Czy zawsze musisz mieć wenę? Czyli o Schopenhauerze i braku słońca

Jest sobotni poranek, budzę się lekko chora, ale wyspana. Po całym tygodniu zajęć, który nie był dla mnie najlepszy. Może z powodu choroby, a może to przymusowa lektury dzieł Artura Schopenhauera, które – bądźmy szczerzy – nie napawają optymizmem, tak na mnie wpłynęła. Jesienne przesilenie nie jest dla mnie łaskawe w tym roku, a ja pytam: Dlaczego?! Jesieni, przecież tak Cię kocham, dlaczego mi to robisz?! Tak naprawdę jest jeszcze gorzej, ponieważ właśnie wczoraj przyznałam się przed sobą, że brakuje mi słońca. Pierwszy raz odkąd żyję, tęsknię za ciepłem i słonecznymi promieniami. Moje ciało domaga się witaminy D, prosi mnie o nią tak desperacko, że nie wiem jak mam mu pomóc. To dlatego, że w tym roku wystawiałam skórę na słońce więcej, niż przez ostatnie kilka lat. Chyba właśnie tak wygląda syndrom odstawienia.

Wstaję i wyglądam przez okno, szukam na próżno słońca i weny do pisania… Tylko szarość mnie otacza. Myślę, o czym dziś napisać felieton? Co jest na tyle warte uwagi, by to zapisać i puścić w świat – zbudować pomnik i dać życie wieczne w internetowym eterze? Nic nie przychodzi mi do głowy, więc postanawiam upiec tartę z jabłkami i cynamonem, żeby trochę oczyścić myśli. Nie lubię ani jabłek ani cynamonu, jednak nie mam nic innego co by się nadawało na ciasto, a wierzę, że właśnie ono będzie katalizatorem mojej utraconej weny.

Zagniatam masę i myślę o Schopenhauerze. Czy może powinna napisać o nim? O tym, że swoje pierwsze dzieło wydał w zaledwie osiemnastu egzemplarzach (choć przyznam, że chciałabym, żeby jakiekolwiek moje dzieło ktoś kupił chociaż w tylu), albo o tym, że choć nie był doceniony w swoich czasach, to ostatnio powraca do łask. Z jakiegoś niewyjaśnionego powodu stał się bohaterem internetowych memów, które całkiem niedawno biły rekordy popularności. Nadal biją, zwłaszcza teraz, kiedy gro społeczeństwa dopada jesienna depresja. Tak, w jesienne poranki nie ma nic lepszego niż kubek czarnej kawy bez cukru i przegląd najmniej pozytywnych myśli w całym Internecie. Tak się zastanawiam – czy jemu też brakowało słońca, kiedy pisał swoje rozprawy o cierpieniu? Wyobrażam sobie go, kiedy pod koniec życia spaceruje po górach ze swoim pudlem i rozmyśla w i o samotności. Widzę trochę siebie, a trochę mam nadzieję, że jeszcze będzie mi dane naczerpać energii słonecznej na całą zimę.

Ciasto (kruche) jest już w zamrażarce, a ja sięgam po ostatnią deskę ratunku – zaczynam szukać. Wpisuję w przeglądarkę frazę: nie mam weny i czekam, aż moim oczom ukażą się złote sposoby na stworzenie tekstu życia. Okazuje się, że przepisów na brak inspiracji jest mnóstwo – trzeba zmienić miejsce pisania, skupić się, napisać sobie spis rzeczy przed rozpoczęciem właściwego tekstu,  porozmawiać z samym sobą o tym, co chce się napisać. Cóż, to nie pomaga, także szukam dalej. Wszelkie porady w stylu: zawsze pisz na zapas kiedy masz wenę, wygrzeb jakiś tekst z szuflady czy wybierz temat z listy inspiracji, u mnie nie działa. Niestety nigdy nie potrafiłam pisać na zapas, chodzić wszędzie z notesem czy robić list inspiracji. Zawsze musiałam pisać wszystko tu i teraz, z tym, co aktualnie działo się w mojej głowie, w takim właśnie nastroju z jakim się obudziłam. Czasem jestem na siebie zła za ten brak systematyczności i marnowanie czasu, spędzonego nad białą taflą edytora tekstowego. Znajduję jeszcze jedną poradę – jeśli nie masz pomysłu na jeden tekst, napisz inny – brzmi to całkiem sensownie, więc zaczynam pisać o tym, że brakuje mi słońca.

Kiedy moja tarta jest już w piekarniku uświadamiam sobie, że właśnie stworzyłam całkiem przyzwoity felieton. Może nie przyzwoity, ale chociaż dostateczny. Jest on dla mnie pochwałą braku weny, opiewaniem straconych inspiracji a pieśnią na cześć braku notesu z tematami. Uwiecznieniem leniwej soboty, podczas której najważniejszą czynnością jest upieczenie ciasta, którym potem będę się dzielić z przyjaciółmi.

I tak sobie myślę, że chyba dzisiaj wyjdzie słońce.

Zdjęcie wyróżniające pochodzi ze strony Kwejk.pl

Justyna Barańska

Jest miłośniczką dobrej sztuki. W teatrze zawsze siada w drugim rzędzie.

1 Komentarz
  1. Ja od paru tygodni poza pracami na studia i dwoma albo trzema marnymi wierszami nie zdołałem nic więcej z siebie wykrztusić. Jesień to kwintesencja zła 😉

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany