A mnie jest szkoda lata… Trzy razy jesień

Jesień zdecydowanie nie należy do moich ulubionych pór roku. Doceniam dobre strony każdego czasu, więc owszem – lubię siedzieć z kubkiem gorącej kawy lub herbaty, spędzać leniwe wieczory, zajadając ciasteczka cynamonowe i oddawać się lekturze jakiejś ciekawej książki. Najbardziej lubię jednak kolory jesieni i długie spacery po parku, lesie lub łące. Wszystko jednak kończy się w momencie, gdy zaczyna się ciemność, zimność, wilgotność – moje trzy jesienne zmory. Gdy wychodzę na uczelnię w ciemnościach – i w ciemnościach z niej wracam, niekoniecznie z powodu nadmiaru zajęć, a z powodu tego, czego w jesieni nie lubię najbardziej – niemiłosiernie krótkiego dnia, wtedy nawet najmilej spędzone wieczory, które zaczynają się już koło 16, szybko zaczynają mnie irytować.

sorryb
Dwie wydane dotychczas płyty zespołu Sorry Boys – Hard Working Classes (2010) i Vulcano (2013)

Żeby się z tym uporać – serwuję sobie dawkę ulubionej muzyki. Jesień to oczywiście czas premier muzycznych, co oznacza zarówno odkrywanie nieznanych mi dotychczas wykonawców, jak i nadejście od dawna oczekiwanych nowości od tych doskonale mi znanych twórców. W tym roku nie ukrywam, że najbardziej wyczekuję na trzecią płytę zespołu Sorry Boys. Dwie poprzednie to miłość bezgraniczna, więc i tym razem z dużą ufnością i nadzieją oczekuję na efekt wielomiesięcznej pracy muzyków. Podpatrując etapy ich pracy nad krążkiem tu i ówdzie, cieszę się, że wciąż poszukują nowych inspiracji, sięgają po inne brzmienia nie tracąc jednak tego, za co ich pokochałam: wspaniałych osobowości muzycznych i niezwykłej wrażliwości na słowo i dźwięk.

Zanim to jednak nastąpi – sięgam po to, co już dobrze znam. Jak zwykle króluje u mnie gatunkowy misz-masz. Muzycznie jednak również daję wyraz temu, że tęsknię za latem. Na początku szczeciński raper Łona w utworze Kaloryfer, wyraża to, co czuję: Jak to jest, że nieoczekiwanie centralne ogrzewanie tak splata mi się z przemijaniem? Przekleństwa cedzę przez zęby, jest na co cedzić, kiedy jesień mnie nachodzi bez zapowiedzi. – w tym roku szczególnie, bo mam poczucie, jakby jesień nastała dosłownie z dnia na dzień. Jednego dnia siedziałam na plaży w Gdyni, drugiego zaś w pośpiechu wyciągałam z szafy ciepłe swetry i otwierałam pierwsze w tym roku słoiki z malinami i żurawiną, których zawartość, w połączeniu z ciepłą herbatą, ratuje mnie każdorazowo przy jesiennych przeziębieniach.

Następnie szybko przeskakuję na wieloletniego, muzycznego towarzysza moich jesiennych poranków – Bo mi zespołu Mikromusic. Z komentarzy pod tym utworem na YouTubie wywnioskowałam, że dla jednych to piosenka o kacu, dla innych o kobiecym napięciu przedmiesiączkowym, a dla jeszcze innych – o samotności. Jak widać ile ludzi, tyle interpretacji. Dla mnie od lat to typowo jesienny utwór, poruszający kilka charakterystycznych dla tej pory roku uczuć, które towarzyszą mi rokrocznie – zimnie, pustce, tęsknocie, porannej irytacji z powodu drobiazgów, które przy bardziej sprzyjającej aurze prawdopodobnie nie zrobiłyby na mnie wrażenia. Wszystko to jednak okraszone jest naprawdę przyjemną, wcale nie mroczną i nie potęgującą smutku melodią.

Kadr z filmu "Chopin. Pragnienie miłości", reż. Jerzy Antczak
Kadr z filmu „Chopin. Pragnienie miłości”, reż. Jerzy Antczak

Jeśli zaś chodzi o to, co oglądam najchętniej, to jesienią lubię wracać do filmów dobrze mi znanych. Czasem po to, by spojrzeć na nie z innej perspektywy, a czasem tylko po to, by przyjemnie spędzić wieczór. Do takich obowiązkowych pozycji filmowych ulubieńców należy film Chopin. Pragnienie miłości. Z nie do końca racjonalnych przyczyn, od wielu lat jest to jeden z moich ulubionych filmów. Kocham w nim właściwie wszystko – począwszy od samej muzyki Fryderyka Chopina, przez ujmującą grę aktorską zwłaszcza pań – Stenki i Stachury – po niezwykłą scenerię. Z całą świadomością tego, ile wybitnych filmów powstało, do tego mam po prostu ogromny sentyment i za każdym razem, gdy go oglądam, jestem jednakowo poruszona historią Fryderyka Chopina, ale także towarzyszących mu kobiet: francuskiej pisarki, słynącej z ekscentrycznego zachowania – George Sand oraz jej córki Solange Sand.

14686662_10202192777938136_699118051_n
Źródło: niebowgebie.blox.pl

Na koniec coś dla podniebienia, czyli klasyka gatunku i prostota w najcudniejszym wydaniu – ciasto drożdżowe z owocami i kruszonką. Ciasto mojego dzieciństwa, nigdy jednak nie sądziłam, że będę w stanie wykonać je samodzielnie. Zawsze z podziwem podpatrywałam moją babcię, która mozolnie ugniatała placek drożdżowy. Cały proces poprzedzający włożenie blachy gotowego do upieczenia ciasta, wydawał mi się zwykle bardzo skomplikowany, tajemniczy, niemalże magiczny. Już samo ukradkowe podpatrywanie przykrytych ściereczką i odstawionych w ciepłe miejsce drożdży z mlekiem, które z minuty na minutę rosły w misce, tworząc bardzo delikatną, tak charakterystyczną dla tego składniku piankę, wydawało mi się być nie lada rytuałem. Wszystkie rady w stylu: drożdży nie wolno sparzyć, mleko musi być ciepłe, ale nie gorące, miskę należy przykryć i broń Boże nie otwierać okien, bo drożdży nie wolno przewiać – choć dotyczyły przecież tylko procesu produkcji ciasta, tworzyły atmosferę, którą – możecie się śmiać – odczuwam nawet po latach. Oczywiście nieodłącznym składnikiem są ulubione owoce – w moim przypadku są to te, które swoim smakiem przynoszą mi jeszcze odrobinę lata – rabarbar lub wyciągnięte z zamrażalnika truskawki bądź jagody. Równie dobrze sprawdzą się tu również jabłka, które są owocem uniwersalnym i najsmaczniejszym właśnie jesienią.

Justyna Potasiak

Nieustannie zatopiona w planach kulturalno-wyjazdowych. Kulturę najchętniej pochłania w bezpośrednim kontakcie z twórcami, bo kontakt z żywym człowiekiem, z emocjami „tu i teraz” uważa za najwyższą wartość.

1 Komentarz

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany