Miłość, sanki i rock’n’roll – Trzy razy zima

Zima nigdy nie należała do moich ulubionych pór roku. No dobrze, może kiedy miałam kilka lat całkiem ją lubiłam; w końcu potrafiłam wtedy spędzać z siostrą całe godziny na budowaniu igloo z zasp śnieżnych zrobionych przez pług i zalegających na chodniku przy naszej ulicy. Jednak już w wieku kilkunastu lat zorientowałam się, że mróz to coś, za czym nie przepadam. Czuję się jak ryba w wodzie, gdy temperatura osiąga wartość co najmniej 25 stopni (zasadniczo im więcej, tym lepiej!). Co roku z utęsknieniem czekam na zmianę czasu na letni – ciemne popołudnia powodują u mnie dreszcze. Tym bardziej byłam mocno zaskoczona, gdy pierwszy tegoroczny śnieg wcale nie sprawił, że zaczęłam skreślać dni w kalendarzu, odliczając do wiosny. Prawdę mówiąc, obserwując wielkie, białe płatki lecące z nieba, poczułam nawet coś w rodzaju radości. Pierwszy raz od dziesięciu lat! Może jednak do polubienia zimy człowiek musi dojrzeć?

a654678a8efb469c5b2192e3063c82db
źródło: pinterest.com

Jako że pierwszy śnieg zadziałał na mnie tak pozytywnie, nie mogłam powstrzymać się przed obejrzeniem pewnego szlagieru, który nieodzownie kojarzy mi się z zimową aurą i świętami. W tym roku prawdopodobnie pobiłam własny rekord, oglądając go jeszcze w listopadzie. Mowa o filmie To właśnie miłość. Zna go prawdopodobnie każdy, a pewnie równie wiele osób lubi go tak jak ja. Paradoksalnie, wcale nie jestem fanką komedii romantycznych! Jednak przyznam, że od czasu do czasu lubię zaszyć się pod kocem i obejrzeć typowe oglądadło – takie, które nie wymaga szczególnego skupienia i bywa śmieszne. To właśnie miłość spełnia powyższe warunki. A gdy do wspomnianego koca dodać gorącą herbatę lub kakao i śnieg cichutko padający za oknem… Robi się naprawdę miło!

love-actually
źródło: pinterest.com

Pamiętam, że w dzieciństwie co roku tworzyłyśmy z siostrą ozdoby choinkowe. Najczęściej były to łańcuchy – najprostsza forma świątecznej sztuki dostępna dla kilkuletnich dzieci. Chociaż z perspektywy czasu widzę, że do perfekcji wiele im brakowało, klejenie kolorowych pasków papieru sprawiało nam ogrom frajdy. Pracy przeważnie towarzyszyła płyta z kolędami, której rzewnie wtórowałyśmy, tnąc kolejne fragmenty łańcucha.
Do tego twórczego zwyczaju wróciłam dwa lata temu, gdy mieszkałam jeszcze w mieszkaniu z grupą przyjaciół. Kleiliśmy łańcuchy z ogromnym zaangażowaniem, a wtórowała temu zawsze jakaś świąteczna playlista. Wtedy właśnie jedną z moich ulubionych stała się płyta zespołu The Baseballs – Good Ol’ Christmas. Od dawna jestem fanką tych iście rock’n’rollowych chłopaków, więc byłam tym bardziej zachwycona, gdy okazało się, że wydali oni płytę świąteczną w podobnym, energetycznym klimacie. Z całego serca mogę polecić ją miłośnikom brzmień z dawnych lat – na pewno nie będziecie zawiedzeni. A prace twórczo-choinkowe przy takiej muzyce będą szły dwa razy szybciej i przyjemniej!

 

W czasach, kiedy jeszcze lubiłam zimę, byłam prawdziwą miłośniczką sanek. W rodzinnym mieście nie brakowało różnej maści górek, więc w tym sporcie stałam się prawdziwym zawodowcem! Z nieukrywaną radością odkryłam więc w zeszłym roku, w jednym z krakowskich parków, ogromną górkę. Długie, strome zbocze, wyślizgane do granic możliwości przez osiedlowe dzieciaki. Nie mogłam odpuścić! Z koleżanką zaopatrzyłyśmy się z reklamówki wypchane kartonami i dzielnie dzierżąc je w dłoniach, poszłyśmy na parkową górkę zawyżać średnią wieku, która wcześniej wynosiła jakieś sześć lat. Gdy po kilku godzinach, zmarznięte i ze śniegiem za kołnierzami, wróciłyśmy do domu, wzięła nas wielka ochota na coś pysznego i rozgrzewającego. Wybór padł na najprostszą zimową przekąskę na świecie – zapiekane gruszki. Wystarczy wziąć kilka owoców (ich ilość zależy tylko i wyłącznie od ochoty i stopnia zmarznięcia), poprzecinać je na połówki i wydrążyć twarde środki. Nie trzeba ich obierać – w końcu pod skórką jest najwięcej witamin, których w zimie definitywnie potrzebujemy! Do wgłębień powstałych po wycięciu środków wsadzamy po kostce czekolady. Całość możemy doprawić wedle uznania – można na przykład posypać gruszki po wierzchu cynamonem, przyprawą korzenną lub polać miodem. Połówki owoców układamy na głębszej blaszce i na dno wlewamy troszkę wody. Dzięki temu skórka nie przywrze do dna blachy, a gruszki delikatnie się podduszą, dzięki czemu będą miękkie. Wkładamy do piekarnika na kilka minut – dokładnie na tyle, by owoce się nie spaliły, a czekolada zdążyła się przyjemnie rozpuścić. Należy jeść póki ciepłe, popijając herbatą z goździkami i pomarańczą.

baked-pears
źródło: pinterest.com
Magda Futyma

Trochę przeraża ją bezczynność. Autostopowiczka, fanka gór i długich poranków.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany