A Polska płonie – „Kuroń. Pasja według św. Jacka” w Teatrze Powszechnym

Justyna K: Zacznę od wyznania, że szłam na ten spektakl ze sporą dozą niepewności i bez przekonania. Polityczne tematy na scenie to coś, od czego staram się stronić. Wolę światy wymyślone, wykreowane przez dramaturgów, jeśli biografie to raczej artystów czy ludzi nauki niż polityków. Na szczęście nie wyszłam rozczarowana, choć Kuroń. Pasja według św. Jacka jest dla mnie niestety raczej przypomnieniem z lekcji historii niż przeżyciem stricte teatralnym.

Iga: Ja bardzo lubię, gdy historia wkrada się na scenę, mam natomiast problem ze spektaklami, które są w całości polityczne. Znając profil Powszechnego, również szłam na Kuronia. Pasję według św. Jacka z niepokojem. Już sam tytuł – nieco patetyczny – sprawił, że przed wejściem na widownię zadałam sobie pytanie: Czy ten spektakl nie zniszczy mojej wizji Jacka Kuronia? Bo nie będę ukrywać, że Kuroń to dla mnie postać ważna. Nazwisko powtarzane na lekcjach historii na tyle często, że zapadło mi w pamięci, a to właśnie od niego zaczęła się moja fascynacja PRLem, historią tamtych czasów, jego absurdami. Może dlatego spektakl w Powszechnym mijał się trochę z moją wrażliwością. Historia pisarza, próbującego stworzyć dzieło o Kuroniu – będąc szczerą – nie przemówiła do mnie w ogóle.
kuron_0795

Justyna: Zgadzam się. Dla mnie niestety wątek pisarza był zbędny i myślę, że historia nie straciłaby na wartości, gdyby spróbować inaczej poprowadzić narrację. Pierwsze kilkanaście minut spektaklu utwierdzało mnie w  przekonaniu, że historia to nie jest mój ulubiony temat. Bałam się, że spektakl do samego końca będzie dość formalny, bardzo polityczny, umowny. Brakowało mi w nim emocji, a to emocje lubię w teatrze najbardziej. Z niecierpliwością czekałam aż na scenie pojawi się Ewa Skibińska, chyba podświadomie czułam, że jej energia wciśnie mnie w fotel. Nie pomyliłam się. Wraz z pojawieniem się Skibińskiej, spektakl zyskał barwy i z formalnej historii stał się opowieścią o namiętności, o cierpieniu, o emocjach.

Iga: O człowieku z krwi i kości a nie tylko o ulotnej wizji tego człowieka. Masz rację, Skibińska była w tym spektaklu genialna. Zarówno jako Ojczyzna/Polska, jak i Gaja, ukochana Kuronia. Spodobał mi się bardzo ten zabieg – obsadzenia jednej aktorki w dwóch rolach. Bo jeśli o działaczach politycznych mowa, często tak właśnie jest, że Ojczyzna – jako ta najważniejsza, ta, dla której dobra są w stanie poświęcić wszystko, nierzadko nawet własne życie – staje się ich ukochaną. Tak, to była ładna alegoria. Piękna rola Skibińskiej – zmysłowa i wrażliwa jako Gaja, pewna siebie i przebiegła jako Ojczyzna. Właściwie myśląc o tym spektaklu, mam przed oczami głównie twarz aktorki. Jej spojrzenie – czasem bezczelne, czasem zagubione. Wszystkie sceny z jej udziałem mogę nazwać ulubionymi scenami. Może oprócz tej, gdy po ścianie zsuwa się polska flaga, okrywając Kuronia i Gaję. Trochę już napisałyśmy, a nie pojawiało się ani słowo o Oskarze Stoczyńskim, który wcielił się w główną postać. Młody aktor zadebiutował na scenie Teatru Powszechnego odważną rolą. To według Ciebie udany debiut?
kuron_0623

Justyna: Stoczyński był wyrazisty i poprowadził tę rolę w sposób bardzo ciekawy, a zadanie miał niełatwe. Jak wspomniałaś, Ewa Skibińska stworzyła rolę genialną. Zarysowała swoją obecność na scenie tak mocno, że nie była łatwym partnerem. Stoczyński mimo to nie gasł przy niej, pięknie partnerował, dzięki czemu z czasem nawet początkowo denerwująca mnie różnica wieku między nim a Skibińską, przestała mieć znaczenie. Aktor rozwijał się wraz z rozwojem akcji, a jego ostatni monolog był naprawdę udany i zapadał w pamięć. Myślę, że to bardzo dobry debiut, życzę Oskarowi kolejnych świetnych ról, myślę, że na pewno o nim usłyszymy.
W spektaklu dość często łamano czwartą ścianę, można by rzec, że właściwie wcale jej nie postawiono. Co sądzisz o dość długiej scenie dziejącej się na widowni, wśród publiczności?

Iga: Wolałabym, żeby jej nie było. Po prostu nie lubię takich scen, szczególnie, gdy pojawiają się na samym początku przedstawienia, gdy nie ma nawet szans na jakikolwiek element zaskoczenia. To była chyba najsłabsza scena spektaklu, dłużyła mi się, irytowała mnie; dyskusja toczona pomiędzy pasażerami była nużąca i – w mojej ocenie – nie wniosła nic wartościowego. W ogóle mam wrażenie, że spektakl trochę za długo się rozkręcał. Był moment, w którym ta historia naprawdę pochłonęła mnie w całości, zupełnie zapomniałam o całym świecie, ale nadszedł dopiero po długich minutach, podczas których miałam w głowie tylko jedną myśl: Kiedy coś zacznie się dziać? Mam sprzeczne uczucia względem tego spektaklu. Podobał mi się temat, ale nie do końca podobała mi się forma. Urzekła mnie Skibińska, miło zaskoczył Stoczyński, ale trochę rozczarowały pozostałe postaci. Za to wspomniany przez Ciebie monolog Kuronia na pewno zapamiętam na długo. Był prosty, oczywisty, nie padały w nim żadne górnolotne słowa, a jednak miał w sobie jakąś siłę, zapadł w pamięć. I gdy teraz piszę te słowa, myślę sobie, że chyba tej prostoty trochę mi w Kuroniu. Pasji według św. Jacka zabrakło. A przecież Kuroń był prostym człowiekiem.

 

Zdjęcia pochodzą ze strony Teatru Powszechnego.

 

Justyna Kowalska

Miała być aktorką, ale okazało się, że zdecydowanie woli stać za sceną niż na niej. Marzycielka. Włóczykij.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany