Człowiek, którego podziwiam: Katarzyna Nosowska

Ktoś, kto lubi muzykę nie powinien zawężać się do jednego gatunku.

– Katarzyna Nosowska

Sięgam w zakamarki pamięci i wygrzebuję jeden z najważniejszych, najbardziej przełomowych momentów mojego krótkiego życia – maj 2009. Moja klasa, 5 b, wraca do domu po tygodniu spędzonym w Bieszczadach. W autokarze rozbrzmiewają hity polskiego rocka – wykrzykiwane, bo raczej nie przypominające śpiewu, przez cienkie dziewczęce głosiki. Baśka przeistacza się w Długość dźwięku samotności, Czerwony jak cegła w Człowieka z liściem na głowie. Po drodze jeszcze kaleczone przez nasze ułomności językowe Come together, Michelle czy Help! Beatlesów. Nagle słyszę z telefonu jednej z koleżanek Umieraj stąd, bierz co twoje i wooon… Pytam tylko: A co to jest? Nie znam tekstu… Odpowiedź jest krótka: HEY.

Cóż, może to nie najlepszy utwór na początek, szczególnie dla dwunastolatki, która właściwie niewiele może z niego zrozumieć, ale traf chciał, że akurat wielkimi krokami zbliżał się wtedy album Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!

Po powrocie zaczęłam przeszukiwać Internet i zorientowałam się, że znam ten zespół nie od dziś, ani nawet nie od wczoraj. Przecież słyszałam go w Trójce… Wkrótce zagrałam na gitarze pierwsze akordy: G, D i A pochodzące z Teksańskiego. Całkiem szybko przekonałam się też, że piosenka musi posiadać tekst.  Wakacje upłynęły mi przy akompaniamencie zapętlanego znaleziska ze strychu, którym było Ho! na kasecie, a we wrześniu ukazała się nowa płyta, potocznie zwana MURPem. Wysłuchiwałam każdego wywiadu. Kupowałam wszystkie gazety z Nosowską na okładce. Pieszczotliwie ochrzciłam wokalistkę Ciocią Kasią. Marzyłam o koncertach i ciągle wyrzucałam sobie, że urodziłam się za późno, że nie dane mi było zobaczyć jak choreografia nie jest jedynie staniem przed mikrofonem i jak Nosowska rzuca się w tłum na koncercie… Nie było wizyty w Empiku, która nie kończyłaby się zakupem płyty. Nie było dnia bez HEY, nie było dnia bez Nosowskiej. Starałam się nadrabiać historię i być na bieżąco jednocześnie.

Nadeszła wiosna 2012 roku. Redaktor Stelmach ogłosił w radiu dyrektor artystyczną Męskiego Grania. Co to był za ból, gdy okazało się, że nie mogę jechać na żaden koncert, bo według rodziców wciąż jestem za młoda. Całe lato nie odchodziłam od radioodbiornika. Zamieniłyśmy z przyjaciółką fragmenty wykutych już na pamięć tekstów piosenek w nasz tajny szyfr komunikacyjny, łącząc je w różne konfiguracje, dopasowując do sytuacji. Nie potrzebowałyśmy innych słów, bo wszystko powiedziała za nas mistrzyni. Ach, wspominam ten czas z ogromnym sentymentem i rozrzewnieniem…

Rok później – warszawski Rocket Festiwal. Przed HEY grały takie zespoły jak happysad, Luxtorpeda i Łąki Łan (na których wówczas bawiłam się świetnie), jednak dopiero gdy na scenie pojawiła się Nosowska, poczułam jakieś dziwaczne motyle w brzuchu. Niezdefiniowana magiczna siła ciągnęła mnie w stronę barierek. Tak, to był mój pierwszy koncert. Pamiętam chyba każdą jego sekundę, każdy dźwięk, każdą minę, każde no, dziękujemy bardzo… Koncert, który dopełnił wizerunek nadal doskonałej istoty, żyjącej od tamtej pory już nie tylko w mojej wyobraźni.

Minął kolejny rok. Poszukując już nieco innych brzmień, tym razem bardziej ochoczo i świadomie, dotarłam do jej solowej dyskografii. Znowu się zachwyciłam. Nie mogło być inaczej. puk.puk, Sushi, Osiecka… Ostatnio dotarła do mnie informacja o puk.puk na winylu i wprost nie mogę doczekać się, kiedy trafi do mojej kolekcji… Płyta starsza ode mnie, ale jest w niej coś przeszywającego, coś, czego nie potrafię zdefiniować. Po prostu siedzi gdzieś w środku i nie chce wyjść. Jeśli wiesz, co chcę powiedzieć…

A co mam z tego zupełnie bezpiecznego fanatyzmu? Bez wątpienia dojrzałość, szacunek dla słowa i miłość do wszelakich koncertów, z których mogłabym nie wychodzić. Nie wyobrażam sobie, co byłoby, gdybym wtedy, osiem lat temu, nie zetknęła się z Umieraj stąd.

Niebawem osiągnę wiek debiutującej Nosowskiej, ale właściwie niewiele to zmienia. Stale wracam do jej twórczości, zarówno tej solowej, jak i zespołowej. Co prawda, im jestem starsza, tym mniej wystarczają mi te pierwsze trzy akordy, ale za to teksty nabierają jeszcze większej mocy. I ta nigdy nie tracąca aktualności Dorosłość jak początek umierania…

Mam jeszcze jedno tyci marzenie, może kiedyś uda się je spełnić… Chociaż jedno zdanie zamienione z Nosowską. Chociaż jedno zdjęcie, na pamiątkę do powieszenia na ścianie.

Michalina Bieńko

Na co dzień nałogowo słucha radiowej Trójki. Nie wyobraża sobie życia bez muzyki.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany