Nils Frahm, Wes Anderson i gorąca czekolada – Trzy razy zima

Z zimą od zawsze mamy się na bakier. Bywa, że ją kocham, są momenty, gdy szczerze jej nie znoszę. Czas do końca roku upływa mi pod znakiem przygotowywania prezentów, wypieków, oglądania świątecznych filmów i spędzania czasu z bliskimi. Zimowe miesiące nowego roku spędzam z kolei na odliczaniu dni do wiosny.

Nie będę jednak narzekać, że dni są za krótkie, że marznę i, że zima w mieście to nie zima, a jedynie zmaganie się z chlapą i solą na zdewastowanym obuwiu. Ta pora roku zdecydowanie ma swoje plusy. Ostatnio zwróciłam uwagę, że to właśnie wtedy, kiedy za oknem widzę najmniej perspektyw, najbardziej staram się, by umilić sobie życie. Celebruję codzienność, z dbałością organizuję przestrzeń wokół siebie. Być może to materialistyczne podejście, ale zapachowe świeczki i woski, domowa gorąca czekolada w pięknym kubku i ciepłe swetry zdecydowanie potrafią zrobić mi dzień, a nawet całą zimę.

Wstawanie rano w całkowitej ciemności nie należy do najprzyjemniejszych, jednak po wyjściu z domu zaczyna mieć swoje plusy. Uwielbiam uśpione miasta, puste ulice, pojawiających się z rzadka ludzi, którzy gdzieś się śpieszą lub leniwie czekają w kolejce po pieczywo. Jeśli jeszcze uda się trafić na mróz i śnieg, zimowe poranki mają jeszcze więcej magii. Przez trzy lata liceum wczesnym rankiem jeździłam autobusem do szkoły, nie wykorzystywałam jednak tych 25 minut na szybką drzemkę, a zakładałam słuchawki na uszy i odpływałam w tym ciemnym autobusie przemierzającym puste, zmrożone ulice. Wbrew pozorom nie wybierałam niczego, co mnie rozbudzi i doda sił na resztę dnia. Zimą najchętniej sięgam po muzykę instrumentalną, czasem nawet klasyczną, która najpiękniej wybrzmiewa w tej bieli i mrozie. Zimą w drodze do szkoły najchętniej słuchałam Sigur Rós, jednak w ostatnim czasie moim zimowym soundtrackiem na długie, ciemne poranki stały się EP-ki Nilsa Frahma ­– instrumentalisty i kompozytora tworzącego ambientowy gatunek nazywany modern classical. Nic dziwnego, że to właśnie w tych dźwiękach znajduję odbicie zimowego nastroju. Jeden z albumów artysty nosi nazwę Wintermusik. Kompozycje Frahma są nieśpieszne, rozłożone w czasie, intymne i bardzo melancholijne. Obiecuję jednak, że przy nich nie zaśniecie, a zimowy spacer o poranku nabierze jeszcze więcej czaru.

W grudniu najchętniej oglądałabym wyłącznie filmy świąteczne. Mój tegoroczny kalendarz adwentowy składa się zresztą z takich filmów i i odcinków seriali. Nie chciałabym jednak proponować tytułu, który prawdopodobnie każdy ma w swoim repertuarze tego miesiąca. To, co pojawia się na moim ekranie równie często, to filmowe baśnie. Jeśli nie jest to sprawdzony Disney, sięgam bo bajkowe obrazy dla starszych widzów. Niezmiennie nie zawodzi mnie Grand Budapest Hotel Wesa Andersona. Świat kreowany przez reżysera jest nieco naiwny, przerysowany i daleki od rzeczywistości. Złożona narracja, plastyczne obrazy, wysmakowana scenografia i kostiumy oraz piękna muzyka Alexandra Desplata to znaki rozpoznawcze filmów Andersona. W Grand Budapest Hotel ekscentryczny w swoim oldschoolowym stylu reżyser przedstawia historię lat świetności położonego u podnóża gór tytułowego hotelu, jego mieszkańców i pracowników. To pełna zwrotów akcji, zabawna opowieść, która nie tylko stanowi rozrywkę, ale i cieszy oko pastelowym światem górskiej krainy.

źródło: Tumblr
źródło: Tumblr

Długie, ciemne wieczory z Wesem czy też Love Actually umilam sobie wspomnianymi już świeczkami i woskami zapachowymi, jeszcze milej staje się w momencie, gdy aromaty dochodzą z rozgrzanego kubka, pełnego gorącej czekolady domowej roboty. To naprawdę banalny przepis, który można zmieniać w zależności od upodobań – szczyptą chili, solą morską, cynamonem, gwiazdkami anyżu, laską wanilii… Mój bazowy przepis to 200 ml tłustego mleka kokosowego (lub 100 ml krowiego i 100 ml śmietanki 30%), ½ tabliczki gorzkiej czekolady i uczciwa łyżka miodu lub innego słodzika. Całość doprowadzam do wrzenia, doprawiam wybranymi dodatkami et voila!

źródło: Tumblr
źródło: Tumblr

 

Kasia Siewko

Zakochana w Katowicach i brzydkiej architekturze. Zapytana o ulubioną poetkę od wielu lat odpowiada- Poświatowska.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany