„Tylko brwi uniosły się jak skrzydła ptaka…”

Frida, Fridita, Fridunia! Ale od początku… 
Nieustannie powtarzam: jeśli popadnę kiedykolwiek w depresję, to proszę mnie zaprowadzić do teatru bądź tam, gdzie jest mnóstwo książek – biblioteka, księgarnia, antykwariat – miejsc terapii akurat nie brakuje, a one same [książki] wielokrotnie ratowały mnie przed ponurymi, jesiennymi wieczorami i niczym parasol chroniły przed gradem szarej rzeczywistości. Wiecie zatem jak wygląda takie leczenie? Piękne słowa wkłada się pod język i ssie się tak długo, aż wszystkie (nie)rzeczywiste zmartwienia rozpłyną się jak cytrynowe landrynki i świat książki zafrapuje tak bardzo, że w żyłach będą pulsować przez wiele magicznych momentów ulubione zdania i fragmenty, z których wyłonią się w końcu ukochane postaci – te zupełnie wyimaginowane i te, które miały już szansę zaistnieć w poprzednich dekadach, jednak nadal porywają swoim usposobieniem, talentem i twórczością całe mnóstwa zainspirowanych. Tak było i ze mną. Grudniowe popołudnie. Nad Wrocławiem niebo zaczęło płonąć – tysiące odcieni czerwieni, różu i złota splecione w grube łańcuchy chmur, a wokół, dla dopełnienia tego nieziemskiego krajobrazu, wirowało setki wron… Jednak i ten widok nie zagłuszył jakiegoś wewnętrznego pragnienia, które zaczęło kiełkować i przedzierać się przez kondygnacje świadomości z zatrważającą prędkością. To mogło oznaczać tylko jedno: szukałam inspiracji. Biografii. Kolejnego artysty, którego mogłabym bliżej poznać i dawki wiedzy, którą mogłabym przyswoić. Znacie to wspaniałe uczucie, gdy później przeglądacie dorobek tego człowieka i wiecie skąd? dlaczego? gdzie?
Weszłam więc do książkowego królestwa, a w skroniach zaczęło mi pulsować. Tysiące tytułów, a każdy zdawał się wołać: mnie, wybierz mnie! Zaczęłam buszować po regałach, wzrok przebiegał po grzbietach, nazwiska mniej bądź bardziej mi znane nie kusiły, a ja czułam, że i tak nie wyjdę z księgarni w pustymi rękoma. W końcu moją uwagę zwróciła jedna, źle ułożona na półce, mało atrakcyjna, przeciętnej grubości. Zmysł estetyczny kazał mi po nią sięgnąć – początkowo tylko po to, by po chwili odłożyć ją na miejsce we właściwy sposób, jednak nie – ta książka, ta kobieta, niezwykle barwna, choć z tragiczną historią, nie pozwoliła się tak po prostu odłożyć – zamieszkała w moim sercu na dłużej – oczom ukazała się bowiem niesamowita Frida Kahlo.
20f439173ba16b759d8718c05cb397df
Tę meksykańską i temperamentną panią znałam już oczywiście wcześniej. Jej charakterystyczna aparycja wsiąknęła w naszą rzeczywistość i poniekąd stała się częścią popkultury – koszulki, płócienne torby, kubki, przypinki etc. Nie neguję tego – jeżeli ma to być jeden z powodów, by zaciekawić odbiorcę sztuką i zachęcić go do dalszych poszukiwań, dlaczego nie? Sama poznałam w ten sposób Gustawa Klimta i historię słynnego portretu Adeli, a zaczęło się od zakupienia pięknej filiżanki z mnóstwem charakterystycznych, pozłacanych mozaik. Jednak wracając do królowej tego artykułu… Może i nie bez powodu napisałam wcześniej o książce źle ułożona – taką też  Fridę poznałam w końcu z powieści biograficznej Barbary Mujicy, gdzie życie artystki relacjonuje jej siostra, Cristina Kahlo. Frida. Z jednej strony wzorowa komunistka, ale pozwólcie, że nad jej upodobaniami politycznymi nie będę się roztrwaniać, a z drugiej – symbol feminizmu rozpromieniony nie tylko na Amerykę Środkową, ale i także na najbardziej odległe zakątki globu. Jaki styl w sztuce reprezentowała? Sama twierdziła, że: Wszyscy myślą, że jestem surrealistką, ale ja nią nie jestem. Nigdy nie malowałam snów, ani sennych koszmarów. Malowałam moją własną rzeczywistość. Niepokorna, pragnąca zawsze brylować w towarzystwie, śmiała, momentami wulgarna i obsceniczna… Niezwykle silna. Tak, tego jestem pewna – jeśli siła jest kobietą, to na pewno jej atrybutem byłyby wojownicze (i chyba najsłynniejsze) brwi na świecie Fridy. Los niestety nie oszczędzał jej już od początku, kiedy to jako dziewczynka przebyła chorobę Heinego Medina, która dożywotnio odcisnęła piętno na całym jej rachitycznym organizmie. Jednak czy dla małej Fridy mogło istnieć takie słowo jak: przeszkoda? Skądże! Właśnie podczas tej długiej niedyspozycji, będąc przykutą do łóżka, w  głowie Azteckiej królowej XX wieku narodziły się pierwsze pobudki artystyczne, gdy aby umilić dziewczynce czas, skonstruowano dla niej pierwszą sztalugę umożliwiającą jej malowanie w pozycji leżącej. Kilka lat później doznała głębokich urazów w bardzo poważnym wypadku autobusowym, w którym metalowa rurka pogruchotała jej miednicę, uszkadzając jednocześnie narządy rozrodcze, co rzutowało na jej ciągłe poronienia. W tym karambolu ucierpiało nie tylko ciało Fridy, ale także w znacznym stopniu psychika – przelewała na płótno cały swój ból. Stąd brały się też krwawe wizerunki płodów i kolekcje lalek. Długie godziny pozwoliły jej poznać osobę, którą malowała najczęściej, monumentalną, z pozoru niewzruszoną, ale i również bardzo kruchą: siebie samą. Autoportrety kalekie, pulsujące, smutnie piękne i samotne, stanowią przeważającą część jej twórczości.
fridson
Niestety  miała nieco lekceważący stosunek do swojego stanu zdrowia, ignorowała zalecenia lekarskie, nie oszczędzała się, sporo piła, cierpiętnica. Czy może być jednak coś gorszego od wiecznie trapiącego fizycznego bólu? Zdaje się, że Frida znała odpowiedź na to pytanie. Miłość. W swoim życiu przeżyłam dwa wypadki. Jeden to autobus, który mnie połamał, drugi to Diego. Diego był, jak dotąd, tym najgorszym.
Diego, Diego, Diego… mężczyzna z ogromną nadprogramową wagą, komunista, słynny malarz z niemalże zwierzęcym pożądaniem i wreszcie: nałogowy łamacz kobiecych serc. Oj tak, serce Fridy było permanentnie miażdżone. Zdrady męża były tak częste, że zdawała się do nich przyzwyczajać, a nawet na nie zezwalać, byleby nie dać po sobie poznać, że została zraniona; że zazdrość rozpala jej duszę … Dumna i silna aż do końca, a jednak ciągle, podczas trapiących mnie bezsennych nocy, myślę o niej jak o kimś bardzo kruchym; o czymś, na co patrzy się z podziwem i miłością. Wiem jednak, że to szkło hartowane – choć poddaje się go wielu próbom – ono jest niezwyciężone. I tak właśnie zawsze obrazuję sobie charaktery osób, które są dla mnie ważne, zwłaszcza ze świata sztuki. Czasami przywołuję w pamięci losowe wydarzenia z ich życia i snuję zakończenia sytuacji, usytuuję je we współczesności; myślę o tym, jak poradziłyby sobie teraz. Czy nadal wywierałyby takie wrażenie, czy może jesteśmy z pokolenia nas już nic nie zaskoczy? Jaka byłaby Frida? Czy podobałby się jej nasz świat? I wreszcie, najgłupsze i najzabawniejsze pytanie, jakie sobie zadaję, by odpędzić czarne scenariusze: czy Frida pod naciskiem presji, wyregulowałaby sobie brwi?
Niestety nigdy się tego nie dowiem, mijam się dekadami z wieloma ważnymi dla mnie artystami, poznając ich jedynie poprzez biografie i twórczość. To już bardzo dużo, wiem. Jednak nic nie zastąpi fizycznej obecności, prawdziwego uśmiechu i uścisku dłoni. Być może jestem przeterminowanym człowiekiem, ale to dlatego tak często bywam w teatrze – chcę nacieszyć się ukochanymi perełkami, póki mogę; póki jest czas. Niech trwają długo, jak najdłużej. Z dziecięcą naiwnością wierzę w to, że niektóre istnienia nigdy nie umierają,  blask ich świetności będzie promieniował na długie stulecia, a dusze  kołysać się będą w koronach drzew.
I jeśli mogę Wam czegoś życzyć, to życzę Wam siły Fridy Kahlo.
Obrazek wyróżniający pochodzi ze strony: http://lounge.obviousmag.org
W tytule wykorzystałam fragment wiersza Tomasza Jastruna pt. Brwi.
A w sklepie Kultury do góry nogami znajdziecie gadżety z podobizną Fridy.
Monika Babińska

Cierpię na chroniczny brak pieniędzy, ponieważ wszystko wydaję na bilety do Teatru, książki, podróże, płyty i kino. I właśnie te pięć słów jest wszystkim tym, co kocham, dlatego rzadko żałuję pustych kieszeni. W wolnych chwilach rzucam studia, włóczę się w piżamie po mieście i tęsknię, bo:"czasem mam lat cztery, a czasem cztery tysiące".

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany