Od lat na afiszu: Shirley Valentine

Kiedy pomyślałam, że warto napisać parę zdań o Shirley Valentine – spektaklu, który jest dla mnie lekiem na całe zło – postanowiłam przejrzeć korespondencję na stronie Krystyny Jandy. Przeczytałam kilkadziesiąt listów od widzów, dla których sztuka w reżyserii Macieja Wojtyszki była bodźcem do zmian i początkiem innego myślenia o sobie, przez co utwierdziłam się w przekonaniu, że ludzie na Shirley przychodzą jak na terapię. Czasami nawet w sensie dosłownym, bowiem bywało, że psycholodzy wysyłali do teatru swoje grupy, aby te poznały gospodynię domową, która postanowiła zawalczyć o swoje marzenia. Odbiór tego spektaklu to swoisty fenomen – zajmował się nim nawet Instytut Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Monodram Jandy wciąż przyciąga nowych widzów, ale warto podkreślić, że ma grono stałych odbiorców, którzy co jakiś czas regularnie powracają do teatru.

kj2

 

Pani Krystyno, zobaczymy się dziś po raz 80. W dobrych i złych chwilach mogłem liczyć na to przedstawienie, zawsze następnego dnia było lepiej, łatwiej – przeczytałam w którymś ze wspomnianych listów – Do dziś opowiadam wszystkim, że zamiast uczyć się do matury przychodziłem codziennie na tę sztukę i tylko dzięki temu zdałem. (…) Jak sobie pomyślę, ile już peruk i bluz widziałem…

kj

 

W 2011 roku z okazji 6 urodzin Teatru Polonia przygotowano dla widzów specjalny prezent – możliwość przedstawienia fragmentu sztuki na scenie. Ochotnicy (także mężczyźni!) wyłonieni w drodze losowania w swoich kostiumach i według własnej interpretacji zagrali cały pierwszy akt, podczas gdy Krystyna Janda z widowni obserwowała ich zmagania. Uczestnicy wydarzenia wspominają to jako niezapomnianą przygodę, a sama aktorka przyznaje, że podczas tego wieczoru jej zdumienie i przygotowanie zgłoszonych osób przeszło najśmielsze oczekiwania.

shirley3Po niemal 26 latach od premiery na deskach Teatru Powszechnego spektakl ewaluował, a wraz z nim zmieniała się i dojrzewała publiczność. Jak mówi Janda: Został temat, problem, konstrukcja, powód, dla którego opowiadam tę historię, a Shirley zmienia się razem ze mną. Zresztą ja już tego nie gram. Ja nią jestem. Staję się nią, przekraczając linię sceny i kulis.

Jedno się nie zmieniło – frekwencja podczas spektakli. Tak przed laty do aktorki pisali widzowie: Pamiętam, jak się na ten spektakl szykowałam… Jak na pasterkę. Strojna taka, odświętna i pełna oczekiwań. (…) „Na pewno wejdziemy” – mówiłam – „Nie dodzwoniłam się do kasy, ale ten spektakl jest grany już od lat, na pewno nie będzie dużo ludzi”. Kiedy przecisnęłam się do kasy i zdziwiona zapytałam, dlaczego tak to dzisiaj wygląda, pani kasjerka spojrzała na mnie ze znaczącym uśmiechem i odpowiedziała „Dzisiaj?! To pani nie wie, że tutaj zawsze tak? Przecież to Shirley! Trzeba rezerwować”. I tak jest do teraz. Kilka miesięcy temu, czekając w kolejce po wejściówki na inny spektakl w Teatrze Polonia, opowiadałam przyjaciółce o moim pierwszym spotkaniu z Valentine. W pewnym momencie stojąca obok nas kobieta powiedziała: Była pani na Shirley? Ach, zazdroszczę! Mnie do dzisiaj nie udało się na nią dostać. A tak bym chciała… Choćby usiąść na schodach.

kj3

kj4

Shirley Valentine to dla Krystyny Jandy nie tylko wielka przyjaciółka, która ciągle na nowo ją bawi i wzrusza, ale także ponad 2000 godzin na scenie, 500 kg obranych ziemniaków i 3000 smażonych jajek. Praktycznie niemożliwe jest ustalenie, ile razy aktorka rzeczywiście wcieliła się w rolę kury domowej, jednak – jak mówi – po ponad dwóch dekadach może ją zagrać zawsze, wszędzie, w każdej kondycji, w przeciągu i na drągu. Kiedyś, na Manhattanie, była bliska wystąpienia bez dekoracji i rekwizytów, które nie zdołały dojechać na czas. Kiedy weszła na scenę, żeby wyjaśnić publiczności, z jak niespodziewanie dziwnym przedstawieniem będą mieli za chwilę do czynienia, spostrzegła, jak jeden z technicznych – w desperacji, nie szukając już tylnego wejścia – przedziera się przed salę z kuchenką gazową na plecach.

kj5

Janda podczas spektaklu przyrządza jajka sadzone i – jak przyznaje – wielu widzów mówiło jej, że ich shirleyzapach to jedno z największych doznań wieczoru. Aktorka wspomina także, jak podczas przedstawienia w Operze Poznańskiej uświadomiła sobie, że siedząc sama na ogromnej scenie – w pięknej, kapiącej złotem i wysłanej aksamitami sali – obiera ziemniaki, a patrzy na nią blisko tysięczna publiczność. Grając spektakl, myślała: Co za paranoja, baba siedzi w operze, obiera kartofle, opowiada głupoty, a patrzy na to tyle osób!

Dzisiaj Shirley Valentine jest nie tylko wielkim fenomenem, lecz także tematem wielu anegdot. W swoim dzienniku aktorka wspominała, jak będąc w końcówce ósmego miesiąca ciąży, tuż po premierze, grała spektakl we Wrocławiu: (…) nie powinnam się ani ruszać z Warszawy, ani tym bardziej grać i nagle poczułam na scenie, że właśnie chyba się zaczęło i oto … rodzę. Dograłam jakoś pierwszy akt do końca i w przerwie szybko, zostawiając nieświadomą publiczność popijającą kawę i palącą papieroski, pojechałam do pobliskiego szpitala. Zbadano mnie i oświadczono, że mam się natychmiast położyć i czekać na poród, w tym szpitalu, we Wrocławiu. Bóle natychmiast mi przeszły, wróciłam to teatru, dograłam spektakl do końca – ku uciesze rozbawionej publiczności – i spokojnie wróciłam do Warszawy, do porodu już „zalegając” w łóżku.

 shirley2

shirley1

Shirley Valentine to spektakl, który po prostu nie może się nie podobać. Kobiety odnajduję w nim siłę na zmianę dotychczasowego życia, mężczyźni otwierają oczy na to, jak czują się ich wybranki. Czekając w kolejce po bilety, usłyszałam kiedyś w Teatrze Polonia, jak jedna z kobiet opowiadała o spontanicznej podróży do Grecji, którą odbyła po obejrzeniu spektaklu. Tłumaczyła, że historia Shirley zmusiła ją do zastanowienia się nad swoim życiem, w którym nie pozwalała sobie wcześniej nawet na drobne przyjemności. Taka jest właśnie ta sztuka – śmiech przeplata się z łzami, bo zabawna historia o kurze domowej niesie za sobą głębokie przesłanie, że bez względu na wszystko – także wiek – warto walczyć o swoje szczęście i swoje marzenia. Zawsze.

shirley4

Dominika Kanafa

Jej znakiem rozpoznawczym jest szeroki uśmiech, którym obdarowuje otoczenie bez względu na porę dnia czy nocy. Ciągle w ruchu. Zatrzymuje się tylko po to, by czasami narysować coś na kolanie. Nie potrafi funkcjonować w ciszy. Miłośniczka historii sztuki i kotów. Uzależniona od teatru, muzyki, kina, jedzenia, szminek, miętowej herbaty, podróży i ludzi. Niepoprawna optymistka. Drażnią ją ludzie o ograniczonym światopoglądzie stąd-dotąd. Wierzy, że nie ma rzeczy niemożliwych i stara się wyciskać z życia, ile się da.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany