Dorośli nie płaczą

Myślisz, że my kiedyś w końcu dorośniemy? – zadałam ostatnio przyjaciółce pytanie. Był wieczór, wokoło ciemno, a my siedziałyśmy na placu zabaw pod blokiem, huśtając się wysoko na huśtawkach.

Nie, chyba nigdy – odpowiedziała, odpychając się mocno nogami od ziemi.

To dobrze, odrobinę mi ulżyło – przyznałam sama sobie w duchu, po czym przypomniała mi się sytuacja sprzed dokładnie – sic! – szesnastu lat. Też siedziałyśmy obok siebie na huśtawkach, robiąc konkurs która wzniesie się wyżej. Tyle że plac zabaw znajdował się przy budynku zerówki, do której obie chodziłyśmy. I gdyby ktoś wtedy powiedział nam, że za kilkanaście lat razem zamieszkamy, chyba żadna z nas nie uwierzyłaby w te słowa.

Czasem wydaje mi się, że od czasu, kiedy miałam tych kilka lat tak naprawdę niewiele się zmieniło. Po prostu mieszkam w innym miejscu i uczę się innych rzeczy. Rzadziej widuję rodziców, sama muszę się martwić płaceniem rachunków i wymyślać co zjem na obiad. Mogę trochę więcej, chodzę później spać i mam mniej wolnego czasu. Lista krajów, które odwiedziłam, nieco się wydłużyła, podobnie jak ta z obowiązkami. Ale co z tego, skoro w środku nadal jestem dzieckiem?

Byłam ostatnio w teatrze, na spektaklu Mały Książę. Przedstawienie dla dzieci, więc momentami wymagające interakcji i cechujące się prostym przekazem. Na Księcia przyszły dzieciaki ze szkoły; na oko gimnazjaliści. Wszyscy wpatrywaliśmy się w aktorów z niemały skupieniem, aż przyszła scena końcowa. Dramatyczny taniec Małego Księcia z Wężem, podczas którego główny bohater zostaje ukąszony i umiera, po czym zamienia się w ptaka (a może anioła?) i wznosi się w stronę nieba. Później piękna piosenka śpiewana przez wszystkich bohaterów. Uczniowie siedzieli dzielnie i niemal niewzruszenie, a ja, schowana za fotelem w ostatnim rzędzie, kuląc głowę w swetrze, ukradkiem ocierałam łzy. Wyszłam z teatru oczarowana. Mało tego! Kilka dni później znów pojawiłam się tam w ramach praktyk; tym razem miałam przyjść po spektaklu, więc zdążyłam na ostatnie piętnaście minut Małego Księcia. Na najsmutniejsze piętnaście minut. Tym razem na widowni płakały dwie osoby: pięcioletni chłopczyk i niemal dwudziestodwuletnia Magda.

Niewiele się zmieniło od czasu przedszkola. Wciąż płaczę na każdym smutnym filmie czy spektaklu. Nie zliczę ile łez zdarzyło mi się wylać nad książkami. Rodzice do dzisiaj wypominają, że za dzieciaka kazałam im przełączać wszystkie smutne piosenki, które usłyszałam w radio; inaczej momentalnie się rozklejałam. Nadal naiwnie wierzę, że pieniądze szczęścia nie dają, ludzie są z natury dobrzy, a najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Ciągle chodzę na place zabaw, choć częściej nie po to, by dać upust energii, a żeby zatrzymać się na chwilę i zapomnieć o kolejnym upomnieniu, że zapomniałam zapłacić w tym miesiącu za gaz. Czasami też po to, żeby poobserwować młodocianych blokersów i powyobrażać sobie siebie za kilka lat. Co będę robić? Czy dalej będę wylewać łzy nad książkami?

Z tej gonitwy myśli wyrywa mnie głos przyjaciółki.

Jakbyś mogła w tym momencie zobaczyć taką krótką migawkę, kilka sekund z twojego życia za dziesięć lat, to chciałabyś? – Mimowolnie się uśmiecham. Skąd wiedziała o czym myślę?

Nie – odrzekłam bez zastanowienia. – Byłoby mi przykro, gdyby się miało okazać, że przestałam być dziecinnie szczęśliwym człowiekiem.

Magda Futyma

Trochę przeraża ją bezczynność. Autostopowiczka, fanka gór i długich poranków.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany