Człowiek, którego podziwiam: Nie jestem gwiazdą, nie jestem celebrytką, jestem aktorką

Na niebie słabego, drewnianego aktorstwa, a za co tym idzie, samozwańczych aktorek, widnieje tylko kilka prawdziwych, jasnych punktów. Wybrałam jeden, który w moim odczuciu błyszczy najjaśniej.

Jak zdążyliście pewnie zauważyć – nastały dziwne czasy. Coraz częściej aktorkami nazywa się te kobiety, które pojawią się na ósmym planie słabej telenoweli czy epizodystki w paradokumentach, a nie te, które naprawdę na to zasługują. Jednakże, chwała Opatrzności za to, że miejsce na wielkie aktorki i niezapomniane role w polskim kinie wciąż jest…

Wkuleszaokół roi się od karykaturalnych twarzy kobiecych, które nie grają, a jedynie usiłują grać. Pozbawione wyrazu lica, nieruchome czoła i nierealnie gładka skóra wokół oczu, to coś, czemu ja jako widz mówię stanowcze nie. Aktorka musi być wiarygodna, a botoks w ustach to wyklucza.

Twarz to emocje, a emocje to wiarygodność. Ona to ma. Ona to Agata Kulesza. Przy okazji promocji filmu Jana Komasy Sala samobójców gościła w programie Kuby Wojewódzkiego, gdzie pojawił się wspomniany powyżej wątek karpich ust, które zamiast formować się w krzywiznę uśmiechu, nie słuchają właścicielki, pozostając w nienaturalnym, stałym grymasie. Ona mówi temu nie, bo jak sama przyznaje: Nie mogę sobie zrobić botoksu, ponieważ ja jako aktorka, przede mną jeszcze parę poważnych ról, jeżeli ja zrobię botoks, będę grała ozdobniki, czyli starsze, napompowane panie, a to mnie nie interesuje. Mnie interesują role ludzi, a normalni ludzie wyglądają tak jak ja.

Agata Kulesza mieni się całą paletą kolorów, a co za tym idzie pełnym wachlarzem emocji. Jest doskonała w dostosowywaniu się do potrzeb sytuacji i roli. Nie warto jednak mylić tego z maszyną do rozweselania i wzruszania widzów.

kulesza-2Mimo, że od kilku lat, a szczególnie od Sali Samobójców, nazwisko Kuleszy stanowi pewnego rodzaju gwarancję doskonale zagranej postaci, ona nie uważa się za gwiazdę, a nawet na słuch o takim określeniu, reaguje zdziwieniem i lekkim przerażeniem, mówi: Nie jestem gwiazdą. Nie jestem celebrytką. Jestem aktorką. I ja, za każdym razem jej wierzę.

Kiedy w jednej ze scen w Róży Smarzowskiego wyła z bólu, nie jak człowiek, a jak zabijane dzikie zwierze, chciałam wyć razem z nią, a ten dźwięk do dziś tkwi w mojej głowie. Poczułam wtedy coś, co zdarzyło mi się potem już tylko raz  (w sobotę na projekcji Wołynia). Moje ciało prężyło się, jakby uczucie przerażenia i niecodziennego smutku zadawało mu ból. Choć obiecałam sobie, że nie będę płakać (sama nie wiem skąd takie podejście), od pewnego momentu płakałam już non stop. Podczas tej sceny czułam cierpienie Róży, zapominając o moim życiu, problemach, relacjach, emocjach. Żyłam jej bólem i nadchodzącą, przeraźliwą śmiercią. Nawet teraz, gdy wystukuję te zdania przełykam ślinę z trudem i paranoicznie rozglądam się po mieszkaniu. Dla takich chwil warto chodzić do kina, a dla ról jak ta Róży Kwiatkowskiej nie wstyd płakać i gryźć paznokci w środkowym rzędzie. Róża stworzona od podstaw przez Kuleszę miała kolce, które wbijały się w widza nieustannie przez blisko sto minut filmu, ale prawdziwe emocje i chwile refleksji pojawiały się dopiero po wyjściu z sali. Do dziś się pojawiają… To zdecydowanie moja ulubiona rola Kuleszy i tak jak ona sama, traktuję ją jak coś mistycznego, coś o czym nawet trudno mówić: Róże traktuję wyjątkowo. Przez długi czas nosiłam jej fotografię w portfelu. Trzymam ją jak klejnot w pudełeczku. Ja Różę Kuleszy noszę w pamięci od pięciu lat.

kulesza-4Kiedy zaś w Sali Samobójców bezwzględnym wzrokiem rozstawiała swoich pracowników po kątach, miałam poczucie, że naprawdę może zrobić wszystko. Była jak lwica gotowa do ataku. Napięta jak struna, nie potrzebowała wiele aby się odgryźć i powiedzieć wprost co myśli. Chyba wszyscy pamiętamy doskonałą scenę, kiedy Beata Santorska ubrana w jasny sweterek mówi spode łba: Tam jest prostokąt z klamką, to są drzwi. Wyjdziesz przez te drzwi do ogródka troszeczkę sobie odetchniesz i wypierdalaj. Wypierdalaj. Słysząc to, sama miałam ochotę wyjść z pomieszczenia, a patrząc na panią psycholog graną przez Kingę Preis, chciałam krzyknąć do niej: Uciekaj! Kulesza przyznawała wielokrotnie, że rola Beaty popsuła jej charakter.

kulesza-5A Carmen Rota-Majewska w dwóch sezonach Krew z Krwi? Kobieta, która zmuszona przez los musiała stawić czoła mafii. Krucha blondynka, w kozakach na obcasie, pięknym uśmiechem i trójką dzieci przy boku, musiała zmierzyć się z bezwzględną grupą przestępców rozprowadzających heroinę. Dla dobra dzieci – zgodziła się. Kulesza stworzyła postać kobiety z pancerzem rosyjskiego czołgu, a w środku, dla najbliższych pozostała delikatna i ciepła. Czy byłaby wiarygodna z nieruchomą twarzą i napompowanymi ustami? Nie! Ona mogła biegać z pistoletem czy uderzyć bossa rosyjskiej mafii,   tylko dlatego, że cała jest emocją, a talent pozwala jej te emocje przekazywać przez ekran. Ostatecznie stworzyła majstersztyk. Gdy dopada mnie ciężki dzień albo czuję obok siebie zagrożenie myślę o Carmen… bo dzięki kreacji Kuleszy wiem, że ta kobieta przezwycięży wszystko!

Nkulesza-3ie sposób napisać o wszystkich filmowych, serialowych i teatralnych dokonaniach aktorki. Było ich mnóstwo. Od epizodów, bo jest mistrzynią drugiego planu w doskonałym tego słowa znaczeniu. Jak nikt potrafi zapisać się w pamięci widza, mówiąc jedynie trzy zdania. Przez duże serialowe kreacje jak m.in. rozczulająca Dusia z Pensjonatu Pod Różą, szalona Edytka Swoboda w Heli w Opałach, lekko dziwna Lucyna Dobrowolska w serialu Synowie, czy fenomenalna Marysia w Rodzince.pl

Poważne role to jej specjalność. Swój kunszt udowadniała od wielu lat, choć dopiero od zwycięstwa w Tańcu z Gwiazdami zostało to docenione i dano jej szansę grać naprawdę wybitne role. Przyznaję, szkatułę z jej rolami odkrywam od kilku (prawdopodobnie) pięciu, sześciu lat. Poznaję poszczególne paciorki nie po kolei, wybiórczo, aż w końcu obejrzałam wszystko, co tylko było w moim zasięgu. Prześledziłam Człowieka z..., Moje pieczone kurczaki, Co słonko widziało, Małą wielką miłość, Zamianę, Skrzydlate świnie, Ki, Pod Mocnym Aniołem, Drogówkę. Nie tak dawno mogliśmy podziwiać ją w nagrodzonej Oscarem Idzie i Moich córkach krowach, docenionej w ubiegłorocznej edycji Polskich Nagród Filmowych Orły, komedii Pani z Przedszkola oraz internetowym serialu Web Therapy, gdzie wcieliła się w komiczną psychoterapeutkę Lucynę Kole-Bojarską, która organizowała  3-minutowe sesje przez Internet. Nie zapominajmy o roli Matki Przełożonej w filmie Anne Fontaine Niewinne, w którym pokazała, że nie boi się zagrać starszej i brzydszej niż jest w rzeczywistości. Tą kreacją udowodniła, że jej twarz to narzędzie pracy, a nie płótno stworzone jedynie do wymalowania (obiektywnego) piękna. Dla mnie, jak i wielu, którzy ten film widzieli, to właśnie ta wiarygodność zapisana w bruzdach na twarzy i sińcach była piękna. Brawa za odwagę!

Sukces przyszedł do Kuleszy dość późno, ale jak sama twierdzi, jest zadowolona ze swojej drogi zawodowej. Wyboista ale uświadamiająca innym, że pasja i prawdziwy talent zawsze się obronią. Agata udowadnia, że aby być nie trzeba bywać. Jest normalną kobietą, która nie prowadzi życia rodem z Hollywood, chodzi do warzywniaka na zakupy, a na co dzień spotyka się z problemami i zjawiskami, które wytrącają ją z równowagi, jak każdego wrażliwca: Kiedy widzę pod sklepem ludzi pijących wódę, dzieci siedzące w brudzie i słuchające przekleństw. Wkurzają mnie ludzie chcący się szybko nachapać. Nie znoszę poklasku dla chamstwa, prostactwa, kultu pieniądza. Czasem myślę, że ludzie są tak zamrożeni, że nawet już nie płaczą. Kulesza świadomie rezygnuje z udziału w brokatowym, pozbawionym klasy showbiznesie, wybierając prawdziwe relacje, dbając od wielu lat o najbliższą rodzinę. Od czerwonych dywanów woli deski teatru m.in. warszawskiego Ateneum, gdzie można oglądać ją w dwóch rewelacyjnych spektaklach Marylin Mongoł i Mary Stuart. Stawia na rzemiosło i ciężką pracę, a widzowie stawiają na nią.

Słowo na poniedziałek. Jeśli dla kogoś z Was Agata Kulesza jest tak samo ważna jak dla mnie, polecam być czujnym za kilka tygodni. Szykuje się niespodzianka, ale jak to bywa, choć bardzo bym chciała, nie mogę więcej zdradzić. Ale uwierzcie mi, warto czekać!

Fot. www.zwierciadlo.pl

Milena Fringee

Kojarzę słowa w pary - żongluję nimi, na pozór karłowate, scalam w finezyjne duety

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany