Gdzie się włóczymy, gdy mamy czas?

Co kosztuje niewiele, a przynosi niewyobrażalne efekty? Włóczenie się! Czasem warto zawłóczyć się chociażby na drugi koniec ulicy albo na drugi koniec miasta. A gdy jest na to czas (pieniądze to dopiero kolejny punkt i wcale nie tak istotny, jak myślą niektórzy), warto spakować plecak, założyć wygodne buty i ruszyć w dalszą wędrówkę. Gdzie? To już zależy od wielu aspektów i osobistych preferencji.

Włóczę się nałogowo, od lat, czerpiąc z tego włóczenia niesłabnącą przyjemność. Celowo wysiadam z tramwajów na wcześniejszych przystankach, żeby odkrywać okoliczne osiedla, parki, skwery. Te małe podróże – pozwalające mi poznawać wciąż na nowo miasto, w którym mieszkam, Łódź – intrygują mnie tak samo, jak i podróże dalekie. Z sentymentem wracam zawsze na Mazury, które są dla mnie o wiele ciekawsze od Pomorza, a które przegrywają w polskim rankingu miejsc do włóczenia chyba tylko z Górami Stołowymi.

Lubię przeprowadzki, bo wiążą się ze zmianą widoku z okna, dlatego gdy wyprowadzałam się na pół roku do Pragi, cieszyłam się jak dziecko. W czeskiej stolicy zakochałam się od pierwszego wejrzenia, co – paradoksalnie – nie zdarza mi się zbyt często. Klimat miasta sprawia, że potrafi odnaleźć się w nim każdy – i artysta, i inżynier, i dzieci, i dorośli. A wypita na Hradczanach kawa nie może równać się żadnej innej kawie. Ten widok, ta atmosfera… A dodatkową zaletą Pragi, dla podróżujących z Polski, jest jej odległość, którą samochodem można pokonać w około 7 godzin (wyruszając z centrum). Wracając do kawy, znakomicie smakuje także w Rzymie. Chociaż w kwestii Włoch nie potrafię być obiektywna. Miłość do nich jest w moim przypadku wypadkową miłości do pizzy, lodów, kawy… (i tak dalej, i tak dalej) Osiem lat temu – podczas mojej pierwszej wizyty w Grecji – zauroczyłam się państwem biało-niebieskich domów i smakiem baklawy. Powróciłam tam cztery lata później na wyspę Kretę. I te co czteroletnie powroty stały się chyba tradycją, bo za dwa dni – z Magdą i Justyną – wsiadamy w samolot do… Aten, po to, aby pod koniec lipca znaleźć się w greckiej Arkadii.

Z chęcią wróciłabym też do Barcelony, by pobłądzić po Parku Güella; do Paryża, by zjeść francuskie śniadanie; do Wiednia, by odwiedzić Operę Wiedeńską i do Londynu, by poczuć się znów trochę jak w filmie. Jednym słowem – najchętniej żyłabym wciąż na walizkach, z kawą w dłoni i przekonaniem, że mogę wszystko. W końcu prawdziwy ze mnie włóczykij – obliczyłam, że w 2015 roku spałam w 32 różnych miejscach w Polsce i na świecie!

Iga

Praga; fot. Basia
Praga  

We włóczeniu się najpiękniejsze jest zachwycanie się niespodziewanym i nieoczywistym. Celowo wybieram miejsca, których nie znam i które stereotypowo zachwycać nie powinny. Taki jest właśnie Śląsk. Katowice odkrywam od dwóch lat, włócząc się po kolejno odkrywanych ulicach. Czasem uda się odnaleźć ślady industrialnego dziedzictwa, innym razem będzie to modernistyczna perełka architektoniczna, a nawet piękny staw lub las. Każde z górnośląskich, w pojęciu wielu nudnych miast, kryje swoje niesamowitości. Kiedy tylko będę miała możliwość ponownego wyjazdu i opuszczę mój heimat, odwiedzę Londyn. Uwielbiam rytm tego miasta i jego koloryt: zarówno gwar dużych ulic jak i spokój, który można znaleźć w rozległych parkach i ogrodach. Lubię duże miasta i potrafię w nich wypoczywać, jednak na większe włóczenie wybieram miejsca bliższe naturze. W rozgrywce morze vs. góry w kategorii piesze wycieczki wygrywają te drugie. Szczególnie Beskidy, które znam we wszystkich barwach i bez względu na to czy zdobią je jesienne liście czy gruba warstwa śniegu – zachwycają. Podróże od schroniska do schroniska (notabene pięknych, beskidzkich skrzypiących schronisk) z termosem na trasie i jajecznicą na miejscu potrafią mieć swój czar i biją na głowę smażenie się na plaży.

Kasia

Beskidy; fot. szuwarzynska.pl
Beskidy; fot. szuwarzynska.pl

Muszę przyznać, że kiedyś włóczyłam się więcej. W liceum jeździłam z przyjaciółką na koncerty, recitale czy spektakle właściwie po całej Polsce. Jak już byłyśmy na miejscu, rzadko decydowałyśmy się na autobus czy tramwaj – z oszczędności, ale też z uwielbienia do spacerów. Tak poznałam m.in Jelenią Górę, Wrocław, Trójmiasto czy Płock. Tak też zaczęła się moja miłość do Warszawy. Zanim na stałe się tam przeniosłam z rodzinnej Łodzi, poznałam jej najbardziej znane, ale i te mało popularne miejsca, co tylko wzmacniało marzenie, aby w niej zamieszkać. A teraz – kiedy mam ją na co dzień – często wychodzę wcześniej z domu i trasę do pracy pokonuję na piechotę, bo lubię obserwować świat. Wiosną tego roku pojechałam na 11 dni do Londynu. Plan na każdy dzień był prosty – dojeżdżamy metrem do wybranego miejsca, a potem spacery – wzdłuż Tamizy, pomiędzy kamieniczkami, wokół biurowców. Dokładnie tak jak Kasia, lubię rytm dużych miast, umiem w nich odpoczywać. W Londynie zauroczyła mnie różnorodność, nie ma tam dwóch takich samych miejsc! Plan na tegoroczne wakacje to oczywiście także włóczenie – lada chwila ruszam na trzydniowy trip – Warszawa – KrakówBudapeszt – Łódź. Cieszę się, że poznam nowe miejsca, a potem zaszyję się na 10 dni w lesie. I tam też będę się włóczyć!

Justyna K.

12885729_1341675199191575_1515526506022249242_o
Londyn

Nie lubię się włóczyć. Tak, właśnie tak. Od zawsze potrzebuję celu i jasno wytyczonej drogi. To mnie uspokaja i daje poczucie kontroli. Niedawno jednak zdałam sobie sprawę, że nie ma dla mnie niczego gorszego niż stanie w miejscu. Ubiegły rok był intensywny pod względem wyjazdów – głównie służbowych. Co miesiąc przyjeżdżałam na kilka dni do Wrocławia, Łodzi i Warszawy. I chociaż w każdym z tych miast spędzałam dosłownie parę chwil, to wystarczało żeby naładować akumulatory, odświeżyć głowę zmęczoną krakowskimi sprawami. W tzw. międzyczasie wpadło kilka dalszych podróży (Gradzienice, Budapeszt, Lwów), które zmęczyły mnie na tyle, że zatęskniłam za ciasnym Krakowem. Nie jestem typem mojej siostry, która planuje kolejne podróże, biegając z kompasem, mapami i wypiekami na twarzy… Ciągle muszę wiedzieć po co gdzieś jadę – czego oczekuję od podróży. Jednak nie przeszkadza mi to myśleć o sobie jak o włóczykiju. Takim, który choć wie dokąd idzie, to nie przestaje ekscytować się samą podróżą, bo wie, że – paradoksalnie – na pewno spotka go coś nieoczekiwanego. Coś, co zaskoczy przeciążoną myśleniem głowę.

Justyna A.

rozne
Sienna

Jak na włóczykija koncertowego przystało, o tym, dokąd poniosą mnie nogi, najczęściej decyduje harmonogram koncertów (w żadnych innych okolicznościach nie zwiedziłabym tylu miast i miasteczek, o których istnieniu nie miałam wcześniej nawet pojęcia).

W kategoriach podróżniczych fascynuje mnie głównie Polska i jej magiczne, zwykle nieokreślone zakątki (typu: samotne drzewo na pustej polanie), które jestem w stanie podziwiać i fotografować dniami i nocami.

Jednym z moich ulubionych (określonych) miejsc – związanych z muzycznym trybem życia – jest bydgoska Opera Nova, przywołująca w mojej głowie wiele wspomnień. Najmocniej jednak kocham to miejsce po zmroku, gdy przed drzwiami gęstnieje tłum, dzierżący w dłoniach cenne jak złoto bilety, a gra świateł na Brdzie sprawia, że na moment wstrzymuje się oddech.

Bliski jest mi również Gdańsk ze względu na Filharmonię Bałtycką, oraz Bursztynową Promenadę Gwiazd, gdzie, będąc z przyjaciółką, za każdym razem porzucamy bagaże i biegniemy witać się z każdą z dłoni odciśniętych w brązie, co jest zdecydowanie zabawną, a zarazem ekscytującą częścią każdego pobytu w tym mieście.

Klaudia

13738243_10201638881451360_2576886949476337654_o
Bydgoszcz

 Włóczenie się od dziecka było moim ulubionym zajęciem. Wychodziłam z domu do sklepu, oddalonego o pięć minut, a wracałam po dwóch lub trzech godzinach, bo po drodze zawsze spotykało mnie coś ciekawego. A to spotkałam jakiegoś kolegę, a to postanowiłam pójść do dalszego sklepu (najlepiej w następnej miejscowości), albo wrócić do domu okrężną drogą. To był mój żywioł – kiedy już raz wyszłam z domu, ciężko mi było szybko do niego powrócić. W swoich rodzinnych stronach – Zielonej Górze – najbardziej lubię włóczyć się po lasach, polach… W województwie lubuskim mamy ich bardzo wiele, a przyroda jest tu naprawdę okazała. Nawet w centrum miasta jest zielono (nazwa zobowiązuje!), co nadaje niesamowitego klimatu. Większość lasów jest liściasto-iglasta, co także ma ogromny urok, zwłaszcza jesienią. Tutaj właśnie najlepiej się odpoczywa, pośród zieleni, wspomnień i przyjaciół.

Moim ulubionym miastem, które jednoznacznie kojarzy mi się z włóczeniem się jest Berlin. Pokochałam je od pierwszej lektury książki My, dzieci z dworca ZOO, po której zapragnęłam przejść się tymi ulicami, po których chodzili bohaterowie książki – Christiane, Axel, Detlef. Zrobiło to na mnie piorunujące wrażenie, ponieważ niektóre ulice nadal wyglądają tak, jak zostało to opisane w książce, a przecież była ona wydana 38 lat temu! Jakiś czas temu, podczas takiej przechadzki okolicami Kurfürstenstraße, natrafiłam na Schwules Museum, czyli muzeum gejów i lesbijek. Nie powiem, zwiedzenie go było dla mnie bardzo ekscytującym przeżyciem. W berlińskim klimacie polecam także włóczenie się po mojej ulubionej dzielnicy – Kreuzbergu – najciekawszej kulturowo i najbarwniejszej w całych Niemczech! Każdy znajdzie tu coś dla siebie, zwłaszcza jeśli ceni sobie artyzm, bunt, wolność czy po prostu jest fanem murali.

Ostatnim miastem, po którym często się włóczę jest Wrocław – tu aktualnie mieszkam. Żyjąc tu już od czterech lat, wydaje mi się, że znam jego wszystkie zakamarki, jednak on ciągle mnie zaskakuje. Włóczykijom polecam głównie dwie dzielnice: Nadodrze znajdujące się w Śródmieściu  i Trójkąt niedaleko Dworca PKP. Być może nie cieszą się zbyt dobrą reputacją, jednak są bardzo bogate w ciekawe zaułki, piękne kamienice oraz przede wszystkim – murale! Warto zapuścić się nieco dalej niż na Stare Miasto, by poczuć prawdziwy klimat Wrocławia, który jest przesiąknięty wilgocią starych klatek schodowych i zdezelowanych kamienic.

Justyna B.

IMG_8853
Berlin

Parafrazując słowa Holly Golightly ze Śniadania u Tiffany’ego: Francja to zawsze dobry pomysł. Szczególnie, jeśli chodzi o Strasburg. Jako osoba, która wiąże swoją przyszłość z prawem, byłam zafascynowana tym urokliwym miastem, będącym siedzibą dla Rady Europy oraz Parlamentu Europejskiego. Nowoczesne budynki oraz świat biznesowy żyją w harmonii z charakterystycznym dla kraju sera i winnej latorośli klasycznym budownictwem, przyciągającym turystów z całego globu. Nigdy nie zapomnę mojego pierwszego petit déjeuner , składającego się ze świeżo upieczonego croissanta i kruchej bagietki, kupionej na La Petite France.

W Bregencji (Austria) odbywa się od 1945 jedyny w swoim rodzaju festiwal sztuki- Bregenzer Festspiele. Byłam tam na operze na wodzie, co idealnie współgrało z moją miłością do muzyki klasycznej. Jak to wygląda? Półokrągła scena w kolorze mocnej zieleni otoczona jest przez trzy monstrualne smoki, które są połączone niestabilnym mostem. Grano wtedy Zaczarowany Flet Mozarta. Barwne stroje aktorów, maski wzorowane na tych starogreckich oraz głosy  instrumentów niewątpliwie działały na zmysły.  Kiedy słońce powoli kryło się za horyzontem, nikt – w także ja – nie przypuszczał, że rozpęta się burza. Oczywiście po upływie paru sekund zmieniłam zdanie, kiedy przezorni widzowie sięgnęli po parasole i kurtki. W przeciwieństwie do mnie. Mimo wszystko, chwile tam spędzone podczas wakacji były fantastyczne,a fakt, że wszystko działo się na powietrzu, nadaje klimat temu miejscu.

Gosia

zauberflöte seebühne bregenzer festspielecrossculture night
Bregencja

Od zawsze męczy mnie ogromny dylemat związany z włóczeniem się – nie potrafię zdecydować, czy wolę gubić się i odkrywać nowe rzeczy w mieście czy raczej z dala od niego, na łonie natury. Niewątpliwie jednak pierwszym miejscem, o którym muszę wspomnieć w kontekście wszelkich wędrówek są moje rodzime Bieszczady. Doprawdy niesamowity wydaje mi się fakt, że choć znam na pamięć zdecydowaną większość szlaków, z każdą górską wyprawą fascynują mnie one w dokładnie takim samym stopniu. Podobnie zresztą jak krakowski Kazimierz – uwielbiam gubić się na nim szczególnie ze względu na wszechobecny street art.

Liczne podróże pozwoliły mi na znalezienie miejsc idealnych do włóczenia się również za granicą. Pierwszym z nich jest niewielka włoska miejscowość Dormelletto, położona nad malowniczym jeziorem Maggiore, tuż u podnóża Alp. Los chciał, że pewnego wakacyjnego dnia zdarzyło mi się łapać stopa właśnie w tym miejscu. Jednak zanim jakikolwiek samochód zdążył się zatrzymać, skręciłam w stronę ładnie wyglądającego brzegu jeziora i… spędziłam tam kolejną dobę – na niewielkim, przeuroczym campingu. Nigdy wcześniej bagietka z najtańszym pesto, popijana najtańszym winem, nie smakowała mi tak bardzo jak wtedy. Nigdy też nie widziałam tylu spadających gwiazd na raz, co tam.

Myślę, że włóczykijom-miłośnikom natury z pewnością spodobałby się również Park Narodowy Nuuksio w Finlandii. Absolutna cisza, las i jeziora – do pełni szczęścia nie potrzeba tam niczego więcej. Można błądzić wydeptanymi ścieżkami, schowanymi gdzieś w gąszczu drzew, bądź przysiąść na pomoście i po prostu delektować się nieskończenie pięknym widokiem.

Magda

P1160087
Dormelletto

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany