Nic nie jest takim, jakim się wydaje

Kiedy przeprowadzałam się do Krakowa moja mama ostrzegała mnie przed mieszkaniem na Nowej Hucie. Na Łazarzu nie jest kolorowo, podobnie jak w czarnych dzielnicach Paryża. Pijany może zakosić ci w twarz, a kieszonkowiec w autobusie to pewnie ten chłopak o ciemniejszej karnacji. Wiadomo, zło czyha za każdym rogiem ciemnej ulicy, a ściskany w dłoni gaz pieprzowy, wcale nie gwarantuje poczucia bezpieczeństwa. Dobrze, że po czystych asfaltach chodzą ludzie z telewizji, uśmiechający się do swoich fanów, kobiety w ciąży głaszczą się po brzuchach, ojcowie wychodzą ze swoimi pociechami w chustach na ekologiczne zakupy, a w Turcji na wakacjach all inclusive z dumą nosimy opaski i kryjemy się w hotelowych komnatach. Tak jakby w mieście Dobro rozkwitały najpiękniejsze kwiaty, a w podziemiach Zła tańczyły demony. Lubimy się pobawić w wytyczanie sobie granic spokojnego życia. Taka ładna reality (bo po angielsku brzmi chyba lepiej) z buldogiem francuskim, który nigdy nie choruje.

Ostatnio kiedy pisałam o młodości, uświadomiłam sobie jak – mimo wszystko – to życie jest dobre. Nawet kiedy lęk przytłacza rzeczywistość, nawet jeśli już nie mamy nastu lat, a te duchy z liceum wychodzą tylko na imprezach w późniejszych godzinach. Nie bagatelizując oczywiście naszych problemów, uświadomiłam sobie jak dobrze, także w bezsilności, znam ten świat. Wiem co leży na której półce, nawet jeśli czasem zapominam. Dlatego dzisiaj próbuję spojrzeć dalej niż moje studenckie mieszkanie.

Źródło: tumblr.com

Polska jest zapięta na ostatni guzik stereotypów, zawiązana w łatki, ubrana w gorset uprzedzeń. A może nie tylko Polska, może tak konstruujemy sobie świat? Jednak znając tylko taką rzeczywistość, a i to nawet nie w pełni, wspieram się dzisiaj moimi ulubionymi, polskimi tekstami kultury, które te stereotypy wyolbrzymiają, rozszerzają i jednocześnie może obalają. Przyjrzyjmy się Polsce B, jej problemom i skonfrontujmy je ze perłowo-piękną rzeczywistością popkultury i mediów. Bo można się z nich pośmiać i popatrzeć bardziej w prawdę niż w lusterko, bo może warto odrzucić strach, współczucie albo dziwnie sztuczny poklask i spróbować po prostu pomyśleć.

Nad morzem szaleje sztorm

Źródło: szuflada.net

W czytaniu komiksu Mariusza Kołodziejczyka i Marcina Podolca pt. Morze po kolana najgorsza jest chyba przyjemność, która towarzyszy lekturze. To historia trójki wykolejeńców, mieszkających nad morzem. Marian, Szczurek i Gumowy swój wolny czas (a mają go bardzo dużo) spędzają siedząc na przystanku autobusowym. Popijają piwko, popalają fajki, kurs nadmorskich autobusów nadaje rytm ich spotkaniom, choć jest to rytm kulawy i chwiejny. Choć siedzą w poczekalni, na podróż nie ruszają się nigdzie. I właściwie w całym Morzu po kolana nie dzieje się nic. Bohaterowie snują się pomiędzy okienkami komiksu i próbują coś z tym swoim życiem zrobić. Martwy sezon rozczarowuje deszczem, a nuda pozwala na wspominanie, zamierzchłych, niekoniecznie lepszych czasów. Jesteśmy przerzucani od historii do historii, od jednej niespełnionej wizji do innej ambicji, która i tak okaże się bardziej słomianym zapałem. Mamy tutaj śmierć, alkoholizm, przemoc domową, utraconą miłość, obojętność i tak naprawdę, bardzo dużo smutku. Komiks jest jednym z przykładów comics journalism, co tak naprawdę zupełnie zmienia percepcje odbioru lektury. Skoro mamy do czynienia z reportażem to te narysowane postaci, które bezcelowo próbują gdzieś ulokować uczucia, gdzieś przecież istnieją. Co więcej – tych Gumowych w Polsce jest znacznie więcej i prawdopodobnie nie będą bohaterami słynnych powieści. Kołodziejczyk krytykuje w tej książce tak naprawdę wszystkich – kpi trochę z głównych bohaterów, ukazując ich słabości i przywary, dostrzega pewną głupotę turystów, ale już sam smutek tej martwej rzeczywistości znacznie ociepla, ubiera w fantazję. Uciekamy na chwilę od tej zdzierającej serce codzienności życia polskich nadmorskich wsi i oglądamy latające w powietrzu ryby, razem z głównym bohaterem spacerujemy po wyolbrzymionych nogach jego kobiety albo obserwujemy turystki wyłaniającą się z piany. To niekonwencjonalne spojrzenie na historię pozwala nam oderwać się od myślenia: ach, jakże im tam musi być ciężko – i przenosi nas naprawdę w życie tych ludzi. Jesteśmy tuż obok nich, nie spoglądamy z góry naszych słomianych, turystycznych kapeluszy.

A w Warszawie podobno lepiej

Dwudziestoletnia dziewczyna w wideo pt. Do czego mnie matka urodziła Daniela Rycharskiego opowiada o życiu w pachnącym kiczem Kurówku. Oczywiście nie ma w tym nic oryginalnego. Codziennie we wszelkich TV shows czy konkursach możemy oglądać niesamowite przemiany młodych, uzdolnionych ludzi. Hela spod Warszawy ociera łzę na tle sielskich łąk. Jednak w wersji telewizyjnego live jest już prawdziwą gwiazdą Helen, śpiewającą niskim głosem piosenki Adele. Rycharski ukazuje wieś patrząc na nią przez kalejdoskop stereotypów. Bohaterka opowiada o swojej codzienności, podkreśla religijność społeczeństwa, wspomina nic nieznaczące sytuacje z przeszłości, wypełnia wypowiedź płomiennymi nadziejami. Miasto, do którego niebawem z pewnością się wyprowadzi, jest swego rodzaju wybawieniem, szansą, tym słynnym wielkim świtem, w którym ludzie piją drinki z palemką i nigdy nie robią sobie żadnej krzywdy. Może nie mieszka tam Bóg, ale z pewnością jest szczęście. Rycharski stawia tutaj wyraźną granicę pomiędzy wsią, a miastem. Jakby pomiędzy nimi istniały realne mury, jakby rzeczywiście można było mówić o lepszym i gorszym świecie. Artysta wyolbrzymia stereotypy, wyśmiewa zarówno te wiejskie, jak również te wielkoświatowe. Pastisz materiału telewizyjnego to dyskotekowa fantazja, kiczowate bezguście, krótki materiał, który na głos śmieje się z naszych utartych przekonań i ograniczeń.

Tabloidowe uniesienia

Źródło: instytutksiazki.pl

Paw Królowej Doroty Masłowskiej to pełnometrażowa piosenka o żałosnym, wypalonym wokaliście Retro Stanisławie, sprzedawczyniach w piekarni, telewizyjnych shows, zespole Konie, słynnej neolingwistce Przysik Annie oraz o brzydkiej studentce polonistyki. Masłowska po raz kolejny pokazuje jak potrafi bawić się słowem, ubierać historie w formę niezwykłą i jak to właśnie owa forma potrafi zapewnić sukces historii. Paw jest hip-hopowym hitem, rapowanym pod najbrzydszym szarym blokiem przez Sebastiana w błyszczącym dresie. Masłowska oprowadza nas po warszawskiej Pradze, strzeżonych osiedlach i telewizyjnych backstage’ach, tworząc wrażenie zwiedzania gabinety osobliwości. Wyśmiewa każdego i każdą, na nikim nie pozostawiając suchej nitki. Groteska rodzi się po każdej stronie, czy to w życiu brzydkiej studentki Patrycji, czy podczas tworzenia krótkich wierszy przez ładną i sławną poetkę. Mówiąc sloganami, językiem reklam, popkultury, czy telewizyjnym slangiem, Masłowska tworzy popkulturowy kolaż. To kloaka niepotrzebnych informacji z tabloidowych gazetek. Wir oddanych na makulaturę plotek, o których już nikt nie myśli. To także światek pełen obłudy, płytkości i odurzającej głupoty, która pachnie podróbami ulubionych perfum. Polska i Masłowska są w stosunku versus do siebie i właściwie nie wiadomo kto wygrywa – czy buntowniczka Doris, szalejąca obserwatorka, malkontentka rzeczywistości, czy kraj pełny utartych przekonań, że to jest ładne, to jest na przecenie, a tam nie idź, tam jest brzydko. Kupony, reklamy, loterie i handlowe galerie tworzą tutaj świat przedstawiony, który chociaż kusi czystymi podłogami i modelkami, na bilbordach jest bardzo szary i smutny. Masłowska odcina się od tego wyraźną kreską – Ja piszę w „Pawiu…”: nie chcę mieszkać z kutasami na strzeżonym osiedlu. Bo nie mam potrzeby izolować się od prawdziwego życia. Nie mam potrzeby audiofonu i bramy na pilota. Patrzę zawsze na prospekty w gazetach: nowe osiedle Radość i Szczęście, wspaniałe mieszkania strzeżone przed złem. I komputerowi ludzie chodzą po komputerowej ulicy. A tutaj patrzę przez okno: ktoś się przewrócił, tam ktoś grzebie w śmietniku, dzieci pozorują stosunek seksualny na huśtawce, idzie chłopiec z łukiem i niesie martwego gołębia. Za oknem parodia placu zabaw: pręty zardzewiałe, opony, trochę asfaltu, czysta ekstatyczna szpetota świata. Mi się to podoba.

W polskim ogrodzie botanicznym dużo jest rozczarowań i chyba jeszcze więcej rzeczy, które aż krzyczą do nas – zmień to, przeobraź albo chociaż usuń. Człowiek człowiekowi jest obcy, klasowość wciąż wiruje między ludźmi, miejsca pracy są wątpliwie satysfakcjonujące, zakupy w Plaza Center będą jedynym balem, za to bardzo konsumpcyjnym. I chociaż jesteśmy dziwni, pokręceni, pełni uprzedzeń, to chyba najgorsze jest to, że wokół siebie budujemy wyraźną linie naszego komfortu, która zabrania dociekać, a atakuje natarczywymi stwierdzeniami, które są niepodważalne. Właściwie to nic, że na blokach kibice piszą Wisła, a inni poprawiają – Cracovia; że w tramwajach jakaś pani potrafi nawyzywać ci od najgorszych, bo stoisz i zajmujesz za dużo miejsca, że z rozczarowanych mieszkań wyglądają na ogródki blokowe smutni Polacy, myślący jedynie o tygodniu w Hiszpanii, na który ciężko pracują cały rok. Taki mamy tutaj klimat i choć oczywiście można by pisać o tych bardziej pozytywnych aspektach, które istnieją w opozycji do tego świata, jednak w tym przypadku najważniejsze jest chyba to, żeby otworzyć myślenie, poburzyć mury, poprzestawiać w mózgach i zbić piątkę z innością. Żeby z ulgą być sobą i pozwolić na to samo tym, którzy będą nas otaczać.


Obrazek wyróżniający pochodzi ze strony: 990px.pl

Julia Smoleń

Kiedy nie ma czasu, żeby pójść do kina czuje się zaniepokojona. Chciałaby spotkać Jima Jarmuscha i wypić z nim kawę. Życie ma zaplanowane na najbliższe pięć lat.

1 Komentarz
  1. Po przeczytaniu, chyba zdobędę na życie w dyskomforcie, bo bardzo lubię poszukiwać i zmierzać szczególnie w tych nieznanych kierunkach. To prawda, że sami stawiamy sobie mury, grodzimy się i izolujemy, sami nie wiemy przed kim, przed czym, coś tracąc.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany