Chcę ukochać ten świat – wywiad z Ofelią

Z dwóch pasji –  aktorstwa i muzyki – ostatnio stawia na to drugie. W nowym roku ukaże się jej debiutancka studyjna płyta. Uwielbia ludzi, ale przyjaciół ma niewielu. Na świat patrzy przez różowe okulary, a swoją pozytywną energią chce zarażać innych. Kiedyś potulnie słuchała głosów z zewnątrz, teraz bierze sprawy w swoje ręce i otwarcie mówi: teraz ja rządzę!

Czemu Ofelia?

Kiedy czytałam Hamleta, miałam wrażenie, że on i Ofelia są jedną osobą. A ta dualność w każdym człowieku zawsze mnie fascynowała. Kiedyś usłyszałam, że w każdym jest dobry i zły wilk i to od nas  zależy, którego będziemy karmić. Ja od kilku lat staram się karmić tego białego, dobrego, choć miałam w życiu różne momenty. Raz byłam świetlistą Ofelią (stąd pseudonim), a raz Hamletem, którym była Iga. Ofelia zrodziła się w momencie, kiedy totalnie nienawidziłam świata, czułam, że nie ma sztuki wokół mnie i wszystko jest w ciemnych kolorach. Ona przyniosła światło.

Skąd ta nienawiść do świata?

Nie mogłam się odnaleźć w mojej grupie rówieśniczej. Chodziłam na  koncerty rockowe i skakałam w pogo, a tak naprawdę, w domu, słuchałam muzyki z lat 60. i na takie koncerty chodziłabym chętniej. Odstawałam od grupy, więc wymyśliłam sobie maskę. Idąc do liceum, postanowiłam, że chcę, aby wszyscy się mnie bali. Maska i  pancerz twardzielki: byłam chamska, niemiła, roszczeniowa.

To wszystko z lęku?

Tak. Nie chciałam być już źle traktowana, tak jak to było dotychczas. Zawsze miałam serce na dłoni, broniłam słabszych, dlatego, że ja sama czułam się słabsza. Przez dwa lata liceum chodziłam naburmuszona i rozgoryczona. Zawodził mnie też świat muzyczny, w międzyczasie dowiedziałam się, że mam niedoczynność tarczycy. Zaczęłam brać odpowiednie leki, dbać o siebie i zdrowiej się odżywiać. Poczułam się dużo lepiej i dopiero w 3 klasie coś we mnie pękło, coś się we mnie otworzyło i zobaczyłam, że jednak sztuka istnieje, że świetne dźwięki powstają i to całkiem blisko mnie. Okazało się, że to wszystko było obok mnie przez cały czas, a ja, przez moje podejście do świata i ludzi, nie potrafiłam tego dostrzec. Wreszcie okryłam takie zespoły jak The XX, London Grammar.

Nagle okazało się, że mam już dosyć bycia niezadowoloną, chcę ukochać ten świat, bo jest po prostu piękny. Ludzie wokół tego nie dostrzegają, a co gorsze, bezczeszczą to nasze wspólne piękno. Jestem z natury romantyczna: wierzę w prawdziwą miłość, a co najważniejsze, w to, że każdy człowiek z osobna jest piękny, jest świętością. Ale jak człowiek, który nie szanuje siebie i nie traktuje siebie jak coś cennego, ma nagle w taki sposób traktować ludzi wokół i otaczający świat? Uważam, że od najmłodszych lat powinno się wpajać dzieciom, że każda decyzja i czyn ma wpływ na świat. Może wtedy widzielibyśmy więcej?

Ludzie są egoistami.

Często. A byłoby tak piękniej jakbyśmy widzieli coś więcej niż czubek własnego nosa. Jeśli propagowalibyśmy głównie dobre wzorce i pozytywne informacje, to byłoby nam wszystkim lżej i milej żyć. A tu proszę, włączasz telewizję i od pierwszych chwil słuchasz o wypadkach, śmierci i oszczędnościach. Nie ma budujących informacji. Dorastając w przekonaniu, że wszędzie wokół jest zło i okrucieństwo, aż trudno uwierzyć, że może jest coś poza tym.

Wydaje mi się, że ludzie nie mają poczucia mocy sprawczej w pojedynkę.

Dokładnie tak. Jakby każdy w swoim przysłowiowym ogródku zrobił porządek i zaczął pracować na tzw. lepsze jutro, to ruszyłaby się fala pozytywnych zmian. Wierzę w to! Ludzie zarzucali mi, że żyję w jakiejś bańce i mój optymizm jest naiwny. Kurna! Urodziłam się na wsi, a w Warszawie byłam po raz pierwszy jak miałam 12 lat. Wychowywałam się na zwykłym podwórku, ale od zawsze chciałam walczyć o swoje marzenia. Dużo ludzi mówi mi, że byłam szczęściarą i owszem, uważam, że mam w życiu farta, ale wiem też, że musiałam sobie na niego nieźle zapracować.  Zapieprzałam od dziecka i dlatego mam to, co mam, a nie dlatego, że ktoś przyniósł mi cokolwiek na tacy.

Hejt Cię nie rusza?

Całe życie ludzie mi cisnęli, ale potem znalazłam schron w muzyce i zaczęłam pracować nad swoim podejściem do życia. To długa i ciężka praca, ale teraz –  z perspektywy czasu – wiem, że to się totalnie opłaca.

A jak było u Ciebie z  aktorstwem?

Ten wybór był dla mniej jak najbardziej naturalny po maturze i mało tego, udało mi się dostać do szkoły teatralnej za pierwszym razem. Wylądowałam w Krakowie ale tylko na rok.  Po roku musiałam jednak wziąć dziekankę, bo przez miesiąc nieobecności – pracowałam zawodowo – zrobiłam sobie bardzo dużo zaległości i nie chciałam rozwalać pracy mojej grupie. Mimo, że miałam dużo wątpliwości, nie chciałam rezygnować ze studiów, bo czułam, że mogę się wiele nauczyć.  Pod koniec roku zwróciłam się z prośbą do uczelni o pomoc w łączeniu pracy ze szkołą. Liczyłam na pomocną dłoń ze strony szkoły, ale odbiłam się od ściany z ultimatum: albo aktorstwo, albo kariera muzyczna. Sama utrzymuję się od 15 roku życia i nie chciałam, aby to nagle się zmieniło. Dodatkowo na możliwość kontraktu z wytwórnią czekałam siedem lat, więc wybór był oczywisty.

Myślisz, że udałoby Ci się to pogodzić pracę ze szkołą?

Byłam pewna, że dałabym radę i ze szkołę teatralną, i nagrywaniem muzyki, ale niestety nie dostałam takiej szansy. Stanęłabym na rzęsach, żeby podołać i rozwijać się na tych dwóch płaszczyznach.

Nie odnalazłaś się w realiach szkoły teatralnej?

Nie bardzo. Przyznaję otwarcie, że w szkole nie czułam się najlepiej. Najbardziej jednak irytowało mnie podejście ludzi, którzy próbowali władować nam do głów, że aktorstwo to jest misja, że to jest pewnego rodzaju błogosławieństwo. Młodzi ludzie, którzy dostają się do szkoły, mają wyimaginowany, różowy obraz tego zawodu, ale rzeczywistość szybko daje im zimny prysznic. Z mojej perspektywy takie podejście jest bardzo krzywdzące.
Z jednej strony mówili, że to jest szkoła rzemieślnicza, z czym się zgadzam w 100 procentach, z drugiej – wciąż słyszeliśmy o błogosławieństwie i misji aktora. Szukałam spójności, ale jej nie znalazłam. Liczyłam na to, że ktoś będzie dbał o moją indywidualność i będzie ona fundamentem do budowania dalszej scenicznej kariery, a w rezultacie, z tygodnia na tydzień, czułam, że zamykam się w sobie i nie do końca pasuję do obowiązujących tam szablonów. Oczywiście, wtedy nie potrafiłam tego wszystkiego nazwać i dopiero teraz widzę to wszystko wyraźnie.

Trudno było Ci ostatecznie pożegnać się ze studiami?

Miałam bardzo mało czasu na podjęcie decyzji. Wszystko działo się szybko. Kiedy ostatni raz wychodziłam ze szkoły teatralnej, niemalże od razu pojechałam na próby z zespołem. Mówiąc szczerze, życie wybrało za mnie.

Pogadajmy w takim razie o muzyce. Jak skompletowałaś zespół?

Od początku wiedziałam z kim chcę pracować i całe szczęście wytwórnia dała mi wolną rękę. To zaznajomieni, utalentowani artyści z różnych zakątków świata.

Podzieliliście się pracą?

Napisałam piosenki i melodię. Dużo pracowaliśmy na demówkach, które nagrywam w domu na komputerze. Wspólnie aranżowaliśmy i dopieszczaliśmy każdy dźwięk.

Dopełniacie się?

Zdecydowanie! Jestem otwarta na pomysły z zewnątrz i jeśli ktoś ma super pomysł, to oczywiście z niego korzystamy. Jeśli coś jest dobre dla piosenek, bierzemy to. Pracujemy w grupie i choć potem wszystko podpiszemy jako Ofelia, to ja wiem, że bez chłopaków
z zespołu nic by nie powstało. To jest w tym najcudowniejsze. Robienie świetnych rzeczy
z fajnymi ludźmi. Często nie umiem nazwać niektórych dźwięków, brakuje mi profesjonalnych terminów ale wtedy nucę, robię onomatopeję, a chłopcy cierpliwie słuchają i próbują to przełożyć na instrumenty. Mają do mnie wielką cierpliwość! Ogromny udział w tej pracy miał producent Jurek Zagórski.

To brzmi jak spełnienie  marzeń młodej artystki. Znaliście się z Jurkiem wcześniej?

Pamiętam, że jak usłyszałam płytę Prąd Natalii Przybysz, którą produkował Jurek, miałam takie wooow i natychmiast pomyślałam, że chciałabym kiedyś móc z nim pracować. Jego wszechstronne zdolności muzyczne i zaplecze artystów, z którymi pracował są imponujące. Nastawiłam się bardzo entuzjastycznie na myśl o takiej współpracy
i pamiętam, że nawet szukałam go na Facebooku żeby nawiązać jakiś kontakt.

I udało się.

Na początku było dosyć dziko. Byłam bardzo ostrożna w pracy.  Po pierwszym dniu w studio już wiedziałam, że się dogadamy. Jurek traktował mnie jak szefa (śmiech), a mogę nim być, bo widzi, że wiem czego chcę i wzajemnie sobie ufamy. W moich pierwszych zespołach z facetami zazwyczaj było tak, że oni mnie przekrzykiwali, bo byłam jedyną dziewczyną i byłam najmłodsza, a ja potulnie słuchałam i nie mogłam się przebić. Teraz to się zmieniło. Zabrzmi to śmiesznie, ale po obcięciu włosów dostałam totalną siłę i to ja teraz rządzę! (śmiech) Pracuję z siedmioma facetami, którzy przyszli pracować ze mną, bo uważają, że razem możemy robić fajną muzykę. Cierpliwie siebie słuchamy, docieramy się i szanujemy. To bardzo ważne!

A Ty jesteś cierpliwa?

Jestem, ale jednocześnie jestem perfekcjonistką. Wszystkiego doglądam, zmieniam do ostatniej chwili. Mam potrzebę kontroli i dopracowywania szczegółów, a to – jak wiadomo –  trwa. Na szczęście powoli uczę się odpuszczać, bo wiem, że niektóre sprawy muszą się zadziać i moja ingerencja w nie nic nie zmieni. To trudna lekcja, ale widzę efekty. Ostatnio nagrywałam chórki do piosenki i po kolejnej próbie jakiejś wokalizy stwierdziłam, że powinniśmy to poprawić, w pewien sposób upiększyć. Kiedyś nagrywałabym to do momentu, aż nie miałabym zastrzeżeń, a teraz? Przysiadłam, posłuchałam i nawet stwierdziłam, że mi się to podoba, że jest to nieoszlifowane, dziwne ale przez to ciekawsze.

Brud w muzyce jest dla Ciebie ważny?

Absolutnie! To nadaje piosenkom dodatkowych wartości.

Piszesz muzykę i teksty – co jest ważniejsze?

Muzyka. Jak słyszę muzykę, to od razu w niej jest treść. Ostatnio usłyszałam hiszpańską wokalistkę Rosalie –  śpiewa w swoim języku, którego ja nie znam, ale mimo to chce mi się płakać ze wzruszenia jak jej słucham. Gra muzykę naszpikowaną emocjami, a one są dla mnie najważniejsze. Słucham Kendricka Lamara i też nie muszę wiedzieć o czym on śpiewa, bo energia i muzyka mnie porywają. Natomiast jeśli chodzi o polskie piosenki, nie umiem ich słuchać, nie zwracając uwagi na tekst. To mój muzyczny patriotyzm. (śmiech)

To duża odwaga pisać piosenki po polsku.  Zawsze wiedziałaś, że będziesz śpiewać w swoim języku?

To dużo trudniejsze, ale ja lubię wyzwania. Język polski ma przepiękną melodię. Całą płytę napisałam po polsku, bo w tym języku myślę, on działa na moje emocje i bardziej mnie dotyka. Jako słuchacz wiem, że ludzie więcej uwagi przykładają do piosenek w języku polskim. Zewsząd otaczają nas amerykańscy bądź brytyjscy artyści i z tymi utworami jesteśmy bardziej osłuchani, co nie znaczy zżyci. Sama słucham więcej zagranicznych artystów, a polskich tylko wtedy, kiedy podejmują próbę śpiewania po polsku. Niewielu mamy artystów, którzy potrafią napisać niebanalny tekst, a leniuchy sięgają po angielski, bo jest szybciej, łatwiej. Z polskiego środowiska ciekawie piszą Kasia Lins, Fisz Emade
i niezmiennie od lat Maria Peszek.

Nie myślałaś o tym, żeby poprosić jakichś wybitnych tekściarzy o teksty piosenek na płytę?

Nawet przez moment. Od początku wiedziałam, że chcę – na tyle na ile umiem –  wszystko robić sama. Moim największym muzycznym marzeniem jest wyprodukowanie całego albumu samodzielnie. Myślę, że byłoby to wielkie wyzwanie, a ja chcę wszystko wziąć na klatę. Cieszyłabym się nadzwyczajnie, gdybym mogła w przyszłości powiedzieć, że od początku do końca zrobiłam płytę sama. Dążę do niezależności, a dzięki zespołowi i producentowi, mogę się tego uczyć.  Teraz jest jeszcze za wcześnie, ale może przy trzecim albumie? Póki co muszę skompletować profesjonalny sprzęt i krok po kroku tworzyć własne studio. Od dłuższego czasu nie działa mi karta dźwiękowa w komputerze, a piec od gitary oddałam do naprawy, więc domowe nagrywki póki co wstrzymałam, ale jak usiądę przy komputerze, to mogę tak spędzić tydzień. Zachowuję się jak kucharz. Dodaję poszczególne składniki – dźwięki i próbuję, odsłuchuję. Pasjonuje mnie takie zajęcie. Wpadam w wir i robię przerwy jedynie na toaletę i picie. Jestem wtedy bardzo cierpliwa i uwielbiam tak dłubać w dźwiękach. To największa radość.

Co jest Twoim źródłem szczęścia na co dzień?

Niewymaganie od siebie niemożliwego. Jeśli chcesz zbyt wiele, nigdy nie doskoczysz do tego. Trzeba liczyć siły na zamiary, ale broń boże nie traktować siebie zbyt pobłażliwie. Fundamentalne było nawiązanie dobrych relacji z samą sobą. Fajnie jest żyć ze sobą w zgodzie i myśleć o sobie pozytywnie, ale to nie przychodzi samo. Musiałam ciężko pracować nad swoim nastawieniem do świata, do ludzi wokół i przede wszystkim do siebie. To była harówka, ale opłacało się. Życie jest sinusoidą i zdarzają mi się beznadziejne momenty, ale zawsze łatwiej sobie z tym radzić jeśli żyjemy ze sobą w zgodzie.

Masz dużo przyjaciół?

Znajomych mam wielu, ale przyjaciół naprawdę garstkę. Jeśli już łączą mnie z kimś relacje, to są bardzo bliskie. Mam pięciu najbliższych ludzi i o te relacje chcę dbać i im poświęcać czas. To mi wystarcza. Z niektórymi również pracuję i udowadniam, że da się łączyć ze sobą zawodowe sprawy i prywatne. Rozdzielam te dwa światy i nie przenoszę niedomówień i żali z jednego do drugiego. Mój chłopak też jest zaangażowany w tworzenie tej debiutanckiej płyty i oczywiście, że się sprzeczamy, ale w efekcie jest to szalenie twórcze. Zawsze chciałam spełniać marzenia z ludźmi bliskimi mojemu sercu i teraz to się dzieje.

Podczas koncertów spotykasz się z fanami, a w sieci śledzi Cię blisko 60 tys. obserwatorów. Kim są dla Ciebie ci ludzie? Jaki masz do nich stosunek?

Jest mi niezmiernie miło, że są ludzie którym podoba się to co robię i działa na mnie krzepiąco, kiedy docierają do mnie słowa wsparcia od ludzi, dla których mogłabym być obojętna. Wzrusza mnie taka bezinteresowna życzliwość. Zaskakuje mnie, kiedy dostaję wiadomość, że to co robię – np. na Instagramie – poprawia im humor i inspiruje ich. Dzięki temu mam ochotę dla nich tworzyć. Ta relacja z odbiorcami to samonapędzająca się maszyna. Jeżeli na koncercie publiczność żywo reaguje, chcę dać od siebie jak najwięcej. Tak samo działa to w sieci. Lubię dialog z odbiorcami. To mnie nakręca.

 

Zdjęcia wykonała Oksana Severova.

Milena Fringee

Kojarzę słowa w pary - żongluję nimi, na pozór karłowate, scalam w finezyjne duety

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany