Z cyklu: Niewyreżyserowane rozmowy. Rozmowa z Michałem Siegoczyńskim

Ten teatr trzeba po prostu zobaczyć, dać się oszołomić sztuką i na nowo poznać znane nam społeczne schematy. Ja po wyjściu ze spektaklu Dom Lalki, grany w Teatrze Nowym w Poznaniu, na długo zaniemówiłam… To teatr, który porusza, daje do myślenia, uczy.

Dominika: Co Cię przeraża w teatrze?

Michał Siegoczyński: Bardziej przeraża mnie to, co się dzieje wokół teatru, jak się próbuje dorysowywać mu tzw. gębę lub doprawiać jakąś formę, która ma być obowiązująca. Dotyczy to całej sztuki, która w naszej rzeczywistości często spełnia rolę rozrywki i bardzo dobrze, że taką rolę także spełnia. Pewnie też po to jest, ale czasem zapomina się o tym, że największym zwycięstwem teatru i właśnie sztuki, jest to, że udaje się jej przyciągnąć ludzi na coś bardziej ambitnego, dającego do myślenia. I taką sztukę zrobić jest bardzo trudno i ona powinna być najbardziej doceniana i wspomagana. To jest takie ziarno, które wyrasta bardzo długo po tym, jak zostanie zasiane i też nie w taki oczywisty sposób zero jedynkowy. Czasem mam wrażenie, że ludzie, którzy się tym zajmują nie są wystarczająco wyczuleni na to jak bardzo to jest istotne.

Myślisz, że teatr może też być taką formą terapii dla społeczeństwa, pokazując ich wady, przywary w trochę jakby krzywym zwierciadle, przerysowane, ale też bardzo na czasie społeczne procesy?

Cała sztuka jest taką terapią, teatr też jest takim miejscem, gdzie można przepracowywać różne rzeczy. Obecność sztuki w świecie jest wynikiem takiej potrzeby, potrzeby oswajania tematów dla nas trudnych. Poczynając od sztandarowych tematów, takich jak śmierć, przemoc, wszystkie tematy traum, trudnych rzeczy, tzw. ciemna strona, ale też i miłość, które spotykają człowieka w jego prywatnym życiu czy w funkcjonowaniu społeczeństwa. Scena teatralna jest miejscem, gdzie można się bardzo dobrze temu przyjrzeć.

Powracając do tego przerażenia, to uważam, że ograniczenie pojawia się już na poziomie edukacji, żeby zderzać się z czymś co nie jest takie stricte oczywiste tylko, że po prostu każda sztuka, wokół której może się toczyć jakaś dyskusja, jest rozwojowa dla ludzi. Selekcjonowanie sztuki dla młodzieży czy dorosłych jest zbyteczne. Celem sztuki jest wywołanie dyskusji, zachęcenie do szukania własnej interpretacji, samodzielnego myślenia, a nie zamykanie jej w gotowych formułkach.

I chyba dobrym przykładem będzie Dom lalki, który uznany jest jako klasyka, a Ty zrobiłeś z tego talk show, zresztą bardzo udany… Wprowadziłeś kamerę na scenę, wchodząc pomiędzy rodzinne życie. Czy to jest też ten zabieg starcia granic i klasyfikacji sztuki; zwrócenie uwagi na nurtujące nas tematy społeczne?

Wiesz, gdzieś to chyba tak jest, ale u mnie nie jest to decyzja aż tak wyrafinowana. Robię teatr, który jest mi bliski i elementy, które wymieniłeś, fascynują mnie i definiują, pokazują to, jak ja przeżywam spotkanie z klasyką, jak ją przerabiam i nie jest to jakieś założenie, żeby komuś to przybliżać bardziej lub mniej. Współczesne elementy są częścią mojego teatru i mojej wizji. Kiedyś miałem łatkę reżysera pokoleniowego, obiecującego młodą widownię, ale też wtedy zaskakiwała mnie starsza widownia, z którą spotykałem się po spektaklach, którym się moja twórczość podobała.

Dom lalki jest dla mnie bardzo poruszającym spektaklem, wychodząc widz zamiera, nie wie co powiedzieć, bardzo długo po spektaklu jeszcze to przeżywa. Do tego piosenka Wicked game, którą śpiewa Ania Mierzwa, ta piosenka jest chyba taką kropką nad i, podsumowaniem całości spektaklu.

Jak się już jest długo w jakimś projekcie i długo się nad nim pracuje, to pewne intuicje, czasem nie do końca wydają się przemyślane, choć potem układają się w spójna całość. I chyba tutaj jest tak, że okazało się, że w jakiś sposób ten utwór to domyka. Na pewno nie było to przypadkowe, ale też jest w tym pewien rodzaj intuicji. Tam jest też temat zaczerpnięty od Ibsena, którego sztuka wywoływała podobno nawet bójki w teatrze, kiedy społeczeństwo jeszcze przed emancypacją kobiet nie potrafiło w ogóle przyjąć tego zakończenia, które u niego było, że Nora może opuścić rodzinę i mieć jakiś własny indywidualny gest.

Teraz kiedy żyjemy w czasach, gdzie te drzwi zostały już dawno wyważone,interesowało mnie pokazanie tego, że może i one są wyważone ale jednak dalej istnieją – niewidzialne. W naszym spektaklu Nora zaczyna od tej wolności, a kończy tak, że jest naprawdę zniewolona. Czyli odwrotnie jak u Ibsena. To tak jakby niewolnik nie umiał korzystać z otrzymanej wolności.

Jej śmierć na scenie to symbol, że nie z każdej sytuacji jest wyjście czy wręcz odwrotnie? Czy może pokazuje to, że czasem ciężko nam jest z czegoś zrezygnować i uciekamy się do najbardziej drastycznych środków?

W tej sytuacji, która ją spotyka, w naszym spektaklu i osaczeniu jest to gest jej wolności i właśnie wolności sztuki/twórcy, który może w niej dalej funkcjonować. Kiedyś często sztuka była właśnie taką płaszczyzną, w której funkcjonowało się poza podziałami, różne grupy wykluczone były w niej traktowane z większym równouprawnieniem. I tutaj też tak może to być interpretowane, chociaż bardziej mi chodziło o pokazanie tego, że w zderzeniu z maszyną show-biznesu, czy jakiegoś układu/firmy/umów i zaprzedania się po prostu, ta jednostka przegrywa.

Pozostając jeszcze przy Teatrze Nowym  w Poznaniu, porozmawiajmy o Elvisie. W Twoim spektaklu mamy kilku Elvisów, tak jak historii i legend o Królu. Pokazujesz, że prawda nie jest jednoznaczna.

Tu nawet trochę chodziło o to, że każdy ma swojego Elvisa, to jest ten mit, który odrywa się od zdarzenia i zaczyna żyć własnym życiem, nabierając znamion mitologicznych, które są oderwane od pierwowzoru i każdy już na własną potrzebę wyrabia sobie tę historię.

W spektaklu pokazujesz starcie Elvisa z Morrison czy Lennonem, a później  nawet Jacksonem… Czy zatem król może być jeden?

Ja to trochę traktowałem na zasadzie mitologii greckiej, gdzie jest jeden główny bóg – Zeus, w tym przypadku jest nim Elvis, który jest zazdrosny o wszystkich, którzy w jakiś sposób mu zabierają tą popularność i gdzieś to miało umocowanie w rzeczywistości i życiorysie Elvisa. On jest taki ludzki od tej strony i przeżywa wszystko to, co dzieje się dookoła. I u Elvisa jest tak, że kiedy zaczyna tracić swój czar, tę atrakcyjność sceniczną, bo już nie może uwodzić publiczności i siebie samego, to w jego przypadku wiążę się to automatycznie z jego śmiercią.

Konkurencja była największym sprzymierzeńcem, przyczyniającym się do jego końca?

Rodzaj uwiedzenia marzeniem i życia w bańce, gdzieś na styku uniesienia na scenie, potrzeby tego uwielbienia z jednej strony i totalne zaniedbanie prywatnego życia, na którym można budować jakąś stabilność z drugiej. On tego nie miał w pewnym momencie. Korzystał z tego, co daje mu sława, że ma dużo rzeczy do wyboru i że może wiele iluzji sobie tworzyć, ale w pewnym momencie – raz, że to już tak nie smakuje, a dwa okazuje się, że nie ma nic stałego i jego życie legło w gruzach. Jego miłość do Priscilli, którą utracił – okazuje się, że mógł do niej nawet wrócić, tylko on już był w innym miejscu. W jego przypadku chodziło o to, żeby cofnąć czas i jakoś inaczej pokierować własnym życiem, ale powrót do tej samej kobiety po latach nie dawał już mu możliwości zbudowania tego, czego do tej pory nie zbudował. Konkluzja jest taka – upraszczając dosyć sprawę – to wszystko, co wiąże się ze sławą, to wszystko czego zwykli ludzie nie posiadają, a zazdroszczą tego gwiazdom, jest nasycone potwornym smutkiem, pustką i brakiem szczęścia. I to było dla mnie tematem przewodnim spektaklu. To rozczarowanie, jakie niesie ze sobą spełnienie tego marzenia.

Obserwując Twoją twórczość, śmiało można powiedzieć, że tworzysz spektakle niemal kultowe, przykładem na to jest Taśma… Ponad 10 lat na scenie, nieczęsto to się zdarza. Co jest jej fenomenem?

O tym decydują różne czynniki, oczywiście to jest miłe, gdy spektakl jest długo grany. Ja też lubię bywać na wznowieniach i reagować na rzeczy, które dzieją się wśród aktorów, w delikatny sposób zmieniać i rozwijać spektakl, nawet nie po to, aby on był lepszy, ale po to, żeby po takim długim czasie grania działał podobnie. Czasem trzeba różne elementy zmienić. Czasem jest to wpływ miejsca, w którym się pracuje i wielu innych czynników, które są często niezależne od samego spektaklu. Więc fajnie jeśli się tak uda, że spektakl jest długo grany.

Pamiętam jak kiedyś mówiłeś, że Taśma dojrzewała wraz z aktorami, że cały czas ta ewolucja trwa również w postaciach.

Tak, tam głównie chodzi o to, że postaci spotykają się po 10 latach liceum; tutaj już to urosło do rangi 20 lat po, więc inaczej rozkładają się akcenty i jakby to trochę zaczyna być o czymś innym. Podobnie też jest w Domu Lalki. W ogóle jak się gra dłużej spektakl to jest bardzo ciekawe, np. w Taśmie mamy tą tytułową taśmę, my to graliśmy jeszcze jak były taśmy z naszej polityki lub te nagrywane gdzieś na świecie, które później wyciekły. W tych konkretnych kontekstach zmieniała się reakcja widowni. Też temat sytuacji kobiet w męskim świecie, który tutaj został bardzo kameralnie rozegrany, ale w tej kameralności odbijają się procesy społeczne, szersze, dotyczące traktowania kobiet. Czasem namacalnie można odczuć jak sytuacja polityczna, zmieniające się konteksty wpływają na odbiór przez widownię poszczególnych scen, kształtują spektakl, wzmacniają niektóre wątki. I ciekawe jest też to, że teatr jest taki doraźny, że dotyczy najbliższego otoczenia z życia ludzi, którzy do niego przychodzą.

Poza działalnością reżyserską, piszesz też własne dramaty, ostatnio dostałeś nagrodę w projekcie Teatroteki. Dostałeś wyróżnienie za dramat Fragmentacja – czy też doczeka się swojej adaptacji?

Tak się złożyło, że zostałem zaproszony do udziału w tym konkursie i jest to chyba mój pierwszy tekst, który był pisany nie bezpośrednio do spektaklu. Do tej pory każdy mój tekst był  pisany do konkretnej realizacji, pod konkretny projekt, który kończył się premierą w teatrze. Tutaj pierwszy raz pisałem tekst na konkurs, ale dzięki temu wyróżnieniu są takie plany, że może Teatroteka będzie realizowała ten spektakl w teatrze telewizji.

Słyszałam o Twoim nowym projekcie Hollywood, który też jest bliski tematyki popkultury.

Ten temat faktycznie często u mnie wraca. W Hollywood chce się przyjrzeć marzycielowi, który zasiada w ciemnej sali i ogląda jakiś świat i nie jest tylko tym, który smakuje sztukę, dla którego sztuka stanowi uzupełnienie jego życia w ramach rozrywki czy chęci przeżycia, znalezienia empatii, tylko występuje w nim takie marzenie, żeby stworzyć rzeczywistość, kreować ją, być osobą, która wyrusza na podbój tej krainy marzeń. I dla mnie ciekawe jest, że spełnienie tego marzenia, czy zaistnienie w tym świecie, nie jest  żadnym gwarantem realizacji tak naprawdę. Przykładem na to jest świetny aktor Philip Seymour Hoffman, który ostatnio w bardzo dojrzałym wieku przedawkował narkotyki, a był wybitnym aktorem. Może oznacza to, że realizacja tego marzenia nie daje wystarczającej siły na uporządkowanie swojego życia, a czasem jest nawet przyczyną zwielokrotnienia tego zagubienia, próbą, w której wrażliwi ludzie nie wytrzymują.

Obok marzenia w spektaklu Hollywood  jest też historia, opowiadanie jej. Kino to opowiadanie historii, najkrócej rzecz ujmując. Próba dowiedzenia, co było pierwsze: język mówiony, słowo czy opowieść. Osobiście myślę, że powstawały w podobnym czasie i to jest też to, że my lubimy przejmować władzę nad opowieścią, to nam daje iluzję kontroli. Jeśli mówimy o kinie, to średnio – załóżmy – trzy razy w tygodniu przy dwugodzinnym filmie możemy zobaczyć jakiś fragment rzeczywistości, czasem nawet całe życie, śmierć to swoiste oswajanie tych tematów. Przenikanie do tematów tabu i karmienia tego potwora lęków, żeby choć na chwilę się nasycił, odpuścił i nie nękał nas.

Interesuje mnie też zjawisko prawdy opowieściowej, jej subiektywizm. Różne historie będą się ze sobą mieszały, multiplikowały znaczenia, zwroty akcji, odsłanianie różnych dodatkowych wartości, które każą na nowo interpretować daną sytuację. Kto ma opowieść, ten ma władzę;  kto opowiada daną historię, ten ma nad nią władzę, może wszystko z nią zrobić. Przedstawić swoją jedyną słuszną wersję. Podobnie jak we współczesnym świecie, władza wiążę się z chęcią własnej narracji historycznej, kontroli opowieści, tak też będzie w Hollywood. Tyle, że  w bardziej indywidualnym wymiarze.

 

Hollywood – premiera 30.12.2016 Teatr WARSawy,

Spektakl repertuarowo pojawi się w lutym (w styczniu teatr jest zamknięty).

 

BIO:

Michał Siegoczyński – polski reżyser teatralny, znany z takich spektakli jak: Jak zjadłem psa, (Teatr im. Heleny Modrzejewskiej), Uwaga – złe psy (Teatr Wytwórnia), Taśma (Teatr WARSawy), Dom Lalki  oraz Elvis (Teatr Nowy w Poznaniu). Za swoje spektakle kilkakrotnie został nagradzany.

Zdjęcie wyróżniające to własność M. Siegoczyńskiego.

Dominika Janiak

Kieruje się zasadą: masz mało czasu, to znajdź dodatkowe zajęcie. Nie potrafi chodzić wolno, kocha teatr, kino i podróże. Bez muzyki nie umie żyć. Gotuje, pisze, biega i robi szaliki.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany