Jeśli Bóg istnieje, to na pewno śpiewał z nami

 

W czwartek – 8 września 2016 roku, w warszawskiej Hali Koło, duet Kayah i Bregović ponownie spełnił muzyczne marzenie kilku tysięcy osób. Na ten dzień czekałam niemalże 3/4 swojego życia i powiem szczerze: jestem oczarowana.

Już w drodze na koncert nie mogło obyć się bez przygód. Na minutę przed przyjazdem autobusu zgubiłam bilet, więc część trasy przebyłam z miną podobną do tych z bajek o duchu imieniem Casper, kiedy postaci orientują się, że biorą udział w seansie spirytystycznym. Spanikowana, oznajmiłam przyjaciółce, że koniecznie muszę odwiedzić kolejny przystanek, po czym wysiadłyśmy i dalszy etap podróży (z nowym biletem) odbył się już bez problemów. Podczas drogi, w ramach rozrywki rozluźniającej emocje (a tak naprawdę to zupełnie przypadkiem), podsłuchałyśmy dialog na nasz temat. Brzmiał następująco:

– Patrz, chyba jadą na Bregovića.
– No, na bank!

Co zabawne, niedługo przedtem, stwierdziłyśmy to samo o autorach wspomnianej konwersacji. Okazało się, że nikt z nas się nie pomylił.

Do ostatnich kroków prowadzących mnie w stronę hali, nie byłam świadoma tego, co zobaczę. Mając przed oczami wizję koncertu z warszawskiego Służewca, który oglądałam niezliczoną ilość razy na VHS, nie spodziewałam się choćby zbliżonej atmosfery. Tuż po przybyciu na miejsce, gdy za zakrętem ukazał się gęstniejący z minuty na minutę tłum fanów oraz pojedyncze osoby dzierżące w dłoniach kartki z błagalnym napisem kupię bilet, przepadłam w zachwycie. O takiej chwili marzyłam od lat. Grupy dwudziestolatków okupujących trawniki, nigdy wcześniej nie wzbudzały we mnie takiej sympatii. Nawet piwo sprzedawane za żetony miało tego dnia niesamowity urok.

Przez niecałą godzinę siedziałyśmy z innymi fanami pod sceną, wewnątrz hali. Powietrze zagęszczało się wraz z narastającym tłumem. Kwadrans po godzinie ósmej, w bałkańskie klimaty wprowadziły nas Siostry Matkowskie, jednakże momentem kulminacyjnym, w którym wszyscy na dobre zdali sobie sprawę z ogromu wydarzenia, była godzina dziewiąta, czyli ostatnie minuty oczekiwania na wyjście Gorana Bregovića. Rozmowy na temat uroku i talentu sióstr supportujących głównych artystów, które rozbrzmiewały podczas przerwy, stopniowo zaczął zagłuszać śpiew publiczności. Nie ma, nie ma Ciebie w wykonaniu fanów niosło się po Warszawie, wynagradzając nastolatkom nieobecność na Służewcu, a nieco starszym – całe siedemnaście lat oczekiwania na ten moment. Z absolutnie dla mnie nieistotnym, kilkunastominutowym opóźnieniem, pod sceną pojawiła się Orkiestra Weselno-Pogrzebowa. Niedługo po tym, kiedy jej członkowie znaleźli się na scenie, publiczność gorąco powitała Gorana Bregovića, już od pierwszych piosenek nie żałując swej energii. Koncert rozpoczął się utworem Gas, gas, co do którego jestem pewna, że gdyby posiadał więcej zwrotek, opatentowałabym taniec na rękach.

Mniej więcej przez kilka piosenek znajdowałam się, wraz z przyjaciółką, w okolicach sceny. Tuż przed wejściem Kayah, skorzystałyśmy z akredytacji, która umożliwiła nam wstęp na górną część widowni, być może nieco ograniczającą widoczność, ale – co ważne – nie odejmującą pola do zabawy.
Wreszcie, kiedy na scenie pojawiła się wokalistka, owacjom rozemocjonowanej widowni nie było końca. Poziom natężenia aplauzu wydawał się być głośniejszy niż wybuch indonezyjskiego Krakatau. Zapanowało wszechobecne szaleństwo. Najbardziej wyczekiwaną część koncertu otworzyło Śpij kochanie, śpij, wyśpiewane z artystką w całości przez publiczność, podobnie z resztą, jak pozostałe utwory (tj. Byłam różą, To nie ptak, Ta-bakiera, Nie ma, nie ma Ciebie, 100 lat młodej parze oraz Prawy do lewego).

 

Ponad półgodzinny wspólny występ Kayah i Gorana Bregovića, którym towarzyszyli członkowie Wedding and Funeral Band oraz Iwona Zasuwa, zachwycił osoby uczestniczące w wydarzeniu do tego stopnia, że wielu z nich postanowiło kontynuować zabawę jeszcze długo po zakończeniu koncertu, śpiewając Jeśli Bóg istnieje i kreując do tego idealną piknikową atmosferę.
Tuż po opuszczeniu sceny przez Kayah, wiele osób (w tym również ja) wyszło z hali kierując się w stronę pobliskiego sklepu. Nie był to brak szacunku dla artysty, była to jedyna szansa na ugaszenie pragnienia, po tym, jak ochrona zarekwirowała wszystko co płynne (w naszym przypadku półlitrową wodę) i co jednocześnie miało być ratunkiem w ten upalny dzień. Po naszym powrocie na koncert wybrzmiał genialny i nieśmiertelny Kalashnikov, na który czekałam w drugiej kolejności, zaraz po utworach Kayah.

Do domu wracałyśmy wraz z innymi fanami, z których poniektórzy, jeszcze w autobusie nucili pod nosem wiadome utwory, a inni rozmawiali o Kayah i o tym, że cudownie jest mieć piątek wolny od pracy po takim koncercie. W centrum nasze drogi się rozeszły. Konieczność przesiadki w drodze na Bielany ugościła nas tamtego wieczoru autobusem o szczęśliwym numerze 46, w którym radio, żegnając dzień, powitało nas znajomym: … O-o-o-o-o, śpij kochany, śpij!

Anegdotę o pierwszym spotkaniu Kayah z Goranem Bregovićem słyszałam wielokrotnie, przy okazji śledzenia przeróżnych wywiadów. Spotkanie to miało miejsce w 1998 roku, w dniu rozdania Machinerów (nagród pop kulturalnych miesięcznika „Machina”), kiedy Kayah, do czasu przyznania nagrody dla Gorana Bregovića, nie miała świadomości, że to właśnie on był mężczyzną, z którym dzieliła stolik podczas gali. Spotkanie zaważyło na decyzji współpracy obojga artystów, do której doszło na początku roku 1999. Dzięki temu również 8 września 2016 roku był, jaki był. A był wyjątkowy.

Xвала! Dziękujemy!

Klaudia Dopierała

Jednostka zdezaktualizowana, żywcem wyjęta z epoki dzieci kwiatów. Nie wyobraża sobie życia bez muzyki.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany