Twórczość Jacka Kerouaca – wędruj, szukaj, kochaj

Mój mały przyjacielu, z Tobą zawsze jest o czym rozmawiać, ponieważ Twoja nieprawdopodobna wprost próżność i głupota sprawiają, że otwiera się między nami wspaniała, iskrząca przestrzeń w sam raz na kłótnię.

Jack Kerouac w liście do Allena Ginsberga

Lata 50. XX wieku –  amerykańskie podziemie płacze nad konsumpcjonizmem i konformizmem na świecie. Rok 2012 – ja, mając lat 16 i zaczynając myśleć dalej niż sięgają kartkówki z polskiego, płaczę nad konsumpcjonizmem i konformizmem na świecie. W 1957 roku zostaje wydana eksperymentalna powieść Jacka Kerouaca pt.: W drodze. Kilkadziesiąt lat później, powieść, w nowym wydaniu, bo do Polski przyszła nagła fala mody na beat generation, trafia w moje ręce. W drodze przeczytałam w kilka tygodni. To tyle samo czasu, ile autorowi zajęło jej napisanie. Te kilka tygodni później byłam innym człowiekiem i chociaż liczba napisanych artykułów dotyczących beat generation już dawno się dla mnie wyczerpała, to nie mogłam się oprzeć przed ponowieniem tej perwersyjnej przyjemności. Przed Państwem Jack Kerouac – moja największa, toksyczna miłość.

Chłopak z Lowell, utopista, marzyciel, tułacz, a przede wszystkim, jeden z najważniejszych przedstawicieli ruchu Beat Generation. Zanim nastąpił ogromny sukces W drodze, Kerouac już stawał się legendą. Jego przyjaźń z Allenem Ginsbergiem i Williamem Burroughsem definiowała nowe, kreujące się pokolenie. Bary wypełniały się marzeniami, a jazz stawał się sensem życia. Bebop odrywał wszystkich od rzeczywistości wprowadzając w wir ekstatycznych przeżyć, które chaotycznie porządkowały czas i nadawały sens tworzącej się wizji pokolenia undergroundu. Świat bitników to artystyczna rewolucja. Kiedy Burroughs wydał Ćpuna, kiedy Ginsberg czytał nago Skowyt, dzieciaki bawiąc się w hipsterów w luźnych kolorowych koszulach śniły o wolności, narcystycznie przekraczając własne granice, tworząc swoje duchowości. Beat generation rozszerzało i meblowało margines, który drażnił rzeczywistość brudnymi podłogami, szalonymi nocami, jazzowymi wschodami. Tkwiąc w pozach i manierach, trochę naśladując dandysów, a trochę śniąc już o dzieciach i kwiatach, bitnicy wykreowali przestrzeń dla samych siebie. Egoistycznie zrobili sobie świat, w którym czytanie wierszy o oceanie czy niewinne wręcz orgietki były codziennością taką jak oddychanie. A powietrze gęstniało, 1957 roku świat przeczytał W drodze.

https://theimpossiblecool.tumblr.com/post/145360685573/live-travel-adventure-bless-and-dont-be
Źródło: Thedailybeast.com

Mówi się, że Metallica zaczęła i skończyła się na Kill ‘Em All. Podobnie mówią o Kerouacu, któremu zarzuca się, że po W drodze nie napisał już niczego dobrego. Ba, nawet czegoś, co byłoby choćby przeciętne. Jednak W drodze to z pewnością powieść historia. Główny bohater, młody Sal Paradise poznaje włóczęgę i wariata – Deana Moriartego. Dean to jedna z tych osobowości-magnesów, która fascynuje, przyciąga i odrzuca jednocześnie. Dzisiaj może być twoim najlepszym przyjacielem, tydzień później możesz go stracić, nie zobaczyć nigdy więcej. Ich wędrówka po Ameryce to wariacja z powtarzającymi się częściami. Mieszają się tutaj narkotyki i ciepłe piwo. Mnożą się ludzkie, zagubione, przydymione historie. Egzotyczne kochanki pojawiają się i znikają. Wódka w San Francisco drażni przełyk, saksofonowe solo płacze. To poszukiwanie przygód, krzyk nieustannej młodości, gorące pragnienia, które nie pozwalają się zatrzymać, wolna i piękna chwilą miłość. Przede wszystkim, W drodze to artystyczny manifest. Manifest, który tłumaczy nam świat w inny sposób, na innym braku zasad, w porządku, którego władcą jest jazzowy, synkopujący rytm. A patrząc na powieść czysto literacko, wgłębiając się w jej język docieramy do geniuszu Kerouaca. Artysta stworzył język, który nie ma nic wspólnego z mową. Językiem W drodze rządzi właśnie bebop. Rytm, dynamika, energia – wszystko brzmi jak improwizacja jazzowa, która z wielkiego bełkotu tworzy wielkie piękno.

Tutaj, niestety, moja droga drastycznie się oddala od tej, którą reprezentują krytycy twórczości Kerouaca.

Jego następne powieści, między innymi Big sur, Włóczędzy Dharmy, czy Maggie Cassidy, są przez krytyków traktowane z pobłażliwą obojętnością. Zarzuca się im dyletantyzm, powtarzalność tematu, nudę, frustrację autora, czasem nawet grafomanię. Co więcej, taka krytyka istniała już za czasów Jacka. Choć on akurat do krytycznych nie należał. Tkwił w poczuciu wielkiego autora, nie raz porównywał się do Marcela Prousta, napawał się współistnieniem swojego życia z rzeczywistością swoich powieści, oburzał się na krytyków. Jednak trzeba przyznać, o tych krytykach nikt już dzisiaj nie pamięta, a fatalna Maggie Cassidy zostaje ponownie wydana teraz, w początkowych latach XXI wieku, kiedy przecież marzenia o rewolucji wydają się znacznie mniej ważne w obliczu takich wyzwań jak zdjęcie na Instagram, czy fitness o poranku.

http://thebarbrastreisandforum89123.yuku.com/topic/15538/Barbra-Streisand-I-was-happier-as-a-beatnik#.WKxuzX9l22k
Źródło: Thebarbrastreisandforum89123.yuku.com

Ja należę do tych maniaków, którzy przeczytali łapczywie całą twórczość Kerouaca. I faktycznie, w poetyckich Włóczęgach Dharmy temat buddyzmu jest zaznaczony bardzo pretensjonalnie. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, iż Kerouac nie miał pojęcia o buddyzmie, on tworzył jego własną wersję. Podobnie z poematem Morze, które pretenduje do bycia futurystycznym dziełem, może nawet chce zbliżyć się do języka zaumu. Absolutna abstrakcja, jednak bez żadnej przyjemności czytania. Pewnie taką krytykę można by tylko mnożyć, kwestionując kolejne słówka, śmiejąc się z rewolucji, która nie ma konkretnego planu zmiany, krzywiąc się na rozwiązłość seksualną. Przecież to wszystko jest zbyt brudne na świat…

Chociaż oczywiście, nasz świat jest o tysiąckroć brudniejszy niż świat beat generation. Beat jest zabawą dla dorosłych dzieci, mrzonką i mgnieniem cudowności życia. Wyśnionym wyobrażeniem, zagubioną tułaczką, pluciem na twarz konwenansom, utartym przyzwyczajeniom, upartemu tak się powinno. Nie jestem krytykiem literatury, nie pretenduje do bycia jednym z nich i nie mam również zamiaru bronić języka powieści Kerouaca. Musiałabym mieć naprawdę dobre argumenty. Nie chcę bronić konstrukcji, form, metafor, lekkości prozy. Wydaję mi się, że nie o to w tych książkach chodzi. Chociaż czytałam Anne Kareninę Tołstoja, przeczytałam dwa razy Zbrodnie i karę Dostojewskiego i uważam, że zarówno pierwsza, jak i druga to prawdziwe literackie uczty, jednak żadna powieść nie zrobiła mi tylu odcisków, co wymysły Kerouaca. W beat generation bardziej chodzi o świat, który wykreowali artyści niż o fakt tego, czy Skowyt jest literacko dobry czy zły. Co w ogóle oznacza dobry i kto ma prawo oceniać coś w takich kategoriach?

Beat generation wydrążyło dla nas podziemia. Kontynuując tradycję obrażania się na świat Thoreau i wyrastając z poetyckości Rimbaud, dali podłoże dla dalszej kontrkultury. Nadeszli hippisi, Patti Smith śpiewała, o ludziach, którzy mają siłę, Bob Dylan kołysał folkiem, a my płakaliśmy przy Let the sunshine in. Świat podziemia to świat wolności, szaleństwa, buntowników, idealistów, artystów, poetów, pijaków, ludzi wykluczonych, przetrąconych przez realia, zrzuconych na bok. To alternatywny, inny świat.

http://livecreatehavefun.tumblr.com/post/132880218123
Źródło: Livecreatehavefun.tumblr.com

Tym artykułem stawiam kolejny, mały pomnik dla Jacka Kerouaca. Kiedy znalazłam listę marzeń robioną w jakichś wczesnych latach liceum, odkryłam, jak bardzo beat generation mnie ukształtowało. Każde kolejne marzenie pokrywało się z powieściami Jacka. Napisałam, że chce pojechać stopem do Meksyku, grać na saksofonie, zakochać się na dwa dni bez pamięci, zobaczyć Detroit i Big sur (z dwoma wykrzyknikami), płakać przy księżycu i tarzać się w piasku na plaży. Tym samym chce siebie i Was odłączyć na chwilę od literackiego świata i skupić się na świecie rewolty. To odważne robić rewolucje. To odważne mówić większości, że nie podoba ci się ich życie. I to nie był przywilej lat 50., to także nasza, tak myślę, misja. Lepiej być wolnym i spać w niewygodzie, niż jako więzień w królewskim łożu, pisał Kerouac, a ja jestem mu wdzięczna, że zdołałam poznać jego ideały. Czytajcie W drodze. Może spotkamy się później na jakiejś jazzowej imprezie i będziemy krzyczeć, że świat nie jest aż taki zły.

Obrazek wyróżniający pochodzi ze strony: Farmlifela.com

Julia Smoleń

Kiedy nie ma czasu, żeby pójść do kina czuje się zaniepokojona. Chciałaby spotkać Jima Jarmuscha i wypić z nim kawę. Życie ma zaplanowane na najbliższe pięć lat.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany