Harry Potter… i nasze wspomnienia

Saga książek J.K. Rowling o młodym czarodzieju, rozpoczynającym naukę w Hogwarcie skradła serca milionom czytelników. Dzieci biegały po parkach, trzymając w dłoniach patyki, zastępujące im różdżki, wykrzykując magiczne zaklęcia; nastolatkowie nie odrywali oczu od książek, wyczekując premier kolejnych tomów. Szał ogarnął nawet dorosłych, którzy ulegli czarowi Harrego i jego przyjaciół. Jak nasza redakcja wspomina swoje pierwsze wspomnienia z Harrym Potterem?

 

Iga Herłazińska:
Pamiętam ekscytację, jaka towarzyszyła mi, siedmio-, ośmio-, dziewięcioletniej dziewczynce, podczas pojawiania się w sklepach nowych części Harrego Pottera. Ponieważ dorastałam w małym miasteczku, gdzie książki zawsze pojawiały się w księgarni z małym opóźnieniem, tata zamawiał mi wszystkie części przygód młodego czarodzieja przez Internet, dzięki czemu nie musiałam cierpieć z powodu przedłużającego się oczekiwania. Czytałam szybko, chłonęłam tę historię, zazwyczaj w ciągu dwóch, maksymalnie trzech dni byłam już po i biegłam z książką pod pachą do przyjaciółki, żeby i ona mogła nadrobić zaległości. A potem rozmawiałyśmy długo na temat nowej części, wysyłałyśmy sobie listy, podpisując się imionami z powieści, strugałyśmy z gałęzi różdżki, przygotowywałyśmy magiczne eliksiry. W wieku jedenastu lat chodziłam z kolegą na ogródki działkowe, wierząc, że odnajdziemy tam list z Hogwartu (stwierdziliśmy, że skoro jesteśmy mugolami, na pewno nie dostaniemy listu prosto do domu).

Kochałam się w Severusie Snape od pierwszej części. Byłam pewna, że nosi w sobie pewną tajemnicę i gdy w siódmej części prawda w końcu wyszła na jaw, płakałam jak dziecko (a dzieckiem już wtedy nie byłam).

Saga o młodym czarodzieju uświadomiła mi również, jak ważna jest w życiu moc przyjaźni. Nie jest się w stanie zrobić nic wielkiego, gdy jest się samemu. Ale gdy ma się obok chociażby jednego przyjaciela, można wtedy czynić niemożliwe.

Dziś – już jako dwudziestokilkulatka zakochana w teatrze – nie marzę o żadnym liście z Hogwartu, a jedynie o zobaczeniu spektaklu Harry Potter i Przeklęte Dziecko w Palace Theatre w Londynie.

 

Justyna Kowalska:
Pamiętam zimowy wieczór, kiedy przyniosłam ze szkolnej biblioteki książkę Harry Potter i Kamień Filozoficzny, usiadłam na kanapie i po dwóch stronach odłożyłam ją na półkę. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia (a raczej przeczytania). Wróciłam do niej kilka miesięcy później i wtedy przygoda z Hogwartem zaczęła się na dobre. W pewnym momencie mój czas odmierzały premiery kolejnych książek i  filmów. Wraz z przyjacielem chodziliśmy do kina na premierowe pokazy o północy, czekaliśmy na list z Hogwartu i zapełnialiśmy nasze pokoje kolejnymi potterowymi gadżetami. Lata mijają, a miłość do tej sagi wcale nie maleje. Na ręku nadal noszę przywiezioną ze sklepu na King’s Cross bransoletkę z Insygniami Śmierci, a w szafie T-shirty z wizerunkami ulubionych bohaterów.
Największa miłość, już od pierwszej książki, to oczywiście Severus Snape. Tajemnica, jaką miał w sobie skrywał intrygowała mnie od samego początku. Poza tym tak już po prostu mam, że zawsze bardziej ciekawią mnie czarne charaktery. Kiedy obejrzałam pierwszy film i genialnego w tej roli Alana Rickmana, utonęłam w tym głosie i spojrzeniu bez reszty. J.K.Rowling, która przyznaje, że sama zaproponowała Rickmana do tej roli, miała świetne wyczucie. Nie wyobrażam sobie by mógł to zagrać ktokolwiek inny.  Druga ulubiona postać to Bellatrix Lestrange, abstrahując już od świetnej w tej roli Heleny Bonham Carter (która zupełnie przez przypadek jest moją ukochaną aktorką), Bellatrix fascynuje mnie ze względu na jej oddanie i poświęcenie. W gruncie rzeczy jest mi jej nawet trochę szkoda.
Podobnie jak Iga, mimo że byłam już całkiem dorosła, płakałam jak bóbr czytając/oglądając historię o Severusie. Do dzisiaj Harry Potter wzrusza mnie i bawi. Zbieram się, żeby na nowo przeczytać wszystkie książki. Właściwie jestem bardzo ciekawa jak teraz, po tylu latach odbiorę tę historię, która lata temu nauczyła mnie jak ważna jest w życiu przyjaźń, rodzina, zaufanie.

 

Justyna Barańska:
Moją przygodę z Harrym Potterem zaczęłam od filmu. Pierwsza część miała premierę, kiedy byłam w podstawówce, pamiętam jak z całą szkołą pojechaliśmy do kina. Wtedy również mieszkałam w małej miejscowości, toteż emocje związane z samym rytuałem szkolnej wycieczki były ogromne, nie wspomnę nawet o filmie. Kiedy go obejrzałam – przepadłam! Wiedziałam, że od tego momentu nie będę nazywać siebie człowiekiem, tylko mugolem. Nigdy nie wierzyłam w to, że dostanę list z Hogwartu, jednak gdyby tak się stało, jestem pewna, że byłabym Gryfonem, ze względu na mój charakter, chociaż nie powiem, wizja uprawiania czarnej magii gdzieś w podziemnym dormitorium Slytherinu zawsze wydawała mi się kusząca. Także w przypadku książkowych i filmowych postaci, zawsze najbardziej fascynowały mnie te negatywne, czyli oczywiście Syriusz Black (kiedy okazał się dobry też go kochałam), Severus Snape, Draco Malfoy czy przede wszystkim Lord Voldemort. Tak, on zawsze najbardziej mnie intrygował, jego przeszłość i charakter, oraz wszystko to, co sprawiło, że stał się tak niewyobrażalnie złym człowiekiem. Imponowało mi to, że miał tylu popleczników, którzy gotowi byli dla niego zrobić wszystko. Oczywiście nie mówię tu, że chciałabym być jak on, dyktatura zdecydowanie mi nie odpowiada, jednak ta postać ma w sobie coś hipnotyzującego. Najbardziej znienawidzonym przeze mnie bohaterem był sam Harry… Nie wiem czemu, po prostu czasami był dla mnie zbyt mugolski. Nie darzyłam także wielką sympatią Rona, nie radził sobie zbyt dobrze, a nauka go nie interesowała, był trochę nijaki. Natomiast Hermiona – za bardzo przemądrzała. Oczywiście z biegiem lat moje emocje się zmieniły, tak samo jak i bohaterowie. Gdzieś w okolicach Zakonu Feniksa zaczęłam zupełnie inaczej patrzeć na przygody trójki przyjaciół, którzy mieli ratować porządek świata, a do tego polegali na nich wszyscy. Od tego czasu zaczęłam dużo lepiej rozumieć, co to znaczy poświęcenie, lojalność i przyjaźń.

Jednym z moich ulubionych wspomnień dotyczących przygód Harrego jest czas, kiedy w 2011 roku miała odbyć się premiera Insygniów Śmierci. Świat, a przy tym mnie i moich znajomych, opanowało potterowe szaleństwo. Wtedy też bardzo często nosiłam na głowie turban i mówiłam wszystkim, że to dlatego, iż mam pod nim ukrytego Sami Wiecie Kogo. To były piękne czasy!

Kulturadogorynogami

Po prostu: redakcja do góry nogami!

1 Komentarz

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany