Kochani maturzyści…

O ile zawsze kochałam maj, który kojarzył mi się nieodłącznie ze słońcem, wycieczkami rowerowymi, kwitnącymi drzewami i pachnącym bzem za oknem, o tyle w tym roku wolałabym, żeby nie przychodził. Wolałabym przeżyć spokojnie kwiecień, pod koniec miesiąca przyspieszyć kroku i hop! – przeskoczyć czas o ten jeden miesiąc, który w moim kalendarzu już od wielu tygodni nie widnieje jako maj, ale jako matura. Najchętniej również w ogóle nie używałabym tego słowa, wyrzuciłabym je ze swojego słownika. Podobnie jak wszystkie książki, zeszyty i różnorodne materiały, które zagracają mi biurko, kanapę i połowę łóżka, a które – nie oszukujmy się – nie są zbyt często używane. Leżą tak, żeby leżeć i przypominać rodzinie, że w tym pokoju mieszka maturzystka.

Przyznaję bez bicia, że jestem tym typem maturzysty, który panikuje przynajmniej dwa razy dziennie i dodatkowo nakręca tym innych. To ten najgorszy typ, który skupia się tak bardzo wymyślaniu czarnych scenariuszy,  że mało energii zostaje mu na samą naukę. Na moje szczęście – otaczam się ludźmi, którzy mają często tak różne od mojego podejście do zbliżającego się sami-wiecie-czego, że chłonę (opornie, ale jednak) to, czym mnie karmią i chociaż na moment uspokajam się, a czasem nawet szczerze uśmiecham. Otóż czas nauki przedmaturalnej dzieli się ponoć na dwa etapy: spokojnie, mam jeszcze czas oraz spokojnie, i tak już nie zdążę. Co najlepsze, znam osoby, które jeszcze dzisiaj, tydzień przed wybiciem godziny W, znajdują się na etapie pierwszym. Nieodpowiedzialne? Bynajmniej. Ich zdrowe podejście do tego, co czeka przecież każdego ucznia, pozwala mi na wzięcie głębokiego oddechu i powiedzenie sobie: nie panikuj. Podobnie jak pełen zrozumienia śmiech starszych ode mnie, którzy kilka, a nawet kilkanaście lat temu przechodzili to samo, a dzisiaj patrzą na mnie z rozbawieniem, kiedy ze złością zamykam repetytoria i mówię: nie umiem, nie zdam, nie dam rady. Bo przecież umiem, zdam, dam radę.

Kadr z filmu „Harry Potter i Zakon Feniksa”, 2007

Ile pięknych historii wiąże się właśnie z maturą, tego zliczyć nie potrafię. Dzisiaj starsi z sentymentem wspominają ten egzamin dojrzałości, profesorów krążących między ławkami niczym sępy nad biedną padliną i ściągi latające nad głowami uczniów. I każdy, z kim rozmawiam na ten temat (a innych tematów do rozmowy ostatnio nie jestem w stanie podjąć), przyznaje – stres był niesamowity. Nie jesteśmy więc jedyni! Tyle przed nami pokoleń w wyprasowanych starannie koszulach i na miękkich nogach szło przed komisję egzaminacyjną, czując się prawdopodobnie niczym w Procesie Kafki (szybka powtórka przed polskim!). Snuję już piękne wizje na temat tego, jak w trzecim tygodniu maja, po ostatniej już maturze, wyjdę na dziedziniec szkoły i odetchnę z ulgą. Wielką ulgą. I choć mój starannie zwalczany pesymizm stara się wygrać tę walkę i podsuwa mi przed oczy obrazy sierpniowych poprawek, tak naprawdę głęboko wierzę, że wszystkim nam pójdzie bardzo dobrze. Albo przynajmniej bardzo przyzwoicie.

Powrócę na chwilę do wspomnianych wcześniej typów maturzysty. Wydaje mi się, że tak jak kiedyś, na drodze ewolucji, rozeszliśmy się gdzieś we dwie różne strony z naszymi małpimi przodkami, tak i przychodzi w końcu rok w życiu niemal każdego ucznia, że z homo sapiens staje się na parę tygodni maturzystą. Tyle mamy różnych jego odmian, ile uczniów w białych kołnierzykach pojawi się czwartego maja na ulicach polskich miast. Są tacy, którzy, choć materiał z ostatnich kilku lat mają w malutkim palcu, doprowadzają innych do szału przez powtarzane w kółko: nie zdam, nie umiem. Na pewno każdy z nas zna taką osobę! Są i tacy, którzy niewiele powtarzają i wcale się z tym nie kryją, zakurzone książki wylegują się spokojnie gdzieś w biurkowej głębi, a ci właśnie napiszą egzaminy lepiej, niż wielu z nas mogłoby sobie wymarzyć. W obu takich przypadkach doszukuję się mimo wszystko klucza do sukcesu, który – gdyby istniał – na pewno miałby wyryte na wierzchu: ambicja, pewność siebie i stoicki spokój.

Dziś, parę dni przed maturą, szukam w sobie którejś z tych cech, powtarzając jak mantrę: umiem, zdam, dam radę. Kochani maturzyści, solidaryzuję się z Wami wszystkimi i nie mogę się doczekać, kiedy pod koniec maja całą Polską wstrząśnie – mam nadzieję – jedno wielkie, głośne westchnienie ulgi. Pamiętajmy, że już nie nadrobimy kilku ostatnich lat w siedem dni, a to, czego teraz potrzebujemy, to wyciszenie, spokój oraz wiara w siebie i swoje możliwości. Jeśli więc mamy możliwość, siądźmy z ostatnią lekturą w wygodnym fotelu, otwórzmy szeroko okna, pozwólmy kwietniowemu słońcu trochę nas ogrzać i patrzmy z uśmiechem w przyszłość, a jestem pewna, że w październiku spotkamy się wszyscy na wymarzonych uczelniach.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany