Alfabet teatralny do góry nogami: od „Mimo wszystko” do „Lepiej już było” – Teatr Współczesny w Warszawie

Teatr Współczesny na mapie teatralnej Warszawy figuruje od roku 1949. Myśląc o Współczesnym, nie sposób nie pomyśleć o Erwinie Axerze, który przez ponad trzydzieści lat pełnił tutaj obowiązki dyrektora naczelnego i kierownika artystycznego. W 1981 roku Współczesny zyskał nowego ojca, Macieja Englerta, który kieruje teatrem po dziś dzień. Na scenie przy ulicy Mokotowskiej 13, w byłej sali parafialnej kościoła Zbawiciela!, występowali między innymi: Tadeusz Łomnicki, Zofia Mrozowska czy Zbigniew Zapasiewicz. Współczesny od zawsze był gwarantem wybitnego aktorstwa. Dziś w spektaklach zobaczyć można Martę Lipińską, Maję Komorowską, Borysa Szyca i wielu innych cenionych aktorów.

Postanowiliśmy wybrać się do Teatru Współczesnego na widniejący najdłużej w repertuarze spektakl Mimo wszystko, jak i na najnowszą sztukę, która miała premierę w październiku 2016 roku, Lepiej już było.

fot. Michał Englert

Iga: O tym, że Mimo wszystko jest sztuką graną w Teatrze Współczesnym już prawie 12 lat, dowiedziałam się dopiero po spektaklu, gdy poinformowała o tym widzów odtwórczyni głównej roli – Maja Komorowska. To wzruszająca opowieść o aktorce, która żegna się powoli ze swoim życiem, próbując z pomocą kamerdynera (Wiesław Komasa), spisać własne wspomnienia i przeżycia. Nie jest to łatwe, gdyż pamięć odmawia jej posłuszeństwa, mylą się fakty, postaci i ich nazwiska. Wzrusza mnie zawsze bardzo motyw aktorstwa i teatru przedstawiany w teatrze. Chciałabym widzieć ten spektakl 12 lat temu, móc porównać 67-letnią Komorowską z Komorowską z dzisiaj. Bez wątpienia jest to sztuka z gatunku tych, które z czasem nabierają jeszcze większego znaczenia i sensu.

Justyna P.: Mnie w tej sztuce uwiódł brak patosu, wymuszonego wzruszenia. Jej konstrukcja jest niezwykle prosta, a forma minimalistyczna. Zawsze obawiam się trochę spektakli biograficznych, zwłaszcza tych, poświęconych postaciom wielkich artystów – boję się, że doświadczę w nich przerysowania, przesady, zakłamania. Maja Komorowska potraktowała jednak swoją bohaterkę – Sarę Bernhardt, legendę francuskiego teatru z przełomu XIX i XX wieku – ze znaną sobie wrażliwością, niewymuszoną elegancją i wdziękiem. Miałam wrażenie, że jasno wyznaczała granice, w których tę postać budowała – nie pozwoliła na wiele złych emocji, nie uwypukliła negatywnych cech artystki, obdarzyła ją natomiast sporą dawką nostalgii i ukrywanego smutku. Jak widać, trudno mi o tym spektaklu pisać inaczej, niż przez pryzmat jej aktorstwa, bo to było coś, co zachwycało mnie w każdej minucie. Lubię jeśli po wyjściu z teatru jestem wzruszona wielkością czyjegoś talentu i tym razem tak właśnie było.

Iga: Warto również dodać, że Komorowskiej genialnie partnerował Komasa. Choć historia skupiała się głównie na Sarze, trudno było nie zachwycić się krótkimi momentami, gdy aktor wcielał się w postaci, w których wcielenie prosiła go bohaterka. Tym sposobem można stwierdzić, że Komasa zagrał nie tylko służącego, ale także matkę Sary czy jej kochanka. Ucieszyło mnie to, że w żadnym z tych wcieleń nie był przerysowany. Bawił, nie przekraczając granicy dobrego smaku. Czuję, że nie zmarnowałam wieczoru, gdy spektakl potrafi zarówno mnie rozśmieszyć, jak i wzruszyć. Duetowi Komorowska – Komasa się to udało.

Justyna P.: Oczywiście, w zupełności się z tym zgadzam, ten spektakl w ogóle traktowałabym przede wszystkim w kategorii spektaklu, który warto zobaczyć, by doświadczyć wspaniałego kunsztu aktorskiego, bo to niezwykła przyjemność móc takich artystów obserwować, słuchać i uważnie podążać wyznaczanymi przez nich ścieżkami. Warsztat tego duetu jest niebywały i dzięki temu spora część szczegółów, dotyczących samej fabuły sztuki – schodzi na drugi plan. Wiesz na przykład jaki obraz zachowałam w pamięci? Ten już po spektaklu, w trakcie owacji, kiedy Maja Komorowska chciała coś powiedzieć, pamiętasz? Uśmiechnęła się, uniosła lekko dłoń i w tej samej sekundzie – cała sala zamilkła, w skupieniu wyczekując słów aktorki.


fot. Marta Ankiersztejn

Justyna K: Lepiej już było to najnowsza premiera Teatru Współczesnego i moje pierwsze spotkanie z tym teatrem. Nie mogłam się doczekać zobaczenia na scenie grającej główną rolę Marty Lipińskiej, którą od zawsze darzyłam czułością, ale i Agnieszki Pilaszewskiej, uwielbianej przeze mnie Alinki z Miodowych Lat. Główna bohaterka, podobnie jak w sztuce Mimo wszystko, jest emerytowaną aktorką szekspirowską, poznajemy ją, gdy stara się o rolę Hekate na castingu. Wydaje się, że będzie to opowieść o powrocie na scenę, jednak już chwilę później widzimy Esmeraldę w swoim malutkim mieszkaniu, bez prądu, dzielącą się z kotem jedną puszką pasztetu, kotem, który – notabene – kilka chwil później umiera. Przeraziła mnie ta scena, bo spodziewałam się komedii, a na początku dostałam wyciskacz łez. Szybko jednak okazało się, że Lepiej już było to spektakl, który najlepiej opisuje słowo: przyjemny. Łzy owszem – popłynęły, ale ze śmiechu.

Iga: Bo Esmeralda to niekonwencjonalna staruszka, której myślenie jest dalekie od myślenia przeciętnej babci. Gdy zostaje przyłapana przez dozorcę na próbie pogrzebania kota w ogródku przed domem i przewieziona na policję, szybko kalkuje, że w jej obecnej sytuacji, czyli fatalnej sytuacji finansowej, jedynym sposobem na przeżycie jest… zamieszkanie w więzieniu. Kombinuje więc, jak mogłaby do niego trafić. Może symulacja napadu na bank? W ten sposób w kolejnej scenie przenosimy się wraz z bohaterką do banku. Jako widzowie nie mamy jeszcze świadomości, jaki pomysł zrodził się w głowie Esmeraldy. Przypuszczamy, że przyszła ona wypłacić pieniądze albo wziąć kredyt. Tym bardziej jesteśmy zaskoczeni, gdy ta krzyczy: Oddawaj wszystkie pieniądze! Marzenie emerytowanej aktorki spełnia się, kobieta trafia do więzienia, ale…

Justyna K.: … okazuje się, że zamieszkanie w więzieniu wcale nie jest takie proste, zwłaszcza jeśli jest się niewinnym. Esmeralda mimo usilnych prób, zostaje zwolniona do domu. Właśnie do domu, domu, którego już nie ma, z którego ją wyrzucono. Wtedy w jej głowie rodzi się kolejny plan, znów związany z napadem na bank, tym razem jednak z… bronią w ręku.

Iga: I wtedy dopiero zaczyna się dziać… Szkoda jednak zdradzać całą fabułę, trzeba to po prostu zobaczyć. Bo uważam, że Lepiej już było powinno być spektaklem z serii must see. Pamiętam, że wyszłam z teatru zupełnie rozczulona Martą Lipińską. Z Esmeraldą – jej postacią – chętnie umówiłabym się na kawę albo po prostu – przytuliłabym ją. Lipińska stworzyła bowiem ciepłą, wrażliwą i zabawną bohaterkę, o której nie sposób myśleć źle. Ostatnia scena, gdy Esmeralda tańczy w czerwonym płaszczu, z parasolem w dłoni, a z nieba spada konfetti, choć może brzmieć to banalnie, jest przepiękna. Spektakl pozostawia widza z przekonaniem, że nigdy nie wolno się poddawać, że nigdy nie wiemy, co czeka nas za rogiem, że warto iść przez życie z uśmiechem.

Justyna K.: Sztuka jest wspaniale skonstruowana. Aktorzy wcielają się w kilka postaci, sami panują nad scenografią. Uwielbiam takie rozwiązania, kiedy wszystko dzieje się na naszych oczach, a mimo to nie wybija nas z historii, historii pięknej i tak zwyczajnie, po ludzku nas rozczulającej. I choć tytuł spektaklu sugeruje niekoniecznie pozytywne zakończenie, jest zupełnie inaczej. Tak jak napisała Iga – jest to na pewno teatralne must see. Wyjdziemy z teatru pełni optymizmu i pogody ducha.

Kulturadogorynogami

Po prostu: redakcja do góry nogami!

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany