Cynik, szaleniec i geniusz – Dr Gregory House

Justyna P.: Przed przystąpieniem do pisania tego tekstu, musiałam sprawdzić, ile czasu minęło od emisji ostatniego odcinka. Spodziewałam się, że to już kilka lat, ale data 21 maja 2012 roku – szczerze mnie zaskoczyła. Wychodzi na to, że Dr House zniknął z mojego życia 5 lat temu. Niestety, zniknął dość dosłownie. Przyznam szczerze, że na palcach jednej ręki jestem w stanie zliczyć te momenty, gdy do serialu wracałam, raz tylko, w pierwszych dwóch latach, zdecydowałam się na obejrzenie wszystkich ośmiu serii. Nie wiem z czego to wynika, bo tak naprawdę, to właśnie przygody szalonego geniusza, stanowiły pierwszy i dotychczas jedyny serial w moim życiu, którego byłam fanką w pełnym wymiarze. Doskonale orientowałam się w fabule, do każdego z odcinków wracałam wielokrotnie, znałam pozaserialowy dorobek aktorów, miałam swoich ulubieńców, pary, którym kibicowałam. A żeby być na bieżąco – kilkakrotnie zdarzyło mi się oglądać emisję prosto ze Stanów, co oznaczało dla mnie wówczas wstawanie w środku nocy, tylko po to, by obejrzeć serial i pójść spać. Warto wspomnieć, że odbywało się to w środku tygodnia, więc do szkoły wstawałam nieprzytomna. Ale przynajmniej atmosfera oglądania była nieporównywalna z niczym innym! A jak wyglądało to w Twoim przypadku?

Karolina: Moja przygoda z Dr. Housem rozpoczęła się około 2008 – 2009 roku. Nie pamiętam dokładnej daty, ale wtedy właśnie TVP2 emitowało w czwartkowe wieczory pod rząd dwa odcinki serialu. Mam wrażenie, że w tym okresie był swego rodzaju boom na tę pozycję w naszym kraju, bo następnego dnia w szkole wszyscy moi znajomi rozmawiali tylko o tym. Zawsze oglądam seriale w Internecie, ale właśnie Dr House stanowił wyjątek od tej reguły. Przez to, że nie widziałam go sezon po sezonie, tylko tak, jak leciał w TV, niektóre odcinki oglądałam po kilka razy, inne może ominęłam, ale jakoś mi to nie przeszkadzało. Była to bodaj pierwsza amerykańska produkcja, która zrobiła na mnie tak duże wrażenie. Przyczyną tego był geniusz głównego bohatera i same medyczne zagadki, które szalenie mnie fascynowały. Przyznam, że wtedy osobiste perypetie poszczególnych postaci schodziły dla mnie na dalszy plan, ale skoro o bohaterach mowa, to jaki zespół lekarzy towarzyszący House’owi wzbudzał Twoją największą sympatię?

Justyna P.: Ja akurat jestem zwolenniczką zmian w zespole, które wydarzyły się w czwartym sezonie. Wynika to poniekąd z mojej niechęci do Allison Cameron, która bardzo mnie irytowała, a jej wątek zakochania się w Housie, nigdy nie należał do moich ulubionych, zwłaszcza że ja sercem zawsze byłam za połączeniem go z Cuddy. W kręgach fanów mówiło się o tej parze Huddy, bardzo ich razem lubiłam, dlatego długo nie umiałam pogodzić się z tym, jak trudna i ostatecznie nieszczęśliwa to była miłość. Z wielką pasją oglądałam ich wspólne sceny, łączone potem w filmiki, nazywane fanvidami. Lisa Cuddy to zresztą moja ulubiona postać w tym serialu, mająca konkurencję wyłącznie w Trzynastce, której pojawienie wniosło nową energię. Obie bohaterki tworzyły ciekawy kontrast do męskiej części zespołu, ale były przy tym bardzo mocnymi charakterami i każda z nich otrzymała od scenarzystów swój osobny, bardzo ciekawy wątek.

Jednak warto wspomnieć o pewnej myślę dość znaczącej cesze tej produkcji – to fantastycznie skrojony komediodramat, który oprócz wątków medycznych oraz trudnych relacji międzyludzkich, miał dużo elementów humorystycznych. Sam Gregory House to bohater, oprócz tego, że cyniczny, to jednak piekielnie inteligentny, obdarzony cudownym poczuciem humoru. Dużo jego myśli przez długie lata funkcjonowało w moim słowniku. Do najpopularniejszych należą słowa Jak mawiał filozof Jagger: Nie zawsze możesz dostać to, czego chcesz. Bardzo lubiłam też jego wizyty w przychodni, gdzie musiał zmierzyć się z przypadkami takimi jak figurka strażaka w nosie małego chłopca, czy kobieta, która nie wiedziała w jaki sposób należy używać inhalatora.

Karolina: Może to z sentymentu, ale ja z kolei bardzo lubiłam starą ekipę lekarzy z pierwszych sezonów z Robertem Chasem i Erikiem Foremanem. Cameron faktycznie bywała irytująca, ale myślę, że jej postać była potrzebna, aby nieco zrównoważyć grono do bólu niekiedy racjonalnych mężczyzn. Jako kobiecie została jej przypisana rola tej bardziej emocjonalnej osoby, która przejmowała się pacjentami. Traktowała ich przede wszystkim jak ludzi a nie kolejne medyczne przypadki. Wydaje mi się, że to było całkowicie przewidywalne, że zapałała głębszym uczuciem do House’a jako swojego nieosiągalnego mentora, którego podziwia, ale ja, jako widz, nigdy nie traktowałam tego na poważnie. Nie było żadnych szans, aby ten związek zaistniał, dlatego też zawsze shippowałam (jak to się teraz modnie określa wśród środowisk fanowskich) sparowanie się Gregory’ego z Lisą Cuddy. Między tą dwójką ewidentnie istniała niezwykła chemia, a ich utarczki słowne stanowiły prawdziwą ozdobę serialu. Zresztą sarkazm House’a to praktycznie temat na oddzielną dyskusję. Mnóstwo jego tekstów zostało już uznanych za niemal kultowe, a to najbardziej popularne, czyli: Ludzie mówią, że bez miłości nie da się żyć. Osobiście uważam, że tlen jest ważniejszy, można już znaleźć nawet na kubkach, koszulkach czy torbach. Gdy jeszcze przez chwilę pozostajemy przy postaciach, to nie sposób nie wspomnieć o dr. Jamesie Wilsonie, czyli najbliższym i chyba jedynym przyjacielu House’a. Wiadomo, że charakter naszego znakomitego diagnosty był bardzo trudny, dlatego należy Wilsona podziwiać, że mimo wszystko wykazywał się ogromną cierpliwością i potrafił w jakiś sposób wpłynąć na Gregory’ego.

Justyna P.: Oczywiście, Wilson to kolejna niezbędna postać w tym serialu. Cieszę się, że Dr. House’a konsekwentnie otaczali tytułowego doktora, ważnymi dla jego życia postaciami. Dzięki temu ostatecznie łatwiej nam było zrozumieć pokrętność tego charakteru, wytłumaczyć szereg jego zachowań. Człowiek, którego na pierwszy rzut oka łatwo było nienawidzić, w rzeczywistości stał się tym, którego pokochały miliony widzów na całym świecie. Bawił, rozczulał, irytował, wzbudzał współczucie, ale nigdy nie pozostawiał widza obojętnym. Dlatego zresztą do moich ulubionych odcinków zaliczam te z jego pobytu w szpitalu psychiatrycznym (sezon szósty), jako takie, które dały mi jako widzowi możliwość bardzo wnikliwego przyjrzenia się psychice bohatera.

Duża w sukcesie produkcji jest oczywiście zasługa obsady. Hugh Laurie fantastycznie poradził sobie ze złożonością postaci, do granic wykorzystując szeroki wachlarz swoich umiejętności – aktorskich, ale również wokalnych, muzycznych. Tak samo zresztą Lisa Edelstein, która – nie wiem czy pamiętasz – również miała swój wokalny epizod…

 

Karolina: Szczerze mówiąc, to śpiewającej Lisy Edelstein nie kojarzę, ale muzyczne wątki House’a, gdy chociażby grał na fortepianie, były moim zdaniem bardzo ważne w całym serialu. Zresztą sam Hugh Laurie jest niezwykle utalentowanym muzykiem – kilka lat temu wydał dwie bluesowe płyty Let Them Talk oraz Didn’t It Rain. W ramach trasy koncertowej promującej  drugi album odwiedził również Polskę. Laurie jest także autorem bestsellerowej książki Sprzedawca broni. Jak widać, jest prawdziwym człowiekiem renesansu, a tacy ludzie, którzy codziennie karmią się ogromną ilością emocji, mają większą wrażliwość. Może też dlatego aktor tak doskonale oddał złożoność postaci House’a. Pokazał, że pod tą warstwą egocentryzmu i gburowatości kryje się czuły mężczyzna, którego ukształtowało cierpienie zarówno fizyczne (po zawale mięśnia w udzie utyka, uzależnił się od środków przeciwbólowych), ale także psychiczne czy też sercowe, wszak jego pierwsze małżeństwo nie przetrwało.

Justyna P.: Miałam przyjemność być na jednym z koncertów w Polsce i było to jedno z najpiękniejszych artystycznych doświadczeń w moim życiu. Laurie to magik, człowiek-orkiestra. Wybitnie utalentowany, a jednocześnie ze swoim wielkim ciepłem i dużą serdecznością dla drugiego człowieka, zupełnie inny od Gregory’ego. Choć jak sam przyznał, za ogromną popularność serialu, a co za tym idzie – utożsamianie go z cynicznym doktorem, zapłacił dużą cenę, ale nie ma się co dziwić – wykreował postać, której sukcesu nie da się powtórzyć, a o Dr. Housie mówiło i nadal mówi się wyłącznie w superlatywach.

Justyna Potasiak

Nieustannie zatopiona w planach kulturalno-wyjazdowych. Kulturę najchętniej pochłania w bezpośrednim kontakcie z twórcami, bo kontakt z żywym człowiekiem, z emocjami „tu i teraz” uważa za najwyższą wartość.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany