To nie moda na vintage, to zapotrzebowanie na wartościowe treści, czyli o „Kwartalniku Przekrój”

Tygodnik, którego nikomu nie trzeba przedstawiać. Nie znam osoby, która na hasło „Przekrój, nie ma choć jednego skojarzenia typu: A tak, mama/wujek/babcia/sąsiad czytał/czytała. To najpopularniejsze i (nie tylko moim zdaniem) najlepsze czasopismo PRLu, zrzeszające najwybitniejsze postaci tamtych czasów. Publikowali w nim między innymi: Ludwik Jerzy Kern, Zbigniew Lengren, Jerzy Waldorff, Lucjan Kydryński czy Konstanty Ildefons Gałczyński. Warto wspomnieć, że większość osób, która w tamtych czasach współpracowała z tytułem, dobrze się znała, ba, często mieszkała po sąsiedzku. „Przekrój” był wydawany od 15 kwietnia 1954 roku do 30 września 2013 roku. Musiał przestać istnieć na ponad 3 lata, by odrodzić się 19 grudnia 2016 roku.

O reedycji dowiedziałam się zupełnie przez przypadek. Przemierzając meandry Facebooka, trafiłam na konto Kwartalnik Przekrój. Orientując się z lekka w branży, wiedząc, że ten tytuł jest po pierwsze tygodnikiem, po drugie zawieszonym, zaciekawiłam się. Weszłam na stronę i moim oczom ukazała się radosna nowina: „Przekrój” zostaje wznowiony! Mają się w nim znaleźć ilustracje Marka Raczkowskiego, Kariny Piwowarskiej, ogólnie starej gwardii. Znam ten tygodnik głównie ze studiów – z wykładów o PRLu i z moich osobistych fascynacji Barbarą Hoff, jednak myśl o tym, że pismo zostanie wznowione na nowych-starych zasadach, pokazując potomnym jak robiło się prawdziwą, choć już niemodną prasę, bardzo mnie cieszy.

Marek Raczkowski dla Przekroju, źródło: Facebook.com/PrzekrojPl
Marek Raczkowski dla Przekroju, źródło: Facebook.com/PrzekrojPl

Postanowiłam znaleźć więcej informacji na temat tej wydawniczej nowiny i  spotkałam się z rozbieżnymi opiniami. Czytałam o tym, że nakład 50 tysięcy (taki był pierwszy) egzemplarzy to bajdurzenie, na pewno się nie sprzeda. Przecież to jest najgorszy moment na wchodzenie na rynek prasy papierowej w Polsce, nawet giganci prasowi odnotowują spadki nakładów… Jedyną mądrą decyzją jest przekształcenie tygodnika w kwartalnik, choć i to wydawało się wielu karkołomnym i bezcelowym wyczynem. Oczywiście z krytyką spotkała się także szata graficzna, tak popularna w latach 50. i 60. – przecież nie teraz! Teraz liczy się tylko blokowość, leady, nagłówki, dzielenie tekstu, śródtytuły, kolumny… Innymi słowy, w nowym „Przekroju” wszystkie copywriterskie sztuczki idą w kąt. Czyli dla kogo to jest przeznaczone? Dla starych czy dla młodych? I w ogóle kto to kupi? Format A3 duży i nieporęczny, gazeta cienka bo 150 stron ledwo. Znalazłam naprawdę wiele innych, branżowych zarzutów. Z doświadczenia wiem, że cokolwiek by się nie działo i nawet gdyby sam Marian Eile zmartwychwstał i przejął tę gazetę, malkontenci i tak by się pojawili.

Oczywiście 19 grudnia nie pobiegłam do kiosku o brzasku, zupełnie zapominając o „Przekroju” w przedświątecznym szaleństwie. Cały czas miałam w głowie głosy ekspertów,  którzy nie przewidywali dużej sprzedaży pisma (niektórzy pisali nawet o tym, że sprzedane 10-15 tysięcy egzemplarzy będzie sukcesem), po świętach, czyli w okolicach 27 grudnia chciałam zakupić pismo… Co zakończyło się fiaskiem! Nigdzie, w żadnym renomowanym wrocławskim salonie prasowym nie mogłam znaleźć pięknej i rzucającej się w oczy seledynowej okładki, co więcej, pytając się sprzedawców o to, co i jak z tym nakładem, dostałam informację, że sprzedał się w zaskakującym tempie! W punktach w okolicach centrum w ciągu pierwszych dwóch dni. To tylko spotęgowało moją chęć posiadania cuda, które miało się obejść bez echa, a rozeszło jak przysłowiowe świeże bułeczki. Dodruk został zaplanowany na początek stycznia, a ja nie chciałam popełnić tego samego błędu po raz wtóry – piątego pobiegłam na zakupy.

Mieczysław Wasilewski dla Przekroju, źródło: Facebook.com/PrzekrojPl
Mieczysław Wasilewski dla Przekroju, źródło: Facebook.com/PrzekrojPl

Od progu widziałam już tylko tę okładkę! Ten format! Ilustracja Allesandro Gottardo – The Darwin God jest pięknym, surrealistycznym przedstawieniem wszechświata, jako wydmuchiwanej przez starca bańki. Nie zauważyłam tego od razu, zupełnie się nad tym nie zastanawiałam. Dopiero później, po kilkukrotnym przewertowaniu gazety zrozumiałam, że jej reaktywacja nie mogła zostać zamknięta w piękniejszych, bardziej metaforycznych ramach. Czytając pierwszy numer nowego-starego „Przekroju”, doświadczałam cudu stworzenia. Zrozumiałam dlaczego to czasopismo było w swoim czasie tak popularne i zaczęłam żałować, że nie czytałam go wtedy, kiedy było tygodnikiem.

Nazywam „Kwartalnik Przekrój” nowym-starym nie bez powodu. Widzimy w nim połączenie tego co było z aktualnymi wydarzeniami. Znajdziemy tu między innymi przygody kultowego Pana Filutka, Warzywo numeru, Makabreski, Opowiadanie kryminalne Ryszarda Ćwirleja, Mrożek rysuje Polskę, uwielbiane przez wszystkich ilustracje Marka Raczkowskiego, felieton Barbary Hoff, archiwalne zdjęcia, grafiki, rubryki, anegdoty. A do tego całkiem nowe treści, jak recenzje i fragmenty współczesnych książek, reportaż o Biennale w Wenecji, rozmowa Jasia Kapeli z Jackiem Żakowskim i naprawdę wiele innych, ciekawych tekstów.  Słyszę już te pytania: Skoro to tylko 150 stron, to jak może nieść ze sobą tyle treści? Sposób jest bardzo prosty, choć niestety zapomniany przez współczesnych wydawców – ograniczenie reklam do minimum. I przez minimum mam tu na myśli prawie całkowity brak reklam. Bardzo bym chciała, żeby było to standardem, utrzymanym w piśmie przez długi czas, ale co do tego nawet ja, aktualnie największa fanka gazety, jestem dość sceptyczna. Choć sprawy mają się dobrze, ponieważ drugi nakład sprzedał się całkowicie i na początek lutego przewidziany jest kolejny dodruk.

Luka Rayski dla Przekroju, źródło: Facebook.com/PrzekrojPl
Luka Rayski dla Przekroju, źródło: Facebook.com/PrzekrojPl

Czytając „Przekrój” czułam, że nie tylko spędzam czas w miły sposób, ale przede wszystkim przyswajam ogromną liczbę wartości. Każde słowo, zostaje gdzieś wewnątrz mnie, skłania do refleksji, poszerza horyzonty. Aktualnie moim największym marzeniem czytelniczym jest przeczytanie książki Williama Finnegana Barbarian Days: A Surfing Life, za którą otrzymał nagrodę Pulitzera w 2016 roku, a której fragment ukazał się w piśmie. Moim zdaniem sukces pierwszego numeru nie jest jedynie skutkiem wszechobecnej mody na vintage. Jest to po prostu zapotrzebowanie na wartościowe i estetyczne treści, okraszone inteligentnym humorem. Świadczy również o tym, że są jeszcze na świecie osoby, które doceniają brak reklam i sponsorowanych artykułów, a nowatorskie czcionki i sztab specjalistów od zarządzania mediami i public relations wcale nie jest kluczem do sukcesu.  Sprawdza się tu dziejowa prawda o tym, że jakość zawsze obroni się sama.

Justyna Barańska

Jest miłośniczką dobrej sztuki. W teatrze zawsze siada w drugim rzędzie.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany