Seriale z dawnych lat: Alternatywy 4

Justyna P.: Alternatywy 4 to serial, do którego mam szczególną słabość z co najmniej dwóch powodów, ale wystarczy, że wymienię tylko jeden z nich: Stanisław Bareja. Drugi brzmiałby wówczas: poczucie humoru, ale to jak wiadomo wpisuje się w twórczość i geniusz samego Barei. Serial ten pokazuje czasy, w których nie było dane mi żyć, w wymarzony wręcz sposób – satyryczny, prześmiewczy, ale przy tym niezwykle inteligentny i przemyślany.

Ulica Marii Grzegorzewskiej 3, serialowa ulica Alternatywy 4, fot. Łukasz Lissowski
Ulica Marii Grzegorzewskiej 3 na warszawskim Ursynowie, czyli serialowa ulica Alternatywy 4, fot. Łukasz Lissowski

Justyna B.:  O tak! Kiedy słyszę nazwisko Bareja, od razu przypomina mi się plejada najlepszych polskich filmów komediowych. Żona dla Australijczyka, Poszukiwany, poszukiwana, Nie ma róży bez ognia, Niespotykanie spokojny człowiek, Brunet wieczorową porą, Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz i Miś. Są to tytuły znane mi z dzieciństwa, często oglądane przez moich rodziców. Ja sama jestem ich fanką, choć kiedy je oglądałam miałam zaledwie kilkanaście lat. Nie wspominam już nawet o moich dwóch ukochanych (poza Belfrem!) polskich serialach – Alternatywy 4 i Zmiennicy.

Mnie również podoba się sposób przedstawienia czasów, które znam jedynie z opowieści rodziców. W sumie jest to pierwsze źródło mojej wiedzy o PRL-u, które poznałam jeszcze przed podręcznikami do historii. Wszelkie absurdalne sytuacje przedstawione w tym serialu bawiły mnie już kiedy miałam kilka lat. Później udało mi się obejrzeć ten serial po raz kolejny, gdy byłam nastolatką i teraz też potrafi mnie rozbawić.

Justyna P.: Dokładnie, zaletą jest to, że serial ten jest – właśnie przez zawarty w nim humor – prosty w odbiorze i w przystępny sposób przemyca cenne informacje, dotyczące tego, jak wyglądało życie ludzi w PRL-u. Tak naprawdę cały system kolejkowy i kartkowy, zrozumiałam właśnie dzięki bohaterom Alternatywy 4. Z czasem serial ten pozwolił mi także zrozumieć wszechobecny absurd tamtejszej biurokracji oraz fakt, że znajomości oraz coś, co dziś nazwalibyśmy karalnym łapówkarstwem, w tamtym czasach miały normalną rację bytu i pozwalały na załatwienie wielu spraw. Mam w pamięci scenę z odcinka pierwszego, gdy jeden z przyszłych mieszkańców wręcza majstrowi budującemu blok pieniądze, mówiąc by się postarał jak dla siebie albo dla cudzoziemca. Nie muszę już chyba wspominać, że ten po takim wynagrodzeniu, zaprzestał wylegiwać się pod blokiem i zarządził poprawki w mieszkaniu wspomnianego wcześniej lokatora. To jedne z wielu drobiazgów, stanowiące z kolei przykrą refleksję, dotyczącą mentalności ówczesnego społeczeństwa.

Mural na warszawskim Ursynowie, przedstawiający Stanisława Anioła, fot. Adam Stępień
Mural na warszawskim Ursynowie, przedstawiający Stanisława Anioła, fot. Adam Stępień

Justyna B.: Wydaje mi się, że świetnie pokazywał charakterystykę danych grup społecznych. Z wszelkimi jej zaletami (choć tych było niewiele) i przywarami. Dostało się każdemu, a w szczególności opiekunowi domu – Stanisławowi Aniołowi – jednemu z przedstawicieli ówczesnej władzy.

Justyna P.: Nie ulega wątpliwościom, że gospodarz stanowi tu najbardziej absurdalną postać. Jest on osobą, która swoją porażkę życiową, czyli zdegradowanie do bycia – jak to się zwykło mówić w tamtych czasach – cieciem, czyli zwykłym dozorcą, próbował przekuć w sukces. Wymyślił siebie i był w tym na tyle przekonujący, że mieszkańcy godzili się bez słowa na bardzo wiele, dając się zastraszać i manipulować. Wymyślił utwór, jak to zwykło bywać u Barei, bardzo ironiczny: Nad wszystkim czuwa gospodarz domu, nie da on krzywdy zrobić nikomu. Zawsze pomoże o każdej porze. O, mój Boże!. Wykonywali nawet przez pewien czas obowiązki, które należały do obowiązków dozorcy, naprawdę późno i w dużej konspiracji decydując się na bunt względem systemu, wymyślonego przez Anioła.

Zofia Balcerek (Zofia Czerwińska) i Józef Balcerek (Witold Pyrkosz) źródło: East News/POLFILM
Zofia Balcerek (Zofia Czerwińska) i Józef Balcerek (Witold Pyrkosz) źródło: East News/POLFILM

Justyna B.: Moją ulubioną rodziną była rodzina Balcerków, którzy jako jedyni nie chcieli się przeprowadzić do nowych bloków na Ursynowie. Jedna z moich ulubionych scen – kiedy komisja eksmisyjna przychodzi do ich mieszkania (rudery) i namawia ich wszelkimi sposobami, aby przenieśli się na Alternatywy 4. Rodzina broni się jak może, jednak ostatecznie przenosi się, wraz z całym stadem gołębi. Józef Balcerek to drobny przestępca z zasadami, człowiek, który potrafi załatwić dosłownie wszystko, jednak nigdy nie zrobi włamu we własnym domu. Jako pierwszy sprzeciwia się dozorcy i podburza resztę sąsiadów. W tej roli doskonały Witold Pyrkosz.

Justyna P.: To niezwykła umiejętność Barei, który opowiadając przecież o zwykłej, szarej rzeczywistości, niczym nie wyróżniających się ludzi, zamieszkujących jeden z typowych, PRL-owskich bloków, wyłuskał to, co najciekawsze, tworząc dzieło, które podbija serca nie tylko ludzi, którzy tego doświadczyli, ale też – jak to jest w naszym przypadku – znacznie młodszych pokoleń. Ten niezwykły przekrój społeczny i charakterologiczny to kolejna lekcja o polskiej mentalności, którą można zobaczyć z wielu skrajnie różnych perspektyw.
Mnie bardzo trudno jest wskazać którą z rodzin polubiłam najbardziej, właśnie przez to, że każda była zupełnie inna. Jednak bardzo zapadła mi w pamięci Elżbieta Kolińska-Kubiak, czyli śpiewaczka. Niezwykle ekscentryczna, wrażliwa, bardzo apodyktyczna względem swojego męża. Przez swoje emocjonalne rozedrganie oraz nieustającą potrzebę prób była najbardziej nieprzystosowana do życia wśród tak innych od niej ludzi i najbardziej się spośród nich wyróżniała. Z drugiej strony cała jej kreacja była bardzo pozorna, sama przyznawała, że potrzebuje wsparcia i odpowiednich warunków do ćwiczeń, bo publiczność wymaga od niej więcej niż pd Sipińskiej czy estradowej Rodowicz. W rzeczywistości jednak występowała w takich miejscowościach jak Serock czy Kobyłki. Postać ta wybitnie wykreowana przez Halinę Kowalską.

Zygmunt Kotek (Kazimierz Kaczor) i Zdzisław Kołek (Jerzy Kryszak), źródło: East News/POLFILM
Zygmunt Kotek (Kazimierz Kaczor) i Zdzisław Kołek (Jerzy Kryszak), źródło: East News/POLFILM

Justyna B.: Kolejnym walorem serialu są aktorzy: Roman Wilhelmi, Janusz Gajos, Wojciech Pokora, Jerzy Kryszak, Kazimierz Kaczor, Jerzy Bończak czy wspominany już przeze mnie Pyrkosz – te nazwiska zna lub chociaż kojarzy każdy Polak. W tym zestawieniu różnych charakterów zdecydowanie dopełniają się idealnie, nie chce się odrywać oczu na minutę.

Moim ulubionym odcinkiem był ostatni – Upadek. Kiedy to cała misterna mistyfikacja dobrze zarządzanego domu upada, a lokatorzy w końcu mszczą się na despotycznym Stanisławie Aniele. Motyw robota-kobiety spadającego z balkonu był strzałem w dziesiątkę! Podobał mi się sposób zakończenia całej tej farsy. Był na miarę całego serialu.

Justyna P.: W ostatnim odcinku szczególną rolę odegrała bodaj najsmutniejsza postać serialu – Dionizy Cichocki, który na przydział mieszkania czekał ponad 11 lat, ostatecznie stając się spadkobiercą mieszkania oraz posady, zajmowanej przez Stanisława Anioła. W moim odczuciu zbierał on ciosy za to, czym zawinił poprzedni gospodarz domu, co idealnie wpisuje się w kolejny gorzki wniosek, dotyczący mentalności społeczeństwa, gdzie za błędy jednego człowieka, płaci ktoś inny. Gdy tymczasem Anioł, pomimo ewidentnego niesprawdzenia się w roli dozorcy, awansował na bardziej prestiżowe stanowisko jak bumerang, wracając do życia mieszkańców bloku przy Alternatywy 4.

Jeśli natomiast mowa o ulubionych odcinkach – najbardziej utkwił mi w pamięci odcinek pierwszy, gdy poznajemy każdego z przyszłych mieszkańców Alternatywy 4, w okolicznościach, w których dowiadują się o tym, że zostało im przydzielone mieszkanie. Pokazany jest także sposób, w jaki reagują zarówno oni, jak i ich najbliższe otoczenie. To jednak dowód na to, że serial ten ma niezwykle przemyślaną kompozycję – piękne wprowadzenie, rozwinięcie doskonałe pod każdym względem oraz zakończenie, stanowiące podsumowanie wszystkich zdarzeń i pozostawiające widzów z nutą pełnych goryczy przemyśleń.

Justyna Potasiak

Nieustannie zatopiona w planach kulturalno-wyjazdowych. Kulturę najchętniej pochłania w bezpośrednim kontakcie z twórcami, bo kontakt z żywym człowiekiem, z emocjami „tu i teraz” uważa za najwyższą wartość.

1 Komentarz

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany