Mimo wszystko, życie się dzisiaj nie kończy – o powieści Margaret Mitchell

Istniała niegdyś kraina dzielnych kawalerów i pól bawełny, zwana starym Południem. W tym uroczym świecie dożywała swoich dni dawna galanteria. Tu mieszkali ostatni rycerze i damy ich serca, panowie i niewolnicy. Ten świat odnajdziecie w książkach, jako wspomnienie niegdysiejszego snu. Wszystko to przeminęło z wiatrem…

Wyjątkowo trudno jest mi rzeczowo pisać o fenomenie tej powieści. Powieści, w której zakochały się miliony. Powieści, która poruszyła serca wielu jeszcze zanim zdążyła trafić na półki księgarni w 1936 roku. Ukazanie Przeminęło z wiatrem w sposób jasny i pozbawiony nadmiernych emocji jest dla mnie trudne, gdyż chciałabym przekazać wszystko, co dane mi było poczuć przez ostatnie kilka lat mojej miłości do tej książki – gorące promienie georgijskiego słońca, stłumione dźwięki wybijanego na werblach marszu, leniwe piękno ostatnich dni upadającego Południa…

DSC_0117
Wątpię w istnienie człowieka, który, zanurzywszy się kiedyś choć małym palcem u nogi w historię literatury, nie słyszał o Przeminęło z wiatrem. Dużo prościej mi natomiast uwierzyć, iż nie każdy dał się przekonać liczącej niemal tysiąc stron powieści czy czterem godzinom ekranizacji, które potrafią zniechęcić nawet najbardziej zagorzałego kinomana. Pewnie i mnie nie porwałyby nawet najbardziej przychylne opinie, gdyby nie moja babcia. To właśnie babci zawdzięczam zaszczepienie we mnie tej iskierki, która skłoniła do sięgnięcia po jej własne, domowe wydanie powieści Margaret Mitchell z 1976 roku. Nieczytane od lat opasłe dwa tomy, wtedy kurzące się na półce, miały swoją historię. W czasach dalekich od dzisiejszych ciężko było zdobyć coś w sklepach, nie wyłączając księgarni, jednak babcia tak często i tak uciążliwie dopytywała się o dzieło Mitchell, że sprzedawczyni w końcu przemyciła dla niej dwutomowy egzemplarz pod ladę. Gdybym tę miłą panią mogła dzisiaj spotkać i ucałować z wdzięcznością… To dzięki niej honorowe miejsce na półce niegdyś babci, a dzisiaj mojej, zajmuje właśnie Przeminęło z wiatrem – moja duma, moja miłość, moja świętość i świat, w którym co jakiś czas zatracam się na nowo.

Niektórzy twierdzą, iż Margaret Mitchell tchnęła w swoją powieść ducha własnego życia i własnej niepokornej młodości, oplatając go wydarzeniami amerykańskiej wojny domowej, której wspomnienia zachowała dzięki przekazywanym jej w dzieciństwie opowieściom babki. Faktem jest natomiast, iż książka powstawała niechronologicznie i… od końca. Z uśmiechem wyobrażam sobie usytuowany w Atlancie dom Mitchell i jej męża, Johna Upshawa (któremu zresztą swe dzieło zadedykowała), po którym, przez niemal dziesięć lat prac nad książką, walają się stosy nieuporządkowanych stronic. Ciekawostką jest, iż Przeminęło z wiatrem to jedyna książka w dorobku pisarki z Południa. W 1937 roku Mitchell otrzymuje za swe dzieło prestiżową Nagrodę Pulitzera. Powieścią zaczyna interesować się Hollywood, a świat zamiera na moment nad historią córki plantatora, Scarlett O’Hara i renegata, Rhetta Butlera, których losy łączą się pośród rozpływającego się jak sen piękna starego Południa.

untitled

Za każdym razem, gdy ktoś pyta mnie, o czym w zasadzie jest Przeminęło z wiatrem, ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie. Oto mamy szesnastoletnią Scarlett O’Hara, córkę irlandzkiego plantatora, który osiadł przed laty w Georgii i dorobił się pokaźnego majątku, ciągnących się wzdłuż i wszerz pól bawełny i wiernych, czarnoskórych niewolników. Mamy również złotowłosego Ashleya, obiekt świętej miłości rozpieszczonej Scarlett, który odrzuca miłość tej najpiękniejszej w powiecie dziewczyny i poślubia swą przybyłą z Atlanty kuzynkę. Mamy zatem też Melanię, uosobienie dobra i szlachetności, która skupia w sobie wszystkie wartości i zalety przedwojennego Południa. Mamy murzyńską służącą Mammy, jedyną osobę, z której zdaniem liczy się nasza Scarlett, a także wiele innych perfekcyjnie skonstruowanych postaci, których paleta blednie jednak w porównianiu z dwoma głównymi bohaterami powieści. Rhett Butler – uosobienie egoizmu w swej czystej postaci, dorobkiewicz, spekulant i zdrajca. Postać, której duszy, mimo przewertowanych niezliczenie wiele razy stron powieści, nie udało mi się jeszcze przeniknąć. Wydaje mi się czasem, że to już prawie dotknęłam koniuszkiem palca tajemnicy tej postaci, kiedy z każdą następną sceną wymyka mi się ona z rąk. Nie przeszkadza mi to jednak uwielbiać i – nie boję się tego słowa – niemal pożądać takiego mężczyzny, jakim był Rhett Butler. Dorzućmy do tego rolę znakomicie zagraną przez amanta złotej ery Hollywood, Clarka Gable’a i wyobraźmy sobie przesiąkniętego zapachem whisky i cygar bezbożnika szalenie zakochanego w rozkapryszonej Scarlett, a uwielbienie dla tej postaci przyjdzie samo.

No i w końcu Scarlett O’Hara. Kobieta, która, jak mawia moja babcia, wyprzedziła swoją epokę. Piękność powiatu, otoczona wianuszkiem zapatrzonych w niej konkurentów, jest postacią niemal nie do zdefiniowania. Wertując strony powieści jesteśmy świadkami transformacji, która – za pośrednictwem wojennych doświadczeń, głodu i ubóstwa – zmienia rozpieszczoną szesnastolatkę w dojrzałą kobietę, wymykającą się bezczelnie zachowanym przez Południowców konwenansom. Trzykrotnie zamężna, dwukrotna wdowa. Za pierwszego męża wyszła z przekory, za drugiego – dla pieniędzy, za trzeciego – dla przyjemności. W całym swym męskim sposobie bycia była jednak bardziej kobieca, niż wszystkie kobiety Południa razem wzięte. W dyskusji na temat tej postaci potrafię usprawiedliwić każde zachowanie Scarlett – wydaje mi się wtedy jednak, że słyszę jej cichy głos, który tego usprawiedliwienia wcale nie potrzebuje. Moja zielonooka Scarlett, która wszelkie głosy sumienia oddala od siebie, mówiąc legendarne: Pomyślę o tym jutro. Postać jest absolutnym fenomenem, któż inny bowiem, będąc tak bezczelnie okrutnym dla innych ludzi, tak egoistycznie dążącym do własnych celów, zdołał podbić tak wiele serc?

3a5418e7eb05d65329ca2c8b0a5ac9e2

Choć moje serce należy głównie do powieści Mitchell, trudno nie wspomnieć o wspaniałej ekranizacji, która po wielu trudach i różnorodnych zmaganiach doczekała swej premiery 15 grudnia 1939 roku. Do dziś zaliczana do najwybitniejszych w historii kina klasyka gatunku zdobyła 8 Oscarów, w tym dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej, Vivien Leigh. Wtedy też Hattie McDaniel, odtwórczyni niezapomnianej roli piastunki Mammy, zdobyła Oscara dla najlepszej aktorki drugoplanowej jako pierwsza czarnoskóra kobieta. Jednak to nie nagrody i tytuły czynią ten film wyjątkowym. Poszukiwania aktorki do roli Scarlett były burzliwe i trwały dwa lata. Młodziutka Vivien Leigh, nieznana jeszcze w Hollywood brytyjska aktorka teatralna, pojawiła się na planie kiedy zdjęcia do filmu zdążyły już ruszyć, a filmowcy właśnie wzniecili pożar Atlanty. Lepsza Brytyjka, niż Jankeska, oznajmili ponoć potomkowie Konfederatów. Piękna Vivien skradła me serce niemal w tym samym stopniu, co sama Scarlett i niemożliwością jest dla mnie choćby wyobrazić sobie kogoś innego w głównej roli. Lecz oprócz zawadiackich ogników w oczach Leigh i czarującego uśmiechu Clarka Gable’a, urzeka jeszcze wiele innych rzeczy – zapierająca dech w piersiach muzyka Maxa Steinera czy bijąca po oczach żywiołowość czerwonej ziemi Georgii. Wszystko to sprawia, że Przeminęło z wiatrem w reżyserii Victora Fleminga mogę oglądać raz po raz, niezmiennie z tymi samymi wypiekami na twarzy oraz łzami śmiechu i wzruszenia.

Wierzę, że przeżyję jeszcze wiele wspaniałych chwil z moją wspaniałą Scarlett. Teraz, czytając oryginalną, anglojęzyczną wersję Gone with the wind, odkrywam całą historię Południa na nowo. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji tego zrobić, sięgnijcie pewnego dnia po tę pozycję – może latem, kiedy słońce świecić wam będzie wesoło w oczy, a może zimą, kiedy jedyną ucieczką od szarego świata będzie książka i kubek ciepłej herbaty. Może się zatracicie, tak jak zrobiłam to ja.

 

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany