Kilka definicji piękna – krakowskie Hevre

Kiedy mieszkałam w Toruniu i chodziłam do liceum, wybór baru oraz dnia, w którym się wszyscy spotykaliśmy był oczywisty. Piątek, bo jesteśmy po całym tygodniu lekcji i Zez, bo to jedyne miejsce naprawdę warte uwagi. Doskonale pamiętam, kiedy weszłam tam po raz pierwszy. Zobaczyłam malowane anioły na ścianach, które drżały od wartości rozmów, z głośników snuła się stara płyta Zaz, atmosfera nierealności tkwiła w wypełnionym dymem powietrzu. Chociaż moja mama nie rozumiała przywiązania do tych piątkowych namiętności, to i tak co tydzień schodziliśmy pod ulice miasta, żeby pobyć kimś więcej niż uczniami liceum. Wychodziliśmy z głową pełną marzeń i szybko bijącym podekscytowanym sercem. Plac zabaw dla nastolatków. Plac zabaw dla idealistów?

Przeprowadzając się do Krakowa, nie spodziewałam się, że tych placów zabaw namnoży się w takiej ilości. Cały październik żyłam bardziej nocą niż studiami, zachwycając się tym czym może obdarować Kraków, gdzie może zaprowadzić noc. Po miesiącu, a potem po roku, cały ten mechanizm wyjdźmy-dziś-wszędzie trochę się ułożył, a w pewnym momencie, o zgrozo, przestał mnie bawić. Kiedy już powoli zbliżałam do stanu jestem zbyt cyniczna na świat i nic mnie tu nie dziwi, podczas mojego codziennego spaceru w stronę uczelni zajrzałam do jednego z otwartych barów, którego nigdy wcześniej nie dostrzegłam. Było pusto, cicho, a przestrzeń uderzyła mnie swoim pięknem. Wysoki sufit, ogromne okna, rozproszone światło, turkusowo-złote freski. Wyglądało to jak zobrazowanie słowa magia. Za każdym razem, kiedy przechodziłam obok, zerkałam w stronę tego pomieszczenia. Za każdym razem było puste. Zaintrygowana coraz bardziej, zaczęłam snuć wyobrażenia o miejscu widmo, imprezach duchów, a w pewnym momencie podważyłam swoje poczucie rzeczywistości i dywagowałam nad możliwością istnienia tego miejsca. Czy mi się ono tylko wydaje? Na szczęście, nie zdążyłam zwątpić w moje zdrowe zmysły, bo kilka tygodni później plakaty zapraszały do owego miejsca, zachęcając hasłem Nowy Kazimierz. Zaraz potem pojawił się szyld. Zamiast w Kobierzynie wylądowałam w Hevre. I otwieram przed Wami drzwi do tego świata.

15782203_870824909724627_848886323_n

Z menagerami klubokawiarni spotkałam się pewnego wieczoru, właśnie w Hevre.  Miejsce zaczęło już mieć serce, które bije elektroniczną muzyką, krew, przez którą przelewa się wino i kości, które współtworzą ludzie. Siedząc przy kawie i winie, dowiedziałam się znacznie więcej niż pozornie można byłoby opowiedzieć o barze. Hevre istnieje w przestrzeni, która do II wojny światowej była żydowskim domem modlitewnym. Do niedawna istniał tam klub muzyczny Mezcal, a wcześniej siedziba Zespołu Pieśni i Tańca Krakowiacy. Obecnie Hevre należy do Jacka Żakowskiego i Olka Wityńskiego, którzy stworzyli również Fabrykę, Bunkier Cafe i z pewnością dobrze Wam znaną, Alchemię – serce krakowskiego Kazimierza. Czego tyczy się hasło Nowy Kazimierz – obecnie Kazimierz jest już mocno określony. Turyści lekko okradli go z lokalności. Słynne zapiekanki, knajpy graciarnie, oczywiście ogrom historii, ale także zwykły kicz – sieciówki, bary, które nic nie znaczą, nawet kluby. Dochodziły głosy, że społeczności, tej, która znała się po imieniu z właścicielami barów i sklepów rzemieślniczych – już nie ma. Oczywiście, jest to pewna dynamika miasta i świata, ale jednak utrata przeszłości zawsze kłuje tęsknotą. Hasło Nowy Kazimierz, które stworzyło Hevre jest w pewien sposób odkurzeniem tej przestrzeni, kolejnym przebudzeniem Krakowa. Wysoka kultura barowa będzie stykać się ze sztuką (koncerty, wernisaże, promocje książki), a jednocześnie jest oddaniem czci historii, której szepty, a czasem i krzyki, wciąż do nas docierają. Zachowane i odrestaurowane żydowskie malowidła wypełniać będzie nowa, alternatywna muzyka. Jednocześnie menagerowie nie chcą narzucać żadnej określonej łatki. Z przesytem modnych imprez pozdro techno nadeszło znużenie. W Hevre usłyszymy muzykę retro, jazz, który od lat słyszymy w Alchemii, soundtrack ze Stranger Things ale także muzykę nową, eksperymentalną. Trzymam kciuki, żeby im się to udało, bo sama idea brzmi wręcz utopijnie. Wychodzimy z pewnej hermetyczności i zaściankowości Krakowa, by dać otwarte drzwi dla każdego, kto chce usiąść w barze i pobawić się osobowością. Nie musisz być poetą, znawcą elektro, metalem, czy hipsterem. Możesz być każdym z nich po trochu i czuć się tutaj dobrze. To właśnie esencja Krakowa, piękno, sztuka i rozmowy do świtu w przestrzeniach, w których odcinamy się od państwa. Tutaj tworzymy swoje własne. I państwo, i ja.

A skoro już mowa o tworzeniu, to dochodzimy do sedna moich rozważań. Zastanawiałam się, czy wciąż istnieje coś takiego jak kultura barowania. Tęskniąc do amerykańskich, bitnikowskich wzorców albo do czasów paryskich kawiarni jak z wizji O północy w Paryżu Woody’ego Allena, myślałam czy dzisiaj nadal czujemy ten nonkonformistyczny klimat, otwartość przestrzeni, pewną wolność, przygodę nocy, nieuchwytność słów. Inspiracją do powstania Hevre jest miejsce właśnie tego typu. Właściciel, Jacek Żakowski, kiedy wszedł pierwszy raz do tej przestrzeni, od razu skojarzył ją z dawnym Teatrem Buckleina. To, z pewnością, była kulturowa rewolta. Umiejscowiony w Hotelu Europejskim, pierwszy prywatny teatr z początków lat 90. był przestrzenią, gdzie sztuka stykała się z życiem. W teatrze zaczynali bracia Mazolewscy, Maciek Maleńczuk czy Mikołaj Trzaska. Miejsce było miejscem pięknym, niepokornym, w pewien sposób brudnym. Na tej tęsknocie do przeszłości powstało teraz Hevre. Jest to w pewien sposób powrót, wspomnienie marzeń, sentyment. A jednocześnie to nowe wyzwanie.

I nagle przestałam wątpić w wyginięcie szalonych barowych czasów. Nie zastąpili ich jeszcze ani zblazowani studenci, ani ładni ludzie, którzy ubierają się na czarno. Siedząc w Hevre, nagle przestałam czuć, jakie mamy czasy, jaką godzinę, jaki to dzień tygodnia. Jak powiedział mi Jacek: Piękno jest jednocześnie normalne i zaskakujące; to sytuacje niepokorne, wbrew tendencjom, to miejsca, w których siedzi się świetnie, w których odbywają się rozmowy, które powodują, że kreujemy siebie. Ludzie nagle są w stanie odgrywać małe spektakle teatralne, które powodują w pewny rodzaj oczyszczenia, rozwój siebie, samoakceptację albo możliwość zainteresowania kogoś swoimi pomysłami. Piękno otacza nas w takim razie z każdej strony i tylko czeka, by mogło zostać wykorzystane i jeszcze bardziej wykreowane.

hevre_dla_prasy-10-of-16

Więc szukajmy miejsc, które przyciągną nas swoją wolnością. Które wraz z nami stworzą z nocy opowieść, epopeję albo chociaż wers. Które pozwolą być nam bardziej sobą, bardziej ze sobą, bardziej niż o poranku. I tu wcale nie chodzi o promocję alkoholizowania się i tego, że tak fajnie wyjść ze znajomymi na piwo. W tych trzech piwach nie kryje się żadna tajemnica, żadne szepty. Szepty kryją się w ludziach i przestrzeni tworząc jeden spójny głos. Moi koledzy, którzy przychodzili do Alchemii – mówił Jacek – albo nie mogą już pić, albo są tak zapracowani, że nie mają, kiedy wyjść. Ten ich czas w społeczności już gdzieś przeminął. Pytanie czy dzisiejsze pokolenie pociągnie ducha, który tam powstał i czy stworzą go tutaj, w Hevre. Przychodząc do takiej społeczności stajemy się pełniejsi, bardziej twórczy. Miejsce jest kapsułą czasu. I faktycznie, pamiętam świecące oczy naprzeciwko mnie, kiedy piliśmy wino, pamiętam mężczyznę, którego kochałam i trzymałam za rękę pod barowym stołem, wszystkie kłótnie przy grze w kenta, wymyślone pomysły, perliste śmiechy, łzy rozczarowań, spełnione i wysnute marzenia. Jesteśmy tylko my, muzyka i słowa. I właśnie po to emocje, po to wzruszenia i zaskakujące sytuacje, wychodźmy. Wychodźmy z domu, wychodźmy z własnych skór, wychodźmy do baru, wychodźmy do Hevre.

Tekst powstał dzięki uprzejmości Jacka Żakowskiego (właściciel), Katarzyny Zawady, Jeremiasza Rzenno, (PR i promocja) oraz Michała Niwińskiego (menager)

PS Jeśli wciąż nie macie planów na Sylwestra, a chcecie go spędzić w fajnym miejscu – wpadajcie do Hevre, będzie dobra muzyka, zapiekane obwarzanki, a i wino mają tam świetne.

Julia Smoleń

Kiedy nie ma czasu, żeby pójść do kina czuje się zaniepokojona. Chciałaby spotkać Jima Jarmuscha i wypić z nim kawę. Życie ma zaplanowane na najbliższe pięć lat.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany