Jak poznałem waszą matkę, czyli opowiedz dzieciom o szaleństwach młodości

Magda: Nieco ponad dekadę od ukazania się pierwszego odcinka kultowych Przyjaciół, w telewizji ukazał się serial o nieco intrygującym tytule Jak poznałem waszą matkę. Pamiętam, że sitcom zyskiwał popularność w Polsce mniej więcej w czasie, gdy chodziłam do gimnazjum. Nie miałam zielonego pojęcia co znaczy skrót HIMYM i w ogóle nie czułam potrzeby, by się tego dowiedzieć. Jak wspomniałam w ostatnim tekście o Przyjaciołach – od zawsze mam przysłowiowy spóźniony zapłon, jeśli chodzi o wszelkie seriale i filmy. Po Jak poznałem waszą matkę sięgnęłam dopiero na studiach, krótko po tym, jak skończyłam oglądać Przyjaciół. Niektórzy mówią, że mało który serial wciąga odbiorcę już od pierwszego odcinka. Odnoszę jednak wrażenie, że w przypadku HIMYM sprawa ma się nieco inaczej…

Karolina: Zaczęłam oglądać Jak poznałem waszą matkę za namową znajomego w wakacje 2013 roku, czyli już pod koniec emitowania sitcomu. Od razu pochłonęłam osiem sezonów, dlatego zdecydowanie zgodzę się ze stwierdzeniem, że HIMYM wciąga na dobre. Zastanawiam się nad tym, co sprawiło, że obraz ten został uznany za jeden z najlepszych seriali komediowych, pokochały go miliony na całym świecie, a niektóre powiedzonka na stałe weszły już do popkulturowego kanonu, jak chociażby Barneyowskie: Legen… wait for it… dary. Legendary! Na pewno ciekawa jest sama retrospektywna koncepcja, kiedy już na samym początku dowiadujemy się, że Ted Mosby znalazł kobietę swojego życia i ma dwójkę dzieci, a dopiero później poznajemy perypetie, które spotkały go na drodze do osiągnięcia tego. Jednak wydaje się, że główną przyczyną tak ogromnego sukcesu byli znakomicie skrojeni bohaterowie.

Magda: Zgadzam się z tym stwierdzeniem w zupełności – każdy z bohaterów serialu jest bardzo wyrazistą i zarazem oryginalną postacią. Wiecznie goniący za ideałem kobiety Ted, sprawiedliwy i pragnący dobra ogółu Marshall, stawiająca na karierę Robin, wciąż szukający przygód na jedną noc Barney i Lily, która ze swym pedagogicznym podejściem usiłuje czasem wychowywać nawet swoich przyjaciół. Każdy inny, wszyscy równi – chciałoby się rzec. Skoro już jesteśmy przy temacie bohaterów, czy potrafisz wybrać swojego ulubionego?

Karolina: Wskazanie jednego ulubieńca jest bardzo trudnym zadaniem, bo każda z postaci ma cechy, za które ją lubię. Przyznam się do czegoś dziwnego, ale będący idealną parą Lily i Marshall tworzą dla mnie jedność. Nie potrafię rozpatrywać tych bohaterów osobno, bo tak perfekcyjnie się uzupełniają, że faktycznie tworzą kompletną całość. Zawsze byłam pod wrażeniem ogromnej wiary Teda w to, że każdy z nas kiedyś odnajdzie swoją drugą połówkę. Dzięki temu HIMYM można polecić każdej osobie ze złamanym sercem, aby przekazać jej odrobinę otuchy. Podziwiałam Robin za jej niezłomność we wspinaniu się po kolejnych szczeblach kariery, chociaż wiem, że w głębi serca wiedziała, że to jej nie wystarczy, aby wieść szczęśliwe życie. Chociaż piszemy o każdym bohaterze z osobna, to nie sposób nie wspomnieć o tej wielkiej przyjaźni, która ich połączyła i przetrwała wiele przeciwności.

Magda: Ja, podobnie jak w przypadku Przyjaciół, również nie potrafię jednoznacznie wybrać ulubionego bohatera. Chociaż najczęściej największą ilość sympatii kieruję w stronę Marshalla. Uwielbiam jego nieśmieszne żarty, pozytywne podejście do życia i nieustanne szukanie odpowiedzi na absurdalne pytania, jak na przykład w odcinku z osławionym The Pineapple Incident. Grupa przyjaciół przez cały odcinek usiłowała odtworzyć przygody, które przytrafiły się poprzedniego dnia Tedowi, a Marshalla, jako jedynego, najbardziej interesowała kwestia pojawienia się tajemniczego ananasa w sypialni Teda.

Karolina: Absolutnie zgadzam się z tym, co napisałaś o Marshallu, którego urocze ekscentryczności można by długo jeszcze mnożyć. Mi utkwiła w pamięci sytuacja, gdy paczka przyjaciół urządziła wspólne oglądanie programu Robin w mieszkaniu Lily i Marshalla, a ten przekonywał Barneya o zaletach spania w koszuli nocnej. Skoro zaczęłyśmy wspominać sytuacje z poszczególnych odcinków, to co sądzisz o samym zakończeniu serialu? Było ono dość szeroko komentowane i wielu osobom nie przypadło do gustu.

Magda: Jestem po stronie tych, którzy uważają, że zakończenie serialu było absolutnie nietrafione. Wierzę, że istnieją osoby, które nie miały jeszcze okazji oglądać HIMYM, więc postaram się nie spoilerować, jednak moim zdaniem jedyne słuszne zakończenie powinno mieć miejsce w momencie, kiedy Ted poznaje przyszłą matkę swoich dzieci. Cała reszta historii jest zbędna. A Ty, po której stronie muru stoisz?

Karolina: Ja jednak stoję po tej przeciwnej stronie i mi zakończenie się podobało. Może faktycznie, nawet w nawiązaniu do tytułu, byłoby bardziej spójnie, gdyby serial zakończył się w momencie, gdy Ted poznał matkę, ale przedstawionemu obrotowi spraw cicho kibicowałam przez cały czas trwania HIMYM. Miało to pewien głębszy sens. Może taki, że każdemu z nas jest coś pisane i pomimo różnych perypetii i tak się ziści?

Magda: Cóż, mówi się niby, że najciemniej jest pod latarnią…

Karolina: Dlatego przepis na świetny serial okazuje się zaskakująco prosty. Pokazali to już Przyjaciele, że okraszone dużą dozą humoru codzienne perypetie miłosne i zawodowe zgranej paczki młodych ludzi, z którymi widzowie mogą się utożsamiać, są strzałem w dziesiątkę. Tak też było z Jak poznałem waszą matkę.

Karolina Kozłowska

Muzyka daje jej wolność, a ulubione kawałki są jak najlepsi przyjaciele. Będąc na koncercie czuje, że znajduje się we właściwym miejscu i czasie.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany