Czy kobiety są idiotkami? Seks w wielkim mieście

Niektóre dziewczynki chcą być księżniczkami, ja zawsze chciałam być Carrie Bradshaw. Nonszalancką i błyskotliwą dziennikarką w butach od Manolo Blahnika. Taką, która ma szafę gdzie Kenzo miesza się z Chanel, mieszkanie na Manhattanie, drobne na Cosmopolitana i mężczyzn, których poznaje dosłownie wszędzie. Na siłowni, w parku, saunie, kawiarni, sklepie. No przecież, wtedy nie było Tindera… Dlatego, kiedy ktoś zauważa pewne podobieństwo między nami (a takie sytuacje zdarzają się rzadko, niestety) jest to komplement najwyższej rangi. Cóż, w życiu trzeba w końcu znaleźć jakiś autorytet. To właśnie od fascynacji główną bohaterką rozpoczęło się moje zauroczenie Seksem w wielkim mieście. Między kłótniami z przyjaciółkami o to, która najbardziej przypomina Carrie (mówiąc kłótnie, mam na myśli te prawdziwe), szukaniem sukienek podobnych do tych serialowych, a przyłapywaniu się na tym, że pamiętam zdecydowaną większość historii z wszystkich sześciu sezonów, zaczęłam się zastanawiać nad generalnym fenomenem serialu, który jednocześnie styka się z tak miażdżącą krytyką. Nie raz zdarzyła mi się sytuacja, kiedy moją miłość komentowano pogardliwym wzniesieniem brwi. Dlaczego? Bo te kobiety były przecież zwyczajnie głupie, bo przez wszystkie sezony rozmawiały wyłącznie o mężczyznach, bo to wyobcowana z rzeczywistości opowieść o bogatych panienkach. Cekinowy eskapizm, satynowa pościel, płytka nierealność. Zanim pozwoliłam, by w moje serce wbiły się te krytyczne słowa, pomyślałam – czy Seks w wielkim mieście faktycznie kreuje obraz stereotypowej kobiety, która płacze jedynie wtedy, kiedy facet nie odezwie się pierwszy lub nie starczy jej pieniędzy na markową torebkę?

Trzeba szczerze przyznać, że serial jest banalny. Dziennikarka, specjalistka od PR-u, prawniczka i właścicielka galerii odcinek po odcinku błądzą między mężczyznami. Te damsko-męskie historie zostają poddane szczegółowej, babskiej wiwisekcji przy wspólnych drinkach, śniadaniach i kawach. Kobiety, już po 30-tce, z dobrze płatną pracą, a więc i pieniędzmi na własne mieszkania wciąż lawirują po życiu samotnie. A każda z nich to kontrast, wręcz skrajność. Mamy z lekka infantylną Carrie, która, choć obdarzona niezwykle błyskotliwym poczuciem humoru, podejmuje decyzje absurdalne, bezsensowne. Trochę jak rozkapryszona nastolatka z błyszczykiem na ustach. Zresztą tak samo naiwnie cieszy się życiem. Jest Samantha, swobodnie żonglująca mężczyznami, wyraźnie podkreślając, że jedyne czego potrzebuje, to dobry seks (co najdziwniejsze, mniej więcej co drugi odcinek takowy znajduje…). Miranda – ruda feministka, która zamiast butików woli mecze Jankesów. Oraz Charlotte o uśmiechu anioła, z podobnie anielskim sercem, wiecznie pragnąca (małżeńskiej!) miłości. Ładny dom, ładny on – jak z okładki gazet dla perfekcyjnych kobiet. Kobiety zakochują się i płaczą, zdradzają, są zdradzane, nie dzwonią albo czekają na telefon. Tak naprawdę, po prostu czekają na miłość, a w tym oczekiwaniu bawią się jak prawdziwe damy. Oczywiście, w kryształowych pantofelkach.

http://popculturecooking.tumblr.com/post/142522400578/weekends

Więc co z tymi kobietami? Oczywiście, że rozmawiają o mężczyznach. Ba, robią to prawie nieustannie. Ale przecież nikt nie zarzuca kryminałom, że cały czas opowieści zajmuje śledztwo. A Seks w wielkim mieście to serial o intymnych relacjach między ludźmi, więc i dialogi właśnie tego będą dotyczyć. Odcinki nie mają na celu wykrzyczeć – hej, kobieta istnieje tylko kiedy ma faceta pod ręką, a markową kopertówkę w dłoni. Z drugiej strony, historia nie wnika też głęboko w sprawy płci, w konkretne relacje, ale jak już wspomniałam, ten serial to przyjemny banał. Nie powinniśmy tutaj oczekiwać najwyższej sztuki. Z kategorii najwyższych mamy tylko haute couture. Mimo wszystko, SATC ukazuje prawdziwe kobiety, mądre kobiety. Wręcz odwrotnie, to mężczyźni przedstawieni są w serialu jako idioci. Bohaterki nie są zdesperowanymi singielkami, które trzęsą się, by poznać tego jedynego i w końcu stworzyć pełen obraz życia. Ja, Ken i Nowy Jork. Nie są również najgorszym stereotypem feministek, które swoją niezależność udowadniają bardziej na pokaz niż naprawdę. Znajdujemy się w samym środku. Raz mamy władzę i nie odpisujemy na wiadomość, a raz płaczemy w poduszkę. I tu nie chodzi o ofiarę i zwycięzcę. To po prostu ludzie i ich relacje – samo życie.

Choć nie do końca samo życie. Kiedy pojawiły się Dziewczyny Leny Dunham to właśnie tę historię określono jako możliwą, przekonującą, życiową. W kontrze do Seksu trzeba przyznać, że Brooklyn jest bardziej nasz niż Manhattan. Ale ja Seks w wielkim mieście traktuje trochę jak musical. Jest tak samo niemożliwy. To taki eskapizm Nowego Jorku. Jedwabne szlafroki, wieczory w operze, poranna joga, ogromne mieszkania, imprezy bogatych klas społecznych, na których mógłby się pojawić Donald Trump i Donatella Versace. Problemy to problemiki, małe paciorki w sznurze życia płynącego szampanem i powodzeniem. Nie żyjemy tak. Nie poznajemy mężczyzny podczas spaceru w parku co sobotę, nie mamy czasu na teatr we wtorek, nie mamy pieniędzy na sukienkę Dolce&Gabbana. Mamy za to obsesje, nałogi i namiętności, a to nas akurat z bohaterkami serialu łączy szczególnie.

tumblr_nw3zxzlehs1usdppzo1_1280

Dążę do tego, że tej ucieczki od naszej codzienności, bajecznego snu o Nowym Jorku nie da się oglądać bez dystansu. Bez dystansu przecież w ogóle zginiemy. Zostawiając usilną potrzebę utożsamiania się i porównywania naszej osobowości do Samanthy czy Mirandy, zostaje nam opowieść skrząca się delikatnym humorem, zabawnymi miłostkami, erotycznymi niezaspokojami. To nie są gorzkie śmieszne miłości Kundery, ani szekspirowskie tragedie Julii. W tych nowojorskich nocach i dniach znajdziemy mnóstwo mody lat 90., odwagę do działania, poszukiwanie własnej wartości, a czasem po prostu przyjemny flirt, gorącą namiętność, chwilową fascynację. Nie jesteśmy zanurzeni w beznadziejnie bezsensownym świecie Plotkary. Siedzimy po prostu przy kawie wraz z Carrie, Mirandą, Samanthą i Charlotte. Wraz z nimi szukamy akceptacji, bycia dla kogoś wyśnioną, szukamy partnerstwa, szukamy dobrego seksu, szukamy przystojnego blondyna. Przede wszystkim, szukamy kogoś dla kogo stracimy głowę, czas i wszystkie myśli. Tak właśnie, szukamy miłości. A mimo wszystko, między tymi wyczekującymi spojrzeniami Carrie mówiła: Nie odezwę się pierwsza. Jeśli do mnie więcej nie zadzwoni, będę go czule wspominać – jako dupka. Bo czasem nie warto, same dla siebie jesteśmy piękne i mądre, mamy też inne cele niż miłość, a mężczyźni to tylko postacie epizodyczne, które mobilizują nas do umalowania ust. Jak już mówiłam, bez dystansu zginiemy. I choć uważam za małe guilty pleasure mój każdorazowy potok łez podczas ostatnich minut finałowego odcinka serialu, to wszystkim tym, którzy wciąż myślą, że cała historia jest głupia i banalna szepnę, że czasem to właśnie tego szampańskiego i łzawego banału nam potrzeba. Wszyscy jesteśmy po trochu Seksem w wielkim mieście.

Julia Smoleń

Kiedy nie ma czasu, żeby pójść do kina czuje się zaniepokojona. Chciałaby spotkać Jima Jarmuscha i wypić z nim kawę. Życie ma zaplanowane na najbliższe pięć lat.

2 komentarze
  1. Dla mnie ten serial to przede wszystkim rewolucja w świecie kobiet. Serial, który pokazał światu, że kobiety też mogą myśleć i rozmawiać o seksie a jednocześnie żyć czymś więcej niż domem i rodziną. Z jednej strony wszystko obraca się wokół mężczyzn, ale czasami miałam wrażenie, że są oni środkiem do przekazania czegoś trochę większego, głębszego. Poza tym „Seks w wielkim mieście” pokazuje jedną ważną prawdę o kobietach – to jak dobrze dają sobie radę z codziennymi problemami. Mogą nam zarzucać płaczliwość i obżarstwo w smutku, ale to tylko jedne z niezawodne i przetestowane prze miliony kobiet sposóbów na to żeby nie zwariować na tym świecie! 🙂

  2. 🙂 tez zawsze nacinam się na dziwne spojrzenia gdy mówię, że uwielbiam SITC, ale wydaje mi się, że wynika to bardziej z niezrozumienia tematu. Ludzie patrzą na tytuł i po tym oceniają cały serial, wiec sadze, ze nie ma się co tymi dziwnymi spojrzenia mi przejmować. A serial uwielbiam bardzo tez za przedstawiona przyjaźń między bohaterkami, ich wzajemne relacje, problemy. Plus, nie zapominajmy, to jest serial komediowy, problemy nie są ciężkie i nie są traktowane jak życiowe dramaty. Nawet cięższe problemy, jak np nowotwór Samanthy, z mojego punktu widzenia nie były traktowane wiele poważniej

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany