Człowiek, którego podziwiam: Danuta Stenka

Czy Wy także pamiętacie ten moment z dzieciństwa, w którym na ekranie telewizora pojawia się aktor i od pierwszej chwili wywraca wasze życie do góry nogami? Taki, który od razu wzbudza Wasze zaufanie, zainteresowanie, a przede wszystkim – sympatię? Czy w Waszym życiu także pojawił się aktor, zajmujący z biegiem lat coraz większą część kulturalnego życia?

Znalazłam aktorkę, którą podziwiam, która mnie inspiruję, która jest ze mną już od najmłodszych lat. Kobietę niesamowicie zdolną, przepełnioną emocjami, która w każdą swoją rolę wkłada ogromną pracę i co najważniejsze – siebie. To kobieta obdarzona tak przepięknym uśmiechem, że przyciągnie nim do siebie każdego. Człowiek, którego podziwiam, jedna z najlepszych aktorek polskiego teatru – Danuta Stenka. Szanuję ją przede wszystkim za to, że za każdym razem, kiedy oglądam spektakl, czy też film z jej udziałem, wywołuje we mnie emocje. I to dość silne. To właśnie przez jedną z jej ról, po raz pierwszy nie mogłam powstrzymać łez i podczas trwania spektaklu zaczęłam płakać. W zasadzie, to jedyna aktorka, która swoim byciem na scenie oraz autentyzmem, potrafi wydobyć ze mnie te najgłębiej skrywane emocje, bez żadnej obawy, czy skrępowania, że osoba siedząca w teatrze obok mnie zauważy moje łzy. Zawsze, kiedy jestem przekonana, że widziałam już wszystko w wykonaniu Stenki – cały wachlarz emocjonalny – że tym razem już niczym nie jest w stanie mnie zaskoczyć, przekonuję się, jak bardzo się mylę i ile jeszcze swoim aktorstwem i interpretacjami może mi zaoferować.

Pomijając fakt, że to niezwykle utalentowana aktorka, warto zaznaczyć, że jest osobą, którą interesuje drugi człowiek. Zazwyczaj, pomimo wielu obowiązków znajduje tę małą chwilę na rozmowę z drugą osobą. Pamiętam moją pierwszą rozmowę i spotkanie z aktorką, nie było zaplanowane, po spektaklu miałam od razu wracać do mieszkania, bo z Nowej Huty jechałam ponad godzinę. Zaczęłam iść w stronę przystanku, kiedy przede mną stanęła we własnej osobie – Danuta Stenka. Pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy: Musisz powiedzieć jak bardzo ją kochasz. Jak pomyślałam, tak właśnie zrobiłam, zaczęłam cicho i nieśmiało od słów: Przepraszam, pani Danuto, czy mogę zająć małą chwilę? W odpowiedzi dostałam ten ciepły uśmiech i kiwnięcie głowy. Jak teraz sobie o tym przypominam, to ten mój monolog trwał naprawdę długo, bo blisko 5 minut. Nie powiedziałam nic, czego Stenka nie słyszałaby na co dzień – że jest niezwykła, że jest moją ukochaną aktorką, że to, co robi na scenie przekracza moje najśmielsze oczekiwania. Ani razu nie usłyszałam wtedy od niej: Przepraszam, bardzo się śpieszę, czy jestem zmęczona po spektaklu. Czekała do samego końca aż skończę mówić, cały czas na mnie patrząc, obserwując dokładnie każdy mój gest. Kiedy skończyłam, w odpowiedzi na mój długi monolog dostałam przepiękne słowa: Z całego serca dziękuje za to, co od pani usłyszałam. To dla mnie ważne. Mam nadzieję, że żyje się pani dobrze. Życzę pani wszystkiego, co tylko dla człowieka najlepsze. Byłam bardzo wzruszona tymi słowami, ale oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie poprosiła tamtego dnia o pamiątkowe zdjęcie. Jak zawsze w takich sytuacjach trzęsły mi się ręce, więc nasza wspólna fotografia jest rozmazana. Ale to nic, to jedno z najpiękniejszych zdjęć jakie posiadam.

Pomimo tego, że to z kreacjami filmowymi jestem bardziej zapoznana, to właśnie role teatralne, zwłaszcza z Teatru Telewizji, wywarły na mnie największe wrażenie, nie pozwalając ani na moment o sobie zapomnieć. Przede wszystkim te w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego. Chociażby Katarzyna z Poskromienia złośnicy. Bohaterka dramatu, to kobieta wyzwolona, z którą, jak sama Stenka wspomina – w książce Łukasza Maciejewskiego Flirtując z życiem – miała problem.  

Nasza Kasia nie była upartą pyskatą babką, była niewygodna dla otoczenia, bo nazywała rzeczy po imieniu. [..] Chciałam usłyszeć zniewolenie bohaterki. Kiedy myślałam o postaci, wszystko się zgadzało, ale kiedy zaczynałam mówić jej głosem, czułam fałsz, zgrzyt. 

Poskromienie złośnicy w reżyserii Warlikowskiego (premiera spektaklu Teatru Telewizji miała miejsce w 2005 roku) po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć będąc w pierwszej klasie liceum. Nie interesowałam się wtedy za bardzo życiem teatralnym, ale uczęszczałam na zajęcia kółka polonistycznego, które zawsze rozpoczynaliśmy od sprawozdania, co przez ostatnie siedem dni udało się na obejrzeć/przeczytać. Postanowiłam zobaczyć ten spektakl, chociaż muszę przyznać, że wtedy był on dla mnie zdecydowanie za trudny, nie rozumiałam idei reżysera, nie mogłam także odnaleźć niczego związanego z dramatem Shakespeare’a. Ale muzyka Pawła Mykietyna oraz postać Stenki nie pozwoliły mi na zmianę kanału. To było moje pierwsze zetknięcie z Warlikowskim, a także z rolą aktorki, która nie była filmowa. Minuty mijały, a ja coraz bardziej zastanawiałam się, o co w tym wszystkim chodzi. Aż nadeszła końcowa scena przedstawienia. Dochodzi do momentu, w którym mężczyźni zakładają się o to, która z żon jest tą najbardziej posłuszną i przyjdzie na zawołanie męża. Na scenie tylko stół, przy którym siedzą wszyscy uczestnicy spektaklu, na sam przód wychodzi Katarzyna, by na rozkaz Petruchia wygłosić monolog, w którym ma powiedzieć, że każda kobieta powinna podporządkować się swojemu mężczyźnie. Światło pada tylko i wyłącznie na Stenkę, ubraną w koronkową, białą suknię sięgająca do samej ziemi. Podczas całego monologu uruchamia każdą część swojej twarzy, każdą strunę głosu, nie ma słowa, które nie miałoby znaczenia, każdemu nadaje ważność. Bohaterka płacze, śmieje się, bije rękoma po twarzy, jest świadoma swoich słów. Pamiętam, że nie mogłam wtedy pozbierać własnych myśli, przez kilka kolejny dni miałam przed oczami scenę końcowego monologu.  Coś niezwykłego – o tej roli, o tym monologu się po prostu nie zapomina.

Kojarzycie Cicę z Kruma? To kolejna bohaterka ze spektaklu Krzysztofa Warlikowskiego. Podczas pierwszej, Cica siedzi na kanapie, tyłem do widowni. Jej twarz jest wyświetlana na ogromnym ekranie, dzięki czemu jest widoczna dla publiczności. Muszę przyznać – to była kolejna rola, która mnie zaskoczyła, takiej Stenki jeszcze nie widziałam. To kobieta, która świadoma jest swojego ciała i swojej kobiecości, co niewątpliwie staje się atutem przy odbiorze przez innych bohaterów. Wszyscy są nią oczarowani. Bardzo zmysłowa, pełna namiętności i sex appealu. Sukienka w kwiaty z odkrytymi ramionami, ruda peruka oraz makijaż miały dodać postaci jeszcze więcej atrakcyjności. Cały czas w bardzo inteligentny sposób – swoim spojrzeniem i uśmiechem – kokietuje innych bohaterów spektaklu. Robi to także z publicznością, która oczarowana jej urokiem, nie może oderwać od niej wzroku. Zostałam absolutnie kupiona tą rolą, w bardzo umiejętny i wyważony sposób aktorka bawi się swoimi największymi atutami.

Źródło: Trwarszawa.pl

Będąc jeszcze na chwilę przy Warlikowskim, muszę wspomnieć o jednym z moich ulubionych spektakli – Aniołach w Ameryce. Nie będę się o nim rozpisywać, bo każdemu z osobna polecam ten spektakl, jest naprawdę cudowny. Ethel Rosenberg to zdecydowanie moja ulubiona rola w wykonaniu Stenki. Jest w niej wszystko, czego potrzebuję w grze aktorskiej w teatrze, ale przede wszystkim to, czego w niej  szukam. To naturalność połączona z niesamowitym taktem, oddaniem oraz w przypadku tej roli – bólem. Ethel jest duchem, który nawiedza Roha M. Cohna (Andrzej Chyra) – przyczyni się do skazania kobiety na karę śmierci. Mieliście kiedyś tę przyjemność oglądania sceny, w której dwójka Waszych ulubionych aktorów tworzy ze sobą jedną z najpiękniejszych opowieści, w której uczestniczyliście? Tak właśnie było ze mną – dwójka moich ukochanych artystów – Danuta Stenka i Andrzej Chyra, w jednej scenie, to musiało się udać. Pomiędzy nimi jest scena, która sprawiła, że przez moment zamarłam i nie byłam w stanie nic ze sobą robić. Ethel, która przez większość spektaklu jest ucieleśnieniem ducha bardzo opanowanego, przepełnionego klasą; w jednej chwili zostaje wyprowadzona z równowagi przez krnąbrnego Roha i wpada w szaleństwo, zaczyna uderzać go torebką znajdującą się obok niej. Siedziałam w pierwszym rzędzie sparaliżowana i patrzyłam na te niepowtarzalną scenę, która sprawiła, że ten spektakl stał się jednym ze wspanialszym, które oglądałam. W taki sposób bić walizką potrafi tylko Danuta Stenka!

Źródło: Trwarszawa.pl

Kiedy będąc na pierwszym roku studiów poznawałam twórczość Henryka Ibsena, w końcu przyszedł czas na Nora. Dom lalki. Pierwsza myśl jaka mnie naszła po zakończeniu dramatu: Matko! Jak ja bardzo chciałabym zobaczyć to na deskach teatru. Najlepiej, gdyby Norę zagrała Danuta. Okazało się, że nie tylko ja pomyślałam o tym, by w roli tytułowej bohaterki obsadzić Stenkę. Izabella Cywińska zrobiła to w 1994 roku . To rola, w której niewątpliwie można wykazać się sinusoidą emocjonalną, z niedojrzałej osoby zamienić się w świadomą, pewną swych czynów kobietę. I to wszystko na oczach widza. Na samym początku postać Nory irytuje. Jednak, kiedy bliżej się ją poznaje, staje się coraz bliższa. Od samego początku widać, że jest tytułową lalką – obiektem do pokazywania się innym ludziom czy głaskania. Maska lalki zaczyna jednak pękać w momencie, w którym czytelnik/widz dowiaduje się o mrocznym sekrecie bohaterki. Ta zasłona całkowicie opada przy samej końcówce, pokazując prawdziwą Norę, która jest świadoma swojego straconego życia i krzywdy wyrządzonej przez najbliższych jej ludzi. Nora w reżyserii Cywińskiej, to niewątpliwa aktorska uczta. Obok Stenki ujrzeć można Teresę Budzisz-Krzyżanowską, czy Henryka Bistę. Każda z tych ról jest dopracowana w najmniejszym szczególe. To naprawdę coś pięknego, oglądać tak dobry spektakl! Uczestniczyć w metamorfozie Nory, którą dostarcza widzom Danuta Stenka, to sama przyjemność.

Z początku zalotna, pełna dziecinnej niewinności i naiwności, przepełniona miłością, którą obdarowuje Torwalda – swojego męża. Zmienia się w konsekwentną, pewną swoich czynów kobietę, która dopiero teraz poznaje prawdę o sobie jako matce i żonie.

 

Nie chcę, żeby wyszło, że każda rola zagrana  przez Stenkę w moim odczuciu jest fenomenalna, bo wiadomo, że są i takie, które przypadają mniej do gustu. Ale nawet przy takich rolach pozostaje jakaś mała scena, o której trudno zapomnieć. Tak jest w przypadku Rodzinnego show w reżyserii Macieja Pieprzycy. Mimo braku przekonania, co do przedstawienia, to moment, który nie pozwala o sobie zapomnieć.

O teatralnych rolach Stenki mogłabym jeszcze długo pisać, bo przecież Krzysztof Warlikowski, Izabella Cywińska i Maciej Pieprzyca, to niejedyni reżyserzy, u których grała, i to niejedyne role, w których ją widziałam. Grała między innymi u Grzegorza Jarzyny, Jana Englerta, Michała Zadary, Yanny Ross czy Mai Kleczewskiej.

Mam przeczucie, że Stenka swoją wrażliwością jeszcze niejeden raz mnie zaskoczy i uszczęśliwi. Pragnę jej podziękować za każdą cudowną rolę, którą przyszło mi obejrzeć w jej wykonaniu, ale przede wszystkim za ten urok, emocjonalność, wyczucie, za wszystkie wspaniałe cechy, które od najmłodszych lat nie pozwalają o sobie zapomnieć, czyniąc Danutę Stenkę moją ukochaną aktorką.

Natalia Rieske

Zacznij chodzić do teatru. ☺️?

4 komentarze
  1. Dziękuje. Również jestem fanką Danuty Stenki i za każdym razem kiedy widzę ją na ekranie, lub też na żywo w trakcie trwania Verba Sacra w Wejherowie, jestem zahipnotyzowana. To wspaniała osoba, najlepsza aktorka ?. Napisałaś to co wiele z nas odczuwa. Dziękuje

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany