41. Festiwal Filmowy w Gdyni – relacja cd.

Iga: Nie wierzę, że już jest piątek, co oznacza przedostatni dzień festiwalu. To taki banał, ale tutaj naprawdę czas płynie szybciej. Jak to bywa z wydarzeniami, które są tak cudowne, że chciałoby się zamknąć je w stopklatce. Już nawet mówić zaczynam językiem filmowym… Ale co się dziwić – dawno nie obejrzałam tylu filmów w tak krótkim czasie. W środę w końcu doczekałam się Zaćmy. Odliczałam dni do projekcji, bo (uwaga, będzie trochę tych bo): reżyserował Bugajski, zagrała Zajączkowska, zagrał Gajos i Kalita, historia prawdziwa, mająca miejsce w interesujących mnie czasach… Mogłabym długo tak wymieniać, ale powiem jedno – spodziewałam się czegoś genialnego. Tymczasem… Było ponad moje wyobrażenia! Przede wszystkim – to film, który należy do Marii Mamony, wcielającej się w główną rolę, Julii Brystygierowej. Wcześniej widziałam tę aktorkę tylko w epizodach; nawet w teatrze nie udało mi się zobaczyć żadnej jej roli. I to jest właśnie odpowiedź na pytanie, za co kocham Gdynię i tutejszy festiwal. Rok temu odkryłam tutaj Małgorzatę Zajączkowską, teraz zachwyciłam się – zresztą prywatnie przyjaciółką Zajączkowskiej – Mamoną. Trzymam kciuki, aby nagroda za pierwszoplanową rolę kobiecą powędrowała właśnie w jej ręce.

fot. Basia Rochowczyk
fot. Basia Rochowczyk

Kasia: Na półmetku festiwalu nie widzę konkurentki do nagrody aktorskiej godnej Marii Mamony. To wielkie odkrycie, wspaniała rola. Za sukcesem Zaćmy stoją po pierwsze dobrze wybrani, a po drugie rewelacyjnie prowadzeni aktorzy. Film opowiada o transformacji człowieka, jest bardzo kameralny, intymny. Miejscami przypomina teatr telewizji – oszczędny w środkach – scenografii, kostiumach, obiektach… Bezdyskusyjnie jest to jeden z lepszych filmów konkursowych, ale… czegoś mi zabrakło. Mając z tyłu głowy Przesłuchanie, Zaćma trochę straciła w moich oczach. Nie rozsypała mnie na kawałki, nie zostawiła z głową pełną pytań. Myślę, że ze względu na temat, z tym filmem jest tak, że trzeba obejrzeć go w odpowiednim momencie swojego życia.

Iga: To dokładnie to, o czym pisałam w naszym tekście o oczekiwaniach względem festiwalu. Bugajski już kilkadziesiąt lat temu postawił sobie wysoko poprzeczkę; wszyscy patrzą teraz na jego filmy z perspektywy Przesłuchania, porównują, oczekują czegoś równie genialnego. Zupełnie inaczej jest z debiutantami. Jan P. Matuszyński, reżyser Ostatniej rodziny,  jest dla mnie – bez względu na wynik – wygranym tego festiwalu. Podobnie jak scenarzysta – Robert Bolesto. A tak naprawdę wygraną jest dla mnie cała ekipa – począwszy od producentów, przez aktorów, na reżyserze kończąc. Od kilku minut siedzę przed ekranem komputera i próbuję ubrać w słowa to, co zobaczyłam dziś na ekranie. Ale z tym zawsze jest najtrudniej – bo jak ubrać w słowa emocje, nad którymi nie jest się nawet w stanie zapanować? Dosłownie trzy godziny temu widziałam wychodzących po pokazie głównym w Teatrze Muzycznym aktorów i twórców Ostatniej rodziny. Niektórzy mieli łzy w oczach. Wszyscy gratulowali, przytulali ich, wręczali kwiaty, bili brawo. To był piękny widok, wzruszający. Te emocje udzielały się wszystkich wokół; szłam ulicą i zagryzałam wargi, żeby nie płakać. Z dumy, z radości, że takie filmy powstają w Polsce.

Kasia: Jestem zdumiona tym, że tak przemyślany, dojrzały i spójny film jest debiutem. Te dotychczas widziane w Gdyni albo były bardzo autorskie (Królewicz Olch), albo w jakiś sposób były niedopracowane, z wyraźnymi mieliznami i potknięciami (Fale). Matuszyński nie sili się na kino efekciarskie. Zręcznie prowadzi aktorów, równomiernie rozkłada napięcie, wiarygodnie tworzy atmosferę na ekranie. Robert Bolesto z kolei przewrotnie przedstawia historię Beksińskich, nie wysuwając przed szereg samego malarza. Kiedy tylko ogłoszono tytuł filmu, ucieszyłam się, że twórcy postanowili poświęcić uwagę rodzinie, nie siląc się tym samym na tworzenie biografii artysty. Wszystkie konotacje rodzinne tylko dopełniają obraz poszczególnych bohaterów, dzięki czemu na ekranie obserwujemy trójkę, a nawet piątkę pełnokrwistych bohaterów familii Beksińskich. Sposób realizacji filmu zasługuje na uznanie. Beksiński skrupulatnie dokumentował swoje życie – czy to fotografując, czy nagrywając amatorską kamerą VHS. Twórcy nie pozostali obojętni wobec tego faktu, a niektóre sceny nagrywane w ten sam, charakterystyczny dla lat 90-tych sposób, choć grane przez aktorów, nabierają dokumentalnego charakteru.

Iga: Jednocześnie, co wielokrotnie podkreślał na konferencji prasowej Andrzej Seweryn – odtwórca roli Zdzisława Beksińskiego, założeniem twórców nie było stworzenie filmu stricte dokumentalnego. Bazując na licznych nagraniach i zapiskach, które pozostały po rodzinie Beksińskich (a jest ich naprawdę wiele), reżyser wraz ze scenarzystą stworzyli własną opowieść o malarzu i jego bliskich. Pamiętam, że gdy ponad rok temu dowiedziałam się o tej produkcji i usłyszałam, że w główną rolę wcieli się mój ulubiony aktor, wspomniany wyżej Andrzej Seweryn, dosłownie oszalałam ze szczęścia. Spodziewałam się sukcesu, bo wiedziałam, że Seweryn nie zgodziłby się zagrać w czymś, co jest sprzeczne z jego wrażliwością. Pamiętam też moment, gdy po raz pierwszy zobaczyłam kilka zdjęć zrobionych na planie Ostatniej rodziny. O, dodali fotografię Beksińskiego – pomyślałam, po czym przyjrzałam się dokładnie i zobaczyłam, że na zdjęciu wcale nie ma Beksińskiego. To był Seweryn, który wyglądał identycznie, jak malarz. Podobnie było z Dawidem Ogrodnikiem, który wcielił się w postać Tomka Beksińskiego. To był drugi raz,  gdy przez głowę przemknęła mi myśl: To będzie filmowy majstersztyk. Gdy w Internecie pojawił się oficjalny zwiastun, nie mogłam przestać go zapętlać. Widziałam Seweryna w wielu rolach – filmowych, teatralnych. Zawsze mnie zachwycał, nigdy nie pozostawiał obojętną względem swojego aktorstwa. Ale to, co najpierw zobaczyłam w zwiastunie, a dziś na dużym ekranie, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Na ekranie nie było Seweryna, to był Beksiński. Nie było tam też Ogrodnika. Ani Koniecznej. Ani Chyry. Ktoś po pokazie powiedział: Zupełnie zapomniałem podczas tego seansu, że jestem w kinie. Byłem w domu Beksińskich. I tam, na ekranie, naprawdę byli Beksińscy. Na konferencji Andrzej Seweryn podkreślał, że oni – odtwórcy głównych ról – naprawdę poczuli się na planie jak w rodzinie. A reżyser zawsze był obok, prowadził ich poprzez tę historię w sposób świadomy. To był dla mnie bardzo szczęśliwy czas pracy – podsumował Seweryn.

Kasia: Przed nami jeszcze kilka pokazów konkursowych, ale wydaje mi się, że możemy już mówić o pewniaku do głównej nagrody. W moim prywatnym rankingu zagrozić może mu jedynie Jestem mordercą, chociaż to raczej nie jest film, który w opinii jury byłby najlepszy. Dużą szansę ma również Wołyń, który na festiwalu debiutuje w piątek. Pytanie, czy kontrowersja i epatowanie okrucieństwem pomogą, czy zaszkodzą filmowi. Ostatnie dwa dni dostarczyły mi samych pozytywnych zaskoczeń. Co do Zaćmy Ostatniej rodziny, nie miałam wątpliwości, że będzie to kino na bardzo wysokim poziomie, ale Wszystkie nieprzespane noce były już niespodzianką. Jeszcze przed udaniem się na wieczorny seans, słyszałam, że na wcześniejszych pokazach liczna publiczność opuszczała salę w trakcie projekcji. Historia młodych ludzi spędzających nieprzespane noce w Warszawie- pomyślałam, że może twórcy stworzyli obraz kontrowersyjny i niesmaczny, pokroju głośnego serialu Skins. W trakcie seansu zanosiłam się śmiechem, byłam wzruszona i zachwycona tym, jak trafnie film przedstawia moje pokolenie. Są imprezy, alkohol, narkotyki i jest bełkot, wszystko przy zachowaniu dobrego smaku i trafnej puenty. Pijackie rozmowy, choć brzmią absurdalnie, dotykają ważnych tematów. Twórcy podkreślali jednak, że z pełną świadomością stworzyli ten film dla określonej grupy wiekowej, a mimo to na spotkaniu z autorami Wszystkich nieprzespanych nocy padały głosy zachwytów przedstawicieli starszego pokolenia. Gdzieś wyczytałam, że ten film opisuje dzisiejszych 20-latków, tak jak kiedyś zrobił to Wajda w Niewinnych czarodziejach. Zauroczyło mnie to porównanie i otworzyło oczy jeszcze szerzej. Pelagia i Bazyli doczekali się swoich kontynuatorów. Mocną stroną filmu są zdjęcia i muzyka. Miejscami nabiera formy teledyskowej, wręcz videoartowej, a jednak w dalszym ciągu nie traci na treści, która dla wielu pozostanie pijackim bełkotem. Jeśli oceniać film miarą uczuć, jakie zostawia z widzem po seansie, Wszystkie nieprzespane noce plasują się na wysokiej pozycji. Gdynia nie szczędzi nam niespodzianek. Co było dla Ciebie Iga taką nieoczekiwaną przygodą?

fot. Basia Rochowczyk
fot. Basia Rochowczyk

Iga: Dla mnie cały festiwal jest wielką, (nie)oczekiwaną przygodą! Powtarzam się, ale to naprawdę niesamowite, jaka panuje tutaj atmosfera. Przed pokazem specjalnym Powidoków Wajdy i obchodów 90. urodzin reżysera w Teatrze Muzycznym wytworzył się taki klimat, że czułam się trochę, jakbym przeniosła się do innego świata. W ogóle ta edycja jest w jakiś sposób dla mnie szczególna – na głównej alei z Gdyńskiego Centrum Filmowego do Teatru Muzycznego stoi wystawa z fotosami z filmów reżyserowanych przez Wajdę. Przechodzę tam kilkanaście razy dziennie i za każdym razem muszę zatrzymać się chociaż na chwilę. 90. urodziny Wajdy zbiegły się z 20. rocznicą śmierci Kieślowskiego. Panele dyskusyjne, promocje książek, projekcje filmowe… To coś niesamowitego, że równolegle można zgłębiać wiedzę o dwóch mistrzach – Wajdzie i Kieślowskim. Tym bardziej, gdy – tak jak dla mnie – są to ulubieni twórcy.

fot. Basia Rochowczyk
fot. Basia Rochowczyk

Na półmetku festiwalu mamy już swoich ulubieńców i typy do nagród Złotych Lwów. Trzymamy kciuki za faworytów i oczekujemy kolejnych zachwytów.

Najlepszy film:

Ostatnia rodzina

Najlepsza reżyseria:

Jan P. Matuszyński/Maciej Pieprzyca

Najlepsze zdjęcia:

Iga: Ostatnia rodzina/Zjednoczone stany miłości/Wszystkie nieprzespane noce

Najlepszy scenariusz:

Ostatnia rodzina

Najlepsza aktorka pierwszoplanowa:

Maria Mamona (Zaćma)

Najlepsza aktorka drugoplanowa:

Agata Kulesza (Jestem mordercą)/Dorota Kolak (Zjednoczone Stany Miłości)

Najlepszy aktor pierwszoplanowy:

Andrzej Seweryn/Dawid Ogrodnik (Ostatnia rodzina)/Arkadiusz Jakubik (Jestem mordercą)

Najlepszy aktor drugoplanowy:

Marek Kalita (Zaćma)

img_6661_dxo

img_6647_dxo

fot. Basia Rochowczyk
fot. Basia Rochowczyk
Kulturadogorynogami

Po prostu: redakcja do góry nogami!

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany