Stracone młodości: „Marzyciele”

Pamiętacie pierwszy film, który zrozumieliście od początku do końca? Pierwszy film, na który świadomie zbieraliście pieniądze, którego losy śledziliście na forach filmowych w odmętach Internetu czy też na ostatnich stronach gazet poświęconych kulturze? Ja pamiętam.

Marzyciele, obraz włoskiego reżysera Bernardo Bertolucci, miał premierę w Polsce późną zimą 2004 roku. Byłem wtedy smarkaczem, który filmy oglądał w paśmie telewizyjnego szaleństwa, zabijając czas między lekcjami i wyjściem na dwór do znajomych. Interesowały mnie bardziej Pokemony, żetony czy kapsle, niż filmy zdominowane przez metaforyczne opowieści o tym, że każdy z nas traci młodość zamiast w niej żyć, inwestując w swoją przyszłość.

Z filmem zetknąłem się kilka lat później. Przedzierając się przez kolejne miesiące liceum, potrzebowałem czegoś, co wskaże mi drogę, ukształtuje w sposób, który do mnie przemówi. Szczery, a nie zaczerpnięty ze sztywnych ksiąg. Zaciekawiony opowieścią o francuskiej rewolucji, wstąpiłem w świat Marzycieli.

„Marzyciele”, źródło: Giphy.com

Gdybym wtedy był bogatszy o dorosłą świadomość, być może patrzyłbym na świat złożony z prostszych zasad, bardziej zrozumiałych historii i czerpałbym ze wskazówek, które otaczają każdego z nas.

Tłem historii trójki młodych ludzi jest rewolucja francuska, która zmieniła postrzeganie świata, który do tej pory patrzył tylko dorosłymi oczami, na to, co bezpośrednio przed nim. Marzyciele to przede wszystkim portret utożsamionej siły marzeń o lepszym życiu, któremu ulega masa wciąż nieukształtowanych ludzi.

Twórcy przypominają z nostalgią odwieczną siłę młodzieńczego buntu, którego obecność pozwala na wejście w dorosłość. Bertolucci chce w ten sposób zademonstrować kolejnemu pokoleniu młodych, wabionych konformistyczną i konsumpcjonistyczną postawą wobec życia, że rezygnując z buntu, marzeń i idei, wypiera się ono ważnej i inspirującej siły młodości.

Mając w pamięci, że nie wszystkie batalie i rewolucje do czegoś doprowadziły – ostrożnie ważą swoje losy, oscylując gdzieś między narkotycznym uniesieniem a poszukiwaniem odpowiedniego seksualnego partnera. Skupiają się na przekraczaniu granic, badaniu relacji międzyludzkiej. Twórcy focusują się na psychologicznej wizualizacji ciała, narażonego na obcy dotyk, który dopiero przerodzi się w coś uzależniającego i potrzebnego.

„Marzyciele”, źródło: Giphy.com

Eva Green, Louis Garrel oraz Michael Pitt stworzyli tercet, który dopełniał się idealnie w każdej scenie. Wyczekując kolejnego dnia, kolejnego papierosa czy bezsennej nocy, która mijała na długich rozmowach o tym, jak stelaż politycznego więzienia, w którym każdy z nas tkwi podcina nam skrzydła. Świeże twarze, nienaznaczone hollywoodzkim blichtrem i manierami. Autentyczne spojrzenia, gesty podszyte pulsującym napięciem, a to wszystko w takt kawałków Hendrixa, Janis Joplin czy The Doors.

Ich relacje, często wyrywając się społecznym ramom, czy to wykreowanym przez więzy krwi, płeć, czy w końcu zwyczajną niechęć do drugiej osoby, nakręcały spiralę niebezpiecznych psychologicznych gier. Rodzeństwo, które niczym wyrachowany drapieżnik na swoją ofiarę wybrało podatnego i nieokreślonego jeszcze człowieka, który łatwo dał się nabrać na wielkie słowa o wolności, swobodzie i braku ograniczeń.

„Marzyciele”, źródło: Giphy.com

Młodość w tym wypadku zdaje się być wypadkową dojrzałości osób, które owe młode pokolenie wydało na świat. Nam się nie udało – to Wam musi. Ile razy, patrząc w lustro, za plecami widząc wzrok rodzica – mieliśmy wrażenie, że poprzez nasze życie ktoś próbuje naprawić swoje błędy, wypróbować inne drogi, które w miarę przebytego życia się odpuszczało. Młodość, utrzymując się ze scenariuszy, które czyjeś życie nie zdało, gubi swoją tożsamość. Przybierając obce cechy, wchodząc w rolę drugiego człowieka – wrodzone zachowania zdają się ciążyć, przeczyć naturalnemu prawu do bycia innym.

Buntem w obecnych czasach mogą być decyzje podejmowane z myślą przede wszystkim o sobie. Mając na pierwszym miejscu siebie. To komfort, choć dosyć samolubny, może być przepustką do wiecznej młodości. A czy nie o to właśnie biły się wszystkie najważniejsze postaci sztuki z całego świata?

Adrian Nowacki

Lubi filmy oglądać i o nich pisać.

1 Komentarz

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany