Kulturalni ulubieńcy lutego (do góry nogami)

WYDARZENIE: Wujek 81. Czarna ballada reż. Robert Talarczyk, Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach

źródło: materiały Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach
źródło: materiały Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach

Teatr Śląski regularnie wplata w swój repertuar śląskie wątki. Była głośna Morfina na podstawie prozy Szczepana Twardocha w reżyserii Eweliny Marciniak poruszająca wątki tożsamości, Skazany na bluesa Arkadiusza Jakubika, dramat powstały w oparciu o scenariusz filmowy, dwa lata temu z kolei wystawiono spektakl inspirowany Czarnym ogrodem Małgorzaty Szejnert – zbiorem reportaży o katowickich dzielnicach. W grudniu ubiegłego roku Teatr doczekał się najważniejszego i najbardziej osobistego przedstawienia w kontekście regionalnym. Wujek.81. Czarna ballada w reżyserii Roberta Talarczyka jest spektaklem napisanym przez pryzmat wspomnień reżysera i scenarzysty. Dramatyczna historia pacyfikacji Kopalni Wujek zostaje opowiedziana z perspektywy dwóch narracji. Pierwsza to zapis doświadczeń czwórki trzynastoletnich chłopców, którzy z dachu obserwują nadjeżdżające czołgi. Sami siebie nazywają czterema jeźdźcami apokalipsy, a ZOMO najchętniej pokonaliby za pomocą mechagodzilli albo Lorda Vadera. Drugim przewodnikiem po przedstawianych wydarzeniach jest znany katowicki raper Miuosh – Miłosz Borycki, który w rozmowach z wybrakowaną już św. Barbarą cofa się do wydarzeń z 1981. Wujek jest kolażem środków i emocji. Jeszcze na etapach prób, kiedy o spektaklu „na mieście” już sporo się mówiło, wyobrażałam sobie spektakl jako przytłaczający i patetyczny. Konwencja spektaklu muzycznego o dziwo sprawdziła się wyjątkowo dobrze i nie odebrała sztuce powagi, nawet gdy teksty piosenek nawiązywały do popkuturowych symboli. W tym szaleństwie jest metoda. Nawet jeśli obok siebie spotykają się: rap, superbohaterowie, dojrzewanie, górnicze tradycje, PRL-owska codzienność, śląski dom z babcią (omą) jako głową rodziny, postać śmierci, tango i św. Barbara.

FILM/TV: Girls (sezon 06) reż. Lena Dunham

źródło: Pinterest
źródło: Pinterest

Autorski serial Leny Dunham od momentu powstania w 2012 roku zbiera zarówno cięgi jak i słowa zachwytów nad przekraczaniem granic. Carrie Bradhow, Samantha Fox, Charlotte York i Miranda Hobbes mogą uchodzić za purytanki, zawstydzone przez młodsze, wyzwolone koleżanki z Brooklynu. Lena Dunham znana ze swojej śmiałości i otwartości napisała historię dla pokolenia współczesnych dwudziestolatków, którzy popijają kawę w Starbucksie, lunch w papierowej torbie łapią w biegu, a zamiast sandałów od Blahnika noszą Conversy. Powierzchowność dopełnia tylko obraz zagubionych, neurotycznych i egoistycznych postaci, dla których XXI wiek – era tindera, płytkich związków, niestabilnych prac i niepewnej przyszłości pogłębia ich społeczne niepokoje. W szóstym, pożegnalnym sezonie na pierwszy plan wysuwa się postać Hannah (Lena Dunham), której po pięciu sezonach niepowodzeń i poszukiwania udało się zostać prawdziwą pisarką. Po obejrzeniu dwóch odcinków jestem pewna, że czeka nas godne pożegnanie z brooklińskimi dziewczynami. Mam nadzieję, że z kolejnymi epizodami Lena Dunham odda trochę ekranowej przestrzeni innym bohaterom, zwłaszcza barwnej Shosh i ekscentrycznej Jessie, które do tej pory pojawiły się zdawkowo.

źródło: Pinterest
źródło: Pinterest

CZYTADŁO: zimowe Usta

źródło: archiwum własne

Kredowy papier, piękne zdjęcia, zapach druku, za to uwielbiam magazyny, których wydaniu poświęca się więcej uwagi aniżeli w przypadku śmieciowych czasopism. Dla mnie papier bije piksele, zawsze. Siadanie z książką czy efektownie wydanym magazynem jest rytuałem, którego nie zastąpi mi pośpieszne przeglądanie ebooków i blogów. Kilka miesięcy temu zaprenumerowałam Magazyn USTA, który stroną wizualną może zawstydzić niejedno książkowe wydawnictwo. Slogan UST brzmi: jemy, mówimy, całujemy. Jest to nowoczesny magazyn kulturalno-kulinarny. Jeśli jednak miałabym powiedzieć Wam o czym są USTA, powiedziałabym, że to prasa o przyjemnościach. Nie musisz jeść puddingu chia i piec topinambura, by magazyn przypadł Ci do gustu. Za tekstami o restauracjach i kulinarnych inicjatywach zawsze stoją ludzie, którzy mają jakąś historię do opowiedzenia. Zimowy, aktualny numer polecam szczególnie. Tematem wydania jest punkt zwrotny. Doskonały przedmiot dyskusji w kontekście początku nowego roku.

ZAJAWKA: Bullet Journal

źródło: Paroksetynka Instagram
źródło: Paroksetynka Instagram

W styczniowej odsłonie opowiadałam o Minimal Planerze i sposobie na zorganizowanie sobie życia. Nie minął miesiąc, a już spieszę z kolejnym pomysłem. Kto podczas bezsennych nocy wertuje Pinteresta, pewnie spotkał się z pojęciem Bullet Journal czyli prowadzeniem pamiętnika/dziennika/kalendarza na własny, autorski sposób. Wystarczy niewiele, czysty notatnik i cienkopis, by niepozorny zeszyt zamienić w małe dzieło sztuki. Nie musisz mieć specjalnych zdolności manualnych, by Bullet Journal przypadł Ci do gustu. Totalna dowolność stwarza możliwości, by zaplanować sobie notatnik zgodnie z własnymi obowiązkami i stylem życia. Oczywiście samo kreslenie zabiera trochę czasu, ale jest niezwykle satysfakcjonujące i naprawdę mobilizuje do skrupulatnego odhaczania obowiązków z listy.

Inspiracje tutaj i tutaj.

MUZYKA: covery Ane Brun

Ane Brun – norweską wokalistkę odkryłam dzięki utworowi Big in Japan Alphaville, który artystka przedstawiła w nostalgicznej, cichej wersji. Ane tworzy własny repertuar, jednak to właśnie jej covery znanych utworów towarzyszyły mi przez cały miesiąc. Cztery lata temu światło dzienne ujrzał album Rarities składający się z dwudziestu coverów i outtake’ów. Wszystkie utrzymane w folkowej, akustycznej stylistyce.

Kasia Siewko

Zakochana w Katowicach i brzydkiej architekturze. Zapytana o ulubioną poetkę od wielu lat odpowiada- Poświatowska.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany