Kulturalny bilans roku: Ostatnia rodzina, Konstelacje, protesty ludzi kultury

Zawsze kiedy mam zamknąć w ramy czasu moje wspomnienia, mam z tym ogromny problem. O ile pamiętam o wydarzeniach, które miały miejsce niedawno, o tyle mglisty jest mój obraz tych, które wydarzyły się kilka miesięcy temu – nie potrafię sobie nigdy przypomnieć, czy to było w tym roku, czy może już w tamtym. Silniej tkwią we mnie spotkania z ludźmi, ich słowa, gesty, niż daty. Dlatego tego typu podsumowania, motywują mnie do przeanalizowania i przede wszystkim powspominania tego wszystkiego, czego doświadczyłam na przestrzeni ostatnich dwunastu miesięcy. I nagle okazuje się, że było – co tu dużo mówić – fantastycznie. Nie dobrze, nie w porządku, a naprawdę fantastycznie. Z drugiej strony, nie możemy zapominać, że był to rok niezwykle ważny dla polskiej kultury, wprowadzający nas na grunt niepewności, ograniczeń i bolesnych zmian. Ale po kolei.

Siedem Razy Jeden z gościnnym udziałem Agnieszki Litwin-Sobańskiej
Siedem Razy Jeden z gościnnym udziałem Agnieszki Litwin-Sobańskiej

Pierwsza połowa roku minęła mi pod znakiem pasji kabaretowo-improwizacyjnych. Szczególnie miło wspominam wieczory z grupą improwizacyjną Siedem Razy Jeden (w której skład wchodzą: Katarzyna Piasecka, Znany Wojtek Kamiński, Przemysław Sasza Żejmo, Janusz Pietruszka i Albert Bezdziczek), występującą raz w miesiącu w zielonogórskiej piwnicy artystycznej Kawon. Odkąd zobaczyłam ich w ubiegłym roku na festiwalu Podaj wiosło, wraz z kilkoma innymi formacjami, wiedziałam że w końcu muszę wybrać się do Zielonej Góry, by ponownie zobaczyć ich na scenie. Tego typu spotkania to fantastyczna rozrywka i prawdziwa uczta wielkiej klasy aktorskiej. Kiedy przez ponad godzinę, aktorzy budują długą formę, w oparciu o sugestie widowni, sypiąc pomysłami jak z rękawa, trudno nie wyjść zachwyconym. Zwłaszcza kiedy na scenie obserwuje się swoich ulubionych komików.

A jeśli już o improwizacji mowa – koniecznie muszę wspomnieć o nagraniu nowych odcinków Spadkobierców, którym poświęciłam już kiedyś osobny tekst. Było to dla mnie bez wątpienia spełnienie marzeń, tym bardziej niespodziewane, że serial zaczęłam oglądać na krótko przed zakończeniem emisji i w prawdziwy powrót rodziny Owensów na ekrany, nigdy do końca nie wierzyłam. Miło było dać się zaskoczyć i przeżyć dwudniowe spotkanie na żywo z całą ekipą impro-mistrzów. Miło było dać się wielokrotnie rozbawić, ale również wzruszyć do łez, gdy Artur Andrus wspominał zmarłą w kwietniu tego roku Marię Czubaszek, w serialu wcielającą się w postać babci Maggie.

2016 to również rok, gdy oddaliłam się od dotychczas bardzo mi bliskiej sfery, jaką jest muzyka. Już nie zajmowała ona mnie na tyle, bym mogła wspominać najpiękniejsze koncerty w jakich uczestniczyłam i wyliczać nowo poznanych artystów. W tym roku muzyka stanowiła dla mnie przede wszystkim tło do wszystkich innych wydarzeń, towarzyszyła mi podczas wielogodzinnych podróży pociągiem, jednak zwykle była to muzyka już doskonale mi znana, sprawdzona i bliska. Nie mogę jednak zapomnieć, że był to rok premier albumów moich ulubionych zespołów – HEY i Sorry Boys. Jedna wydana w pierwszej połowie roku, druga – w drugiej. Dzięki temu miałam zapewnioną ciągłość cudnych muzycznych doświadczeń.

Niewątpliwie najważniejszym wydarzeniem kulturalnym roku 2016, był dla mnie Festiwal Filmowy w Gdyni.

"Ostatnia rodzina", reż. Jan P. Matuszyński
„Ostatnia rodzina”, reż. Jan P. Matuszyński

Właściwie nie tyle festiwal sam w sobie, czyli nie tylko fantastyczne filmy, czy wydarzenia towarzyszące, a aura tego wydarzenia i ludzie, których tam spotkałam. Naturalne, codzienne, swobodne niczym ploteczki z bliskimi znajomymi, rozmowy o kulturze, o filmie, z ludźmi, którzy nierzadko mają odmienne upodobania i doświadczenia – to największy atut. To właśnie w Gdyni obejrzałam najpiękniejszy film tego roku – Ostatnią rodzinęJana P. Matuszyńskiego, dzięki któremu zrozumiałam co to znaczy, gdy aktor wchodzi w postać tak głęboko, że na jakiś czas przestaje być sobą w oczach widza. To właśnie tam nie obejrzałam również okrzykniętego przez wielu jako najlepszy i najważniejszy film tego roku, czyli Wołynia Wojciecha Smarzowskiego. Nie obejrzałam, bo ten rok nauczył mnie dokonywania wyborów i obudził we mnie – być może dla wielu absurdalne – przekonanie, że każdy film, który jest z założenia ważny i intensywny, musi trafić w odpowiedni moment w życiu, a przesycenie samej siebie przykrymi emocjami płynącymi z ekranu czy ze sceny, nie jest konieczne, jeśli tego nie chcę, nie potrzebuję. Z tego powodu Wołyń oczekuje lepszych czasów i większej odporności na przykre emocje.

fot. Karolina Wolf
fot. Karolina Wolf

Najmocniejszym akcentem w tym roku był jednak teatr. Więcej tytułów spektakli niż filmów zapadło mi mocno w pamięci oraz dotknęło najczulszych moich uczuć. Choć minęły już tygodnie, a niekiedy i miesiące, wciąż pamiętam emocje, towarzyszące mi w trakcie oglądania oraz tuż po wyjściu z teatrów. Kilka spośród nich widziałam kolejny raz, przeżywając je jednak wciąż na nowo, przychodząc i wychodząc z teatru z całkiem innymi emocjami każdego wieczoru. Było też kilka spektakli nie zaplanowanych, nie wymarzonych w sensie dosłownym, a jednak trafionych w punkt. Numerem jeden są tu Konstelacje w Teatrze Polonia, na które wybierałam się długo, ale bez poczucia jakiejkolwiek motywacji, a ostatecznie trafiłam na nie absolutnie przypadkowo, zupełnie nie przygotowana na tego rodzaju doznania. Nieprzypadkowo jednak spektakl ten wzruszył mnie i zachwycił. Perfekcyjny aktorsko, świetny tekst, konstrukcja oraz reżyseria. Oglądałam go w skupieniu od pierwszej do ostatniej minuty, nie mogąc oderwać oczu od postaci, bojąc się, że umknie mi jakiś istotny szczegół – drgnięcie powieki aktorki, spojrzenie aktora. Cały spektakl bowiem z takich szczegółów jest stworzony. Z mikrocząsteczek właściwie – mikrocząsteczek, ale na makro skalę.

Rok 2016 to także moje pierwsze spotkanie z Białą bluzką. Każde poprzednie podejście do tego spektaklu z różnych powodów nie dochodziło do skutku, a gdy nagle straciłam już nadzieję na obejrzenie go – pojawiła się okazja. Moja pierwsza Biała bluzka była jednocześnie pierwszym w tym roku tak intensywnym zachłyśnięciem się geniuszem aktorskim Jandy. Zbyt mocno dałam się ponieść poczuciu, że jej umiejętności są pewnikiem, zapominając o tym, jak miło i dobrze jest sobie o tym przypomnieć takimi właśnie spektaklami. Spotkanie trzech artystek: Osieckiej, Umer i Jandy, to najpiękniejsze, co mogło się wydarzyć, a przeczytana przeze mnie już dawno temu Biała bluzka, w końcu zyskała kształt i emocje. Już nigdy nie będę potrafiła przeczytać jej inaczej, niż głosem Jandy i poczuć inaczej niż tymi emocjami, które we mnie obudziła.

Końcówka teatralna roku to również pierwsze spotkanie z Mariuszem Grzegorzkiem w spektaklu Diabeł, który…, uświadamiający mi w jak dobrej formie są młodzi polscy aktorzy z Łodzi, w których zdarzało mi się wątpić, zupełnie niepotrzebnie. Ich skupienie, dbałość o każdy szczegół, a w końcu przeżywanie każdej emocji w sztuce w bardzo prawdziwy, niełatwy sposób, daje nadzieję, że przyszłość teatru leży we właściwych rękach. Tę wstrząsającą dawkę emocji, refleksji i doświadczenie na własnej skórze tego, co nazywają magią teatru, noszę w sobie do dziś.

Jeśli jednak ma to być prawdziwy bilans, powinien on zawierać nie tylko zyski, ale i straty, a i tych w roku 2016 nie brakowało. Najboleśniejsze były te osobowe – kultura polska i światowa utraciła w tym roku wielu wybitnych twórców, wśród których – i to nie będzie żadnym zaskoczeniem – największą wyrwę w moim sercu pozostawił Andrzej Wajda. Pozostawił nasz kraj bez człowieka, który tak jak on, uczyłby życia, kto wyznaczałby pewne standardy.

A jeśli już o standardach mowa – te uległy zmianie. Cały rok stroniłam jak mogłam od politycznych komentarzy w moich tekstach, ale trudno opowiedzieć o moim roku bez tego. Mój rok minął również pod znakiem bólu serca, z powodu upadku mojego wyobrażenia o sztuce, jako czymś w pewnym przynajmniej stopniu niezależnym od politycznych rozgrywek. Tymczasem mamy końcówkę grudnia i od dziewięciu miesięcy polska telewizja jest uboższa o ikonę dziennikarstwa filmowego Grażynę Torbicką oraz jej kultowe Kocham kino, ukochana radiowa Trójka stała się trudna do zniesienia i od całkowitego bojkotu powstrzymuje mnie już coraz mniej nazwisk, Teatr Polski we Wrocławiu – już nie skłania do uprawiania turystyki teatralnej w rejony Dolnego Śląska, bo z dnia na dzień pozbywa się ludzi, dla którego warto było przemierzyć nawet setki kilometrów. Całe środowisko ludzi kultury drży na myśl o tym, co będzie dalej i w kogo zostaną wymierzone kolejne ciosy. Ciosy tym boleśniejsze, że nie załużone i niezgodne z oczekiwaniami ludzi takich jak ja – nie tworzących sztuki, ale kontaktu z nią łaknących. To jednak niezwykła lekcja solidarności i budowanie przekonania, że los artystów nie jest ludziom obojętny.

Dlatego na kolejny rok życzę sobie bardzo, by pojawił się głos rozsądku, który zakończy ten festiwal absurdu i politycznego rozpasania. Żeby wartości, które budują mój świat i które powinny budować świat pokolenia, które wchodzi teraz w dorosłość, nie zdołały upaść na dobre. A w to, że świat kultury przyniesie mi wiele dobrego – nigdy nie wątpiłam i nie zwątpię. Byle tylko okoliczności pozwoliły na rozwój w zdrowej i wolnej od ingerencji osób trzecich atmosferze.

Justyna Potasiak

Nieustannie zatopiona w planach kulturalno-wyjazdowych. Kulturę najchętniej pochłania w bezpośrednim kontakcie z twórcami, bo kontakt z żywym człowiekiem, z emocjami „tu i teraz” uważa za najwyższą wartość.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany