Człowiek, którego podziwiam: Magda Umer

Kto mnie zna, ten wie, że emfaza to moje drugie imię – nie umiem inaczej, wszystkim się egzaltuję, zachwycam i wzruszam. Nawet myślę z całą masą ozdobników i kwiecistych wyrażeń, przez co pewnie tracę sporą dawkę dziennej energii – otóż, nierzadko pełnym radości trajkotaniem, potrafię wyładować wszystkie swoje witalne baterie i popaść w nagłą, niezdrową osowiałość. Najbardziej wyczerpującym, a zarazem najprzyjemniejszym powodem opadania z sił jest czytanie i chodzenie do teatru. Jestem zwykle tak oszołomiona po tym, co zobaczyłam, że nie potrafię wydusić z siebie słowa i nie tłumacząc swojego zachowania (dziękuję niebiosom za tak wyrozumiałą siostrę!), w milczeniu potrafię przejść całą drogę do autokaru, a kawę pić ze łzami w oczach. Każda sztuka jest dla mnie niebotycznym przeżyciem, co skutkuje właśnie nieobecnym wzrokiem i wewnętrznym bombardowaniem napływających refleksji…W ciszy zajmuję swoje ulubione miejsce przy oknie, patrzę na uciekający pejzaż za oknem, żegnam się z ukochaną Warszawą i myślę: Do pewnych ludzi trzeba dojrzeć. W niektórych przypadkach – im później się ich dostrzeże, tym lepiej, bo z autopsji wiem jedno: rozrastający się bagaż doświadczeń życiowych, radości, smutki, które potęgują (w moim przypadku) wrażliwość, powodują, że zwraca się uwagę na wcześniej niedoceniane wartości i aspekty w poznawaniu drugiego człowieka.
Jeśli spotkaliście się już z moimi tekstami, to wiecie, że moje życie w głównej mierze utkane jest z kobiet. Lubię to powtarzać.  Zauważyłam, że te, które szczególnie wielbię, znacznie odbiegają od utartego kanonu piękna, jednak ich osobowość, spojrzenie, (nie)zwyczajny uśmiech, charyzma, pasja  szczelnie oplatają moje serce i wprawiają w stan podobny do zakochania. Są to kobiety, przy których zatrzymywałam się na różnych etapach życia – najczęściej – stojąc na zakręcie. Zakotwiczyłam się w ich słowach, sztuce i fascynującej osobowości. Nie chcę nawet myśleć o tym, jak ubogie byłoby moje życie, gdybym kilka lat temu nie zatrzymała się przy Listach na wyczerpanym papierze Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory, którym to zawdzięczam tyle pięknych nocy i wzruszeń. Niestety, mimo że jestem wcześniakiem i pchałam się na świat z uporem wariata – nie udało mi się zdążyć na spotkanie z Nią. Zmarła na niecałe dwa miesiące przed moimi narodzinami. Postanowiłam więc kontynuować tę kulturalną podróż, poznając Jej twórczość, a także całą masę innych, znaczących dla mnie artystów. Tak natknęłam się na kolejną, wielką duchem i sercem kobietę, przy której również się kiedyś zatrzymałam. W jej teatrach siedzę zawsze w pierwszym rzędzie i podziwiam ją na scenie. Szanuję za to, jakim wspaniałym jest człowiekiem, będąc wdzięczną za każdy film, spektakl, galimatias uczuć, jaki mnie  ogarnia po każdym spotkaniu z nią. Mam wrażenie, że zamieniam się wówczas w olbrzymie, drżące serce – a mowa oczywiście o Krystynie Jandzie, do której wracam kilkaset kilometrów przez śnieg, deszcz, upał i mróz, bo warto. Dla pewnych ludzi  zawsze warto.
Nie tak dawno życie wyrzuciło mnie znów na całkiem ostry zakręt. Musiałam w bardzo szybkim czasie skonfrontować się z dorosłością, wyprowadzką do obcego miasta, słabnącym zdrowiem, porzuceniem studiów, pracą i paroma poważnymi problemami natury psychicznej. Oczywiście wszystko to ogromnie kształtuje i uczy, dlatego też nie skarżę się na los, bo ten, bardzo miło zresztą z jego strony, postanowił właśnie w tym gorzkim okresie zapoznać mnie głębiej z kobietą dopełniającą ukochane trio, choć będącą, jak każda z tych pań, całkiem niezależnym, wspaniałym bytem. Niezwykła. Dojrzewałam do niej najdłużej. Mimo że pojawiała się już w moim życiu wcześniej, to nie potrafiłam dostrzec w niej tego, czym ujmuje  mnie nieustannie teraz. To szczególne, niemalże miłosne, spojrzenie na jej osobę, przyszło nieco później. Jednak, czy w obliczu tak ogromnej sympatii, nie czyni go to tym pierwszym? Drodzy Państwo – Magda Umer. Oto tej kobiecie poświęcam ten tekst, ponieważ w pełni na niego zasługuje. Wszystko zaczęło się od tego, że ostatnimi czasy uwielbiam zasypiać z słuchawkami na uszach. Tamtej nocy się  doigrałam, bo te tak ciasno postanowiły przytulić moją szyję, że aż obudziłam się z braku powietrza. Mimo tego nieserdecznego uścisku, byłam w stanie wyłapywać dobiegające z nich słowa:
Jeszcze w zielone gramy, jeszcze nie umieramy
Jeszcze któregoś rana odbijemy się od ściany.

Trochę zabawne jak na te okoliczności, zwłaszcza z naciskiem na: jeszcze nie umieramy, prawda? Pomalutku zaczęłam się odplątywać z tych pnączy, a utwór nadal wibrował mi w uszach, mimo że znałam go już wcześniej. Chyba nie zawsze jednak naprawdę umiem słuchać.  To było trochę jak zapowiedź czegoś dobrego, jakby nagle wybuchnął  maj – miesiąc, który oznacza u mnie zawsze odrodzenie, radość i renesans uczuć. Później zaczęłam po kolei delektować się każdą piosenką. No i stało się! Pani Magdo, nie wiem, jak Pani to robi, ale Pani głos jest tak niezwykle melodyjny, wrażliwy… Każda interpretacja w punkt trafiona! Coś pięknego.
źródło: magdaumer.pl
Źródło: magdaumer.pl
W takich niepozornych momentach poznaję właśnie osoby, które znaczą najwięcej –  zapewniam – nie ma tutaj ani grama przesady. Chyba po prostu mam takie zwariowane życie i jeśli czegoś, bądź kogoś szukam, to łaskawy los, prędzej czy później, pięknie się do mnie uśmiecha, zsyłając mi perełki. Magdy Umer nie mogę oczywiście minimalizować jedynie do głosu, to przecież kobieta wielozadaniowa, figurująca w kręgach artystycznych (i nie tylko) jako: scenarzystka, polonistka, dziennikarka, aktorka i reżyser – któż z nas nie zna Białej bluzki – monodramu z Krystyną Jandą?! Abstrahując: dziękuję za ten spektakl. Bardzo go wszyscy potrzebujemy, szczególnie my, młodzi.
Nie bez powodu tytuł tego tekstu brzmi: człowiek, którego podziwiam, bo Magdę Umer podziwiam również za to, że nie jest bezcelowa. Doskonale wie czemu to,  nad czym aktualnie pracuje ma służyć; nie jest jak ćma pędząca ślepo do światła – byleby zaistnieć, zatrzepotać skrzydełkami i szybko opaść. Mam wrażenie, że kieruje nią coś więcej, za co bardzo ją szanuję, jak i za to, jakim jest człowiekiem, co udostępnia i jestem niesamowicie dumna z niej, Grzegorza Turnaua i Jarosława Mikołajewskiego za Kolędę dla tęczowego Boga – utwór tak akuratny do tego, co dzieje się w naszym niespokojnym świecie…
Tak, Magda Umer niewątpliwie jest Artystką przez wielkie, pięknie wykaligrafowane A, ale…  znajduję z nią również nić powiązania w sferze osobistej, podglądając jej wypowiedzi z czasów młodości. Kawałek jej duszy, jest i moim odbiciem – miłość do literatury, filologia polska, plany pozostania nauczycielką, które się obecnie niezwykle plączą i deprecjonujące myśli. Wszystko to sprawia, że nie znając jej osobiście, nie bałabym otworzyć wystawy z podpisem: ekshibicja uczuć, otwarte całodobowo i opowiedzieć jej o wszystkim, co mnie spotkało. Po prostu jej ufam, a rzadko to robię w kontaktach z innymi.

Kochana Pani Magdo, jeśli Pani kiedykolwiek przeczyta ten tekst, proszę przyjąć jedno, najważniejsze słowo, które powtarzam często, bo ono nigdy nie traci wartości w moich ustach: dziękuję.  Za wszystko. Jest Pani moim majem.

Warszawa. 29.01.1995r. Nowa p³yta Magdy Umer "Wszystko skoñczone" N/z:od lewej: Agnieszka Osiecka i Magda Umer PAP/ Andrzej Rybczyñski /bp/
Żródło: magdaumer.pl

 

Zdjęcie wyróżniające pochodzi ze strony: www.radioemiter.pl
Monika Babińska

Cierpię na chroniczny brak pieniędzy, ponieważ wszystko wydaję na bilety do Teatru, książki, podróże, płyty i kino. I właśnie te pięć słów jest wszystkim tym, co kocham, dlatego rzadko żałuję pustych kieszeni. W wolnych chwilach rzucam studia, włóczę się w piżamie po mieście i tęsknię, bo:"czasem mam lat cztery, a czasem cztery tysiące".

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany