„La La Land”: witaj w niebanalnym świecie marzycieli

Adrian: Jak się mają Wasze upodobania do musicali? Powiem szczerze, że do tej pory moje doświadczenia w tym temacie bywały rozczarowujące. Każdy z nas zna Chicago czy Nine, które były obrazami hołdującymi starej erze Hollywood. W tamtym okresie powstała przecież Deszczowa piosenka – która od wielu lat jest w kanonie najpiękniejszych historii miłosnych i do tego musical – ludzie śpiewali zamiast ze sobą rozmawiać; tańczyli, a nie – jak to mamy w zwyczaju – chodzili na spacery. Ale…no właśnie, to kiedyś, gdzieś już było. Jedynym musicalem, który wywarł na mnie wrażenie był Grease – niezapomniany hit lat siedemdziesiątych, gdzie historia porwała miliony ludzi na całym świecie. Pięknie opowiedziane, zawierające tętno tamtej epoki. Współcześnie oglądając film masz wrażenie, że Sandy i Danny mogą pojawić się na twojej uczelni czy szkole.

La La Land narobił szumu, którego nikt się nie spodziewał. Zgarnął wszystkie najważniejsze wyróżnienia na tegorocznych Złotych Globach, a przed nami jeszcze Oscary, które wydają się być jedynie formalnością dla tego projektu. La La Land bowiem został doceniony przez niezliczone grona krytyków amerykańskich czy jury festiwalowe z całego świata, a wiemy przecież, że to co spodobało się na arenie międzynarodowej – a w dodatku jest 100% amerykańskie – zostanie zauważone przez Akademię.

Jak to się ma do jakości filmu? Powiem jedno – jestem zachwycony!

Justyna: Ja nie mam żadnych traumatycznych wspomnień, związanych z musicalami. Z założenia traktuję ten gatunek z przymrużeniem oka, rzadko decydując się w pierwszej kolejności na obejrzenie musicalu – wiem po prostu, że znacznie bardziej przekonują mnie chociażby dramaty czy filmy biograficzne. Lubię Chicago oraz Cabaret, jednak decyzji o obejrzeniu La La Land nie podjęłabym tak szybko, gdyby nie tak jednoznacznie dobre oceny tego filmu, obok których właściwie trudno przejść obojętnie. Nie jestem specjalistką, jeśli chodzi o nagrody i jeśli mam być szczera, to nie ekscytuję się raczej wszelkiego rodzaju wyborami, plebiscytami. Nie umiem podejmować decyzji kto był lepszy, kto gorszy, kto ma jakie szanse, bo wciąż nie czuję się na tyle zaznajomiona z obecną sytuacją filmową na świecie, by móc wydać jednoznaczny osąd. Jedno jest pewne – La La Land to naprawdę doskonale zrobiony film, wciąż nie w moim guście gatunkowym, ale jednocześnie trudny do jednoznacznego skategoryzowania. Bo czy nie mieliście wrażenia, że w dużej mierze wymyka się on ramom zarówno musicalu, jak i komedii romantycznej, której można było oczekiwać? W tym poniekąd tkwi jego siła.

Doma: Ja z kolei uwielbiam musicale i mogę szczerze przyznać, że zarówno wspominana przez Adriana Deszczowa Piosenka, jak i Dźwięki muzyki czy chociażby Sweeney Todd: Demoniczny golibroda z Fleet Street zajmują wysokie pozycje na liście moich ulubionych filmów. Na La La Land czekałam niecierpliwie nie tylko ze względu na wielką sympatię do gatunku, ale także przez wzgląd na świetną obsadę z Emmą Stone i Ryanem Goslingiem na czele. Mając w pamięci ostatnie dzieło Damiena Chazelle’a – obsypany nagrodami Whiplash – pokładałam w jego nowym filmie wielkie nadzieje i sporo od niego oczekiwałam. Reżyser, serwując musicalową opowieść o dążeniu do spełnienia swoich najskrytszych marzeń, nie tylko mnie nie zawiódł, ale na długo pozostawił w mojej głowie obraz, który sprawia, że zaczynamy śnić w rytmie muzyki.

Adrian: Najpiękniejsze w tym filmie jest obnoszenie się z szacunkiem do gatunku, jakim lawirują twórcy. Na pewno zgodzicie się ze mną, że musical mimo iż gra tu główne skrzypce, dopełniany jest zręcznie przez niezależny (indie) dramat, który jest silnie nacechowany emocjonalnie. Dzięki zgrabnie zbudowanej fabule jesteśmy obserwatorami rozwijających się bohaterów. Od Easy A mam niewątpliwą przyjemność być fanem numer jeden Emmy Stone. Od tamtego roku (2010 dla przypomnienia) śledzę bacznie jej karierę – wybory, których dokonuje świadczą o wysokiej kulturze filmowej. Jak sama przekonuje w wielu wywiadach, jest wielbicielką kina wciągającego (angażującego) – takiego, gdzie widz jest integralną częścią opowieści. Takie właśnie jest La La Land – reżyser filmu Damien Chazelle wkupuje się w serca oglądających już w pierwszej scenie – gdzie z ekranu wydobywają się piękne rytmy ludzkich ciał i głosów. Wizualnie, technicznie obraz jest perfekcyjny. Kompozycje są odpowiednio melodyjne, poruszające i przede wszystkim pięknie wyeksponowane dzięki duetowi aktorskiemu – Emmie Stone i Ryanowi Goslingowi, którzy swoją drogą pasują do siebie wyśmienicie. To już kolejny raz, gdy para spotyka się wspólnie na ekranie – i kolejny udany! Mam nadzieję, że kino nie da nam o nich zapomnieć (i o tak naturalnej chemii między dwójką bohaterów!) i ponownie będziemymieli okazję oglądać ich razem na dużym ekranie.

Damien Chazelle – młody twórca, rośnie światu kina na pioniera kina autorskiego. Po świetnie przyjętym Whiplash dostarczył nam taką perełkę, jaką jest La La Land.

Justyna: Zgodzę się z tym, że Damien Chazelle wyśmienicie lawiruje wokół gatunków, z każdego wyciągając to, co najlepsze ma do zaoferowania. Nie stawia przy tym na utarte schematy, banały, zaskakuje w drobiazgach, nieoczywistych rozwiązaniach fabularnych. Mnie dodatkowo absolutnie oczarowały jego nawiązania do starych musicali w takich drobnych rzeczach, jak ubiór głównego bohatera (Ryan Gosling w garniturze i czarno-białych butach typu golf podbił nawet moje, dotychczas odporne na jego urok, serce). Dodatkowo film z minuty na minutę staje się bardziej kameralny, intymny, od czasu do czasu reżyser decyduje się wpuścić trochę powietrza, ale i tu stawia raczej na piękne obrazy, niż wielki, nowoczesny rozmach. Choć obraz jest nieskazitelny i miejscami bajkowy, czuć tu ukłon reżysera w stronę klasycznych rozwiązań.

Muszę się jeszcze przyznać, że mnie w tym obrazie ujęło bardzo wiele drobiazgów, aż sama jestem zdziwiona, że tak dużo ich wyłapałam i zapamiętałam. Cudowne jest na przykład to, że bohaterowie skonstruowani są na zasadzie kontrastu. Łączy ich uczucie, jakiś rodzaj chemii, typowej i oczywistej już od początku filmu, ale ich pasje nie znajdują punktu wspólnego. Z drugiej zaś strony – ta ich wzajemna ciekawość, to odkrywanie przed sobą kulis narodzenia się owego zainteresowania, dzielenie się opowieściami. To miód na serce każdego ogarniętego pasją i zanurzonego w marzeniach człowieka.

Doma: W jednej z recenzji przeczytałam, że nowe dzieło Chazelle’a to film, który sprawia, że cieszysz się życiem. Trudno się z tym nie zgodzić – reżyser w poruszający sposób przedstawił historię, która sama w sobie niesie motto Kochajmy marzycieli. Wyraziste postaci, świetna scenografia i kostiumy, ciągły ruch kamery oraz intensywność kolorów – to wszystko sprawia, że widz ani na chwilę nie może oderwać wzroku od ekranu.

La La Land nie spełniałby jednak wymogów gatunku, gdyby nie ścieżka dźwiękowa – zadziwia mnie fakt, że do tej pory nie wspomnieliśmy o niej ani słowem. Chociaż film widziałam już dwa tygodnie temu, soundtrack, za który odpowiedzialny jest Justin Hurwitz, bezustannie widnieje na mojej liście odtwarzania. Nie trzeba być wielbicielem jazzu, by dać się zauroczyć dźwiękom stworzonym na potrzeby obrazu. City of Stars w wykonaniu Goslinga podbiło już niejedno serce, trudno się więc dziwić, że amerykańscy dziennikarze właśnie tę piosenkę postanowili nagrodzić Złotym Globem.

Justyna: Myślę, że film ten ma szansę podbić serca widzów w Polsce, chociażby z jednego powodu: jest niebanalny, ale jednocześnie bardzo lekki i miły w odbiorze. Dla mnie samej – choć zakochana jestem w zawiłych psychologicznie i emocjonalnie historiach – seans La La Land był momentem cudownego wytchnienia. Pierwszy raz w tym roku opuściłam salę kinową z uśmiechem na ustach i garścią przyjemnych przemyśleń, a jednocześnie – ze świadomością obcowania z produkcją na naprawdę wysokim poziomie. Choć obawiałam się trochę, że za bardzo dałam się porwać fali popularności produkcji i rozczaruję się, tym razem mogę śmiało przyznać: wciąż rosnąca popularność tego filmu jest w pełni uzasadniona!

Adrian: La La Land na ekrany polskich kin wejdzie dwudziestego stycznia. Mam nadzieję, że rodacy docenią ten kameralny majstersztyk. Dla mnie to film, do którego będę wracał – czeka mnie kolejny seans na przestrzeni najbliższych tygodni. Bohaterowie La La Land zostają z Tobą – dlatego często zaprzątają myśli i przypominają o sobie. Zbliżają się walentynki – weź swoją drugą połówkę na seans obrazu Damiena Chazelle’a i daj się porwać naprawdę poruszającej opowieści o dwojgu poszukujących szczęścia ludziach.


Justyna Potasiak

Nieustannie zatopiona w planach kulturalno-wyjazdowych. Kulturę najchętniej pochłania w bezpośrednim kontakcie z twórcami, bo kontakt z żywym człowiekiem, z emocjami „tu i teraz” uważa za najwyższą wartość.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany