Voguing – bądź kimkolwiek chcesz

W piątkowym wieczorze, przed imprezą jest coś ekscytującego. Zanim wybierzesz bluzkę, która odkryje łopatki i namalujesz sobie bordo na ustach, użyjesz jeszcze tej specjalnej mgiełki ze złotymi drobinkami. Kilka sekund w oparach perfum i już jesteś księżniczką. Martini pieści przełyk, plotki wypełniają mały pokój, muzyka z lat 80. męczy sąsiadów nad i pod. To zapowiedź nocy, którą to ty będziesz tworzyć. Kolejne godziny mogą być włóczęgą po głodnym historii mieście, intelektualną przestrzenią na kłótnie, albo parkietem, na którym będziesz czarną tancerką dancehallową. Obrazy się mnożą: kawiarenki z Paryża w latach 20., kluby nocne i Blue Velvet Lyncha, neony, perły, Wielki Gatsby. Oczywiście, rzeczywistość jest męcząca i wygląda nieco inaczej.

Wyjdziesz ze swojego bezpiecznego buduaru, w którym pachnie pudrowym różem do policzków i już zaczynają się schody. Piątek powoli staje się twoim rywalem, a jeśli wpadłaś na ten najgorszy pomysł, żeby wybrać szpilki, to wiesz o czym mówię już po wyjściu z domu. Bruk śmieje się z twoich pragnień o dłuższych nogach. Po wejściu do pierwszego lepszego klubu, który kusi nazwą Dream, rozpoczyna się smutny, pijany spektakl przytłoczony Justinem Bieberem i czarnymi crop-topami. Wszystkie dłonie, które chcą kupić ci drinka –  chcą też być blisko twoich pośladków. Spojrzenia są głodne, marzenia płynne, palarnia duszna, muzyka kiepska, a studenci szkół ekonomicznych nachalni.

Nie chcę być teraz hipokrytką. Bawiłam się w takich miejscach nie raz, a w przypadku, kiedy wypiłam więcej niż ten jeden kieliszek martini, nawet bardzo dobrze. Ale zdaję sobie sprawę, że nie jest to definicja zabawy, wyzwolenia się ze sztywnych ram tygodnia. To nie jest przestrzeń, którą możesz kreować, to nie noc, którą piszesz ty. Co jeśli na parkiecie nagle zacznie się całować dwóch młodych chłopaków? Co jeśli za każdym razem kiedy zostanę ściśnięta w talii przez tych brunetów pokażę, że nie mam na to najmniejszej ochoty?

Czy impreza to tylko alkohol i muzyka pod chodnikami miast, gdzie możemy się schować wraz z naszymi żądzami i pragnieniami? Kiedy po raz pierwszy obejrzałam Paris is burning, zrozumiałam, że jest to temat otwierający znacznie szerszą dyskusję.

źródło: arterritory.com

Paris is Burning, dokument Jennie Livingston z lat 90., olśniewa innym światem od pierwszych kadrów. Zostajemy zaproszeni na jeden ze słynnych balli, gdzie rozpoczyna się współczesna Alicja w Krainie Czarów dla dorosłych. Nie wiadomo czy to impreza, bardzo niekonwencjonalny pokaz mody, czy może rewia dla absolwentów szkół artystycznych. W kategoriach takich jak school boy, butch queen, czy body kolejno prezentują się uczestnicy konkursu. Mężczyźni wyginają się przed jury. Stroją miny, kręcą kółka, falują biodrami, pokazują sutki i uda, machają rzęsami, tańczą. To sensualny freestyle, bardzo nachalna i barwna prezentacja siebie. Brokat wiruje w powietrzu, a przecież noc dopiero się zaczyna.

Paris is burning to kampowe szaleństwo i źródło modowych inspiracji. Kobiety odziane w cekinowe sukienki, które wyglądają jak ich druga, magiczna skóra. Mężczyźni w wielkich złotych kolczykach. Ciemne uda odziane w dopasowane pończochy. Błękit i złoto. Czerwień i czerń. Satyna, dekolt do pępka, pióro ozdabiające skręt włosów, dźwięk drobnych koralików, kiedy ruszasz biodrami, kremowe futro, które spada z ramienia. A zaraz potem oklaski, wielki podziw, już jesteś Kimś, dostałeś Oscara próżności.

A póki co to tylko kolorowe bluzki, które możemy zobaczyć też w nowej kolekcji Dolce&Gabbana. O czym tak naprawdę jest Paris is Burning i dlaczego przyrównuje temat do piątkowych imprez?

źródło: giphy.com

Paris is Burning nie jest dokumentem modowym, który przy okazji pokazuje konkursy piękności. Konkurs toczy się o dużo wyższą stawkę. Chodzi tu o akceptację, podziw, ociekający złotem splendor. Jennie Livingstone nakręciła środowisko czarnoskórych i latynoskich drag queen oraz transseksualistów, których życie skupiało się w klubach nocnych Harlemu. Ta queerowa przestrzeń, idea konkursu może przypominać trochę kicz Eurowizji, gal oscarowych, czy programów typu Mam talent. Tylko tutaj wszystko toczy się a rebous. To heremetyczne środowisko prowadzi nieustanną walkę o uwagę, poklask, to trochę sława dla sławy, potrzeba pieniędzy, luksusu. Chcę być białą, rozpuszczoną, bogatą kobietą – mówi Venus Xtravaganza, jeden z transseksualistów. Całe środowisko chce wyglądać pięknie, zjawiskowo, chce poczuć się w swojej skórze jak w domu, chce być bliżej realności. To przede wszystkim kolejna opowieść marginesu. W otoczeniu świata straight, miejsce czarnoskórego geja, czarnoskórego transeksualisty znajduje się na nizinach warstw społecznych. Podczas balli każdy z nich może zyskać sławę, wykrzyczeć swoje ja. Voguing, choć pierwotnie jest to forma taneczna, na którą składają się pozy imitujące sposób poruszania się modeli po wybiegu, staje się tutaj kategorią. Voguing pozawala na wolność, na bycie sobą, na wykreowania swojego świata, obok tego normatywnego.

A Paris is burning wchodzi jeszcze głębiej. Dokument ukazuje performatywność płci, teatralizowanie życia. Z dyskursu medycznego przenosimy się na obszary kultury. Słuchamy opowieści transseksualistów, patrzymy na ich grację, elegancję, lśniącą pretensjonalność. Bez zastanawiania się jakie dokładnie części ciała mieszczą się pod tymi piórami. To zabawa, rywalizacja, jedyny sposób na zaistnienie. Dlaczego?

źródło: giphy.com

Społeczeństwo Paris is burning zmaga się z kategorią realness. Jedyną drogą do dalszego życia jest wtłoczenie się, dopasowanie do większości. Balle są opozycją, miejscem, gdzie możesz wszystko, gdzie robisz to, co chcesz, wyglądasz jak chcesz, mówisz o pragnieniach i możesz o nich mówić. Nie trzeba się wstydzić swojej tożsamości. Przez wyrazistość, siłę, przerysowanie świat Paris is Burning mami kolorami i demontuje sztywne konwencje, przebudowuje definicje tożsamości. Ball to możliwość na wybicie się, tutaj wszyscy są na równym poziomie. To także zabawa. Zabawa swoim ciałem, kuszenie pięknem, pragnienie spojrzeń, które mają skupiać się właśnie na tobie.

Chociaż to dzieło ukazuje zamkniętą społeczność, z którą pewnie żadne z Was nie ma bliższego kontaktu, to tworzy się tutaj mnóstwo napięć między opozycjami, które uderzają w nasz świat. Czarnoskóry homoseksualny mężczyzna jest pod władzą białego hetero, transseksualiści w naszym kraju to nadal i często monstrualia, które powinny znajdować się jak najdalej od nas. Dziwnie się na to przecież patrzy, wolimy mężczyzn w koszulach i panie w sukienkach.

Ciągle uważam, że ten dokument jest aktualny dla naszego polskiego społeczeństwa XXI wieku. Pragniemy tego samego, czego bohaterowie Paris is burning. Spojrzenia, zachwytu, akceptacji, dobrej zabawy, możliwości wyzbycia się lęku, mówienia o marzeniach głośno i odważnie. Pragniemy być piękni, ale na własnych warunkach, nie wedle tego, co dyktuje nam Vogue i Logo. Zamiast dopasowanych kiecek, w których czujesz się jak bandaż uciskowy, można założyć pióra i koraliki. Zamiast iść tam, gdzie wszyscy, szukać miejsca, gdzie to ty jesteś osobowością a nie częścią masy spoconych studentów. Zamiast robić sobie selfie, otworzyć oczy i nauczyć się patrzeć. Na siebie, na inność, na życie. Fantazjujmy, bawmy się, zrzućmy pozy. Niech znów ożyje voguing – pozwólmy sobie i innym na szczerość. Pozwólmy w końcu na bycie sobą.

Obrazek wyróżniający pochodzi ze strony fashionpost.pl.

Julia Smoleń

Kiedy nie ma czasu, żeby pójść do kina czuje się zaniepokojona. Chciałaby spotkać Jima Jarmuscha i wypić z nim kawę. Życie ma zaplanowane na najbliższe pięć lat.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany