątka w galaktyce i nadziewa się na organizm znacznie bardziej przystosowany do przetrwania, znamy przecież nie od dziś. A dokładnie od chwili, gdy Obcy: 8. pasażer Nostromo wgniótł w fotele setki tysięcy widzów na świecie w 1979 roku. Niestety, magia pierwszego razu to doświadczenie niepowtarzalne.

Kadr z filmu „Obcy: Przymierze”

Daje się zatem wyczuć pewien osobisty kompleks Ridleya Scotta. Nie ujmując jego wielkości i umiejętności kręcenia kina z rozmachem, ta kosmiczna saga staje się jego piętą achillesową, zbyt dużym ciężarem do udźwignięcia. Nietrudno przewidzieć, iż każdy kolejny Obcy będzie powielał schemat, dopóki Scott nie odważy się zrobić odważniejszego kroku, niż uchylanie kolejnych rąbków tajemnicy w obrębie ogranej fabuły. I zgodnie z tytułem piosenki Natalii Kukulskiej – Im więcej Ciebie, tym mniej – kosmiczna maszkara straci na swojej sile i uroku. A w efekcie końcowym, Obcy zwyczajnie spowszednieje, stając się kolejną niepotrzebnie rozciągniętą i zbędną franczyzą.

Obcy: Przymierze wyprzedził o lata świetlne swojego poprzednika, brzydkie kaczątko, którym był Prometeusz. To film znacznie bardziej poukładany, dokładający kolejne, niewątpliwie ważne cegiełki do wielkiej wizji Ridleya Scotta. Pozostaje jednak pytanie, czy jest to na tyle bogaty i wciągający świat, by tak usilnie go eksplorować? W moim osobistym odczuciu, moglibyśmy z czystym sumieniem zasalutować śliniącej się maszynie do zabijania, podziękować za lata współpracy i pozwolić, by odeszła wraz z Przymierzem. Bowiem byłby to koniec, którego Ridley Scott nie musiałby się wstydzić.

Ocena: 6/10

Wpis powstał we współpracy z Kinem Atlantic w Warszawie.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany