Nie kocha się powtarzalności – rozmowa z Piotrem Polkiem

Opowieść o miłosnej obsesji wraz z rozwojem akcji przeobraża się z początkowej lekkiej opowiastki obyczajowej w thriller psychologiczny… Tak rozpoczyna się opis spektaklu Akompaniator w reżyserii Adama Sajnuka, gdzie w tytułową rolę wciela się Piotr Polk. Tuż przed warszawską premierą sztuki rozmawiamy o tym, jak ważni są spotkani na zawodowej drodze mistrzowie i czy aktor ma prawo obrażać się na widza.

Czy zaczynając swoją przygodę z aktorstwem, był Pan bardziej nastawiony na pracę w teatrze czy w filmie?

Film był mi tematem rozpoznawalnym, ponieważ w tych moich małych Kaletach, w których się urodziłem, miałem z nim kontakt na zasadzie kino-widz. Najbliższy zawodowy teatr był albo w Katowicach, albo w Częstochowie, ale to już było trzydzieści, czterdzieści kilometrów. Dojazd do niego był wtedy niezłą wyprawą, a nikt poza mną nie był tak naprawdę tym zainteresowany. Pierwszego żywego aktora zobaczyłem, będąc w Warszawie na wycieczce szkolnej. Byliśmy wtedy w Teatrze Narodowym za dyrekcji Adama Hanuszkiewicza. Zobaczyliśmy Męża i żonę z Krzysiem Kolbergerem, Danielem Olbrychskim, Jadwigą Jankowską-Cieślak… Potem widziałem jeszcze z okna autokaru Jana Englerta, który jechał swoim samochodem. Kolejnego aktora poznałem, gdy przyjechał na spotkanie z młodzieżą do Kalet, do mojego technikum. Nikomu nie był on wówczas znany, mnie też nie, ale słuchałem go z zapartym tchem. O teatrze wiedziałem tyle, że jest, że jest to bardzo fajna rzecz. Nie było wtedy we mnie takiego przekonania, że muszę robić tylko to i nic innego, nawet o szkole filmowej myślałem po prostu tyle, że spróbuję, natomiast bez większej nadziei na to, że się uda. Nie byłem zaszczepiony pokoleniową miłością do sztuki aktorskiej, do sztuki teatralnej.

Szkoła teatralna te relacje odwróciła. Zacząłem odczuwać ogromną przyjemność bycia w teatrze, patrzenia na teatr, na tę ulotną chwilę. Bo to jest coś w rodzaju magii. To jest coś tak ulotnego, że jednocześnie wartego poświęcenia większej uwagi, atencji, ale też i miłości. Bo miłość – do wszystkiego i do wszystkich – polega mniej więcej na tym, że kocha się tę niepowtarzalną chwilę, bo jest najpiękniejsza. Nie kocha się powtarzalności.

Wielokrotnie podkreśla Pan, jak ważne na początku drogi zawodowej były Pana spotkania z mistrzami.

Na początku drogi zawodowej każdy jest twoim mistrzem. W szkole filmowej dostaliśmy się pod skrzydła Jana Machulskiego – osoby bardzo popularnej, cenionej. Było także mnóstwo cudownych profesorów, nauczycieli, których nazwiska czasem nie były nikomu znane, ale byli fascynującymi ludźmi. Ale wiadomo, szkoła to szkoła – to my prezentowaliśmy nauczycielom, rzadko kiedy oni nam. Oni tylko wspierali, wytyczali kierunki, czasem uchylili rąbka swojego talentu…

Potem miałem szczęście trafić pod skrzydła Adama Hanuszkiewicza jako reżysera, z którym zrealizowaliśmy Cyda. To był mój debiut teatralny, moment zmierzenia się z prawdziwym teatrem. Z reżyserią, z kostiumami, ze światłem, z muzyką… To była potężna dawka pięknej pracy teatralnej, nawet tej domowej, ponieważ kręciłem wtedy film i Hanuszkiewicz zgodził się kilka prób przeprowadzić w mieszkaniu. Przychodził z panem Henrykiem Machalicą, grającym mojego ojca i tam próbowaliśmy, czego świadkiem była moja mama.

Po szkole filmowej wylądował Pan w Teatrze Studio w Warszawie.

Kiedy rok po studiach, przyszedłem do Teatru Studio, miałem szczęście spotkać się z cudownymi aktorami. Z Markiem Walczewskim, z Piotrem Fronczewskim, z Olgierdem Łukaszewiczem, z Tadeuszem Łomnickim, z Teresą Budzisz-Krzyżanowską. Można by wymieniać bez końca… Tak naprawdę to była dopiero szkoła. Podpatrywałem, jak oni to robią, jak budują role, jak do tego dochodzą… Spijałem z ust każde ich słowo, każdy pomysł. To, co było najcenniejsze, to sama postać Jerzego Grzegorzewskiego. Dzisiaj takich Grzegorzewskich próbuje być wielu, w tamtych czasach Grzegorzewski był jeden. Nie był ani aktorem, ani reżyserem, był teatralnym malarzem inscenizacji o interpretacji. Zawsze wymagał od nas, by tworzyć coś ponad to, co jest napisane i co jest wiadome.

W życiu – teatralnym i nie tylko – można robić mnóstwo różnych dziwnych rzeczy. Czasem komercyjnych, czasem niezrozumiałych, ale każdy kontakt z takimi wybitnymi osobami jest niezwykle cenny. On pokazuje wielowymiarowość jednego tematu. Nic nie jest czarne ani białe. Wszystko może mieć zupełnie inne barwy.

Myślę też, że ci mistrzowie nie skończyli się u mnie w czasach szkoły i pierwszych paru latach bycia w Teatrze Studio. Mistrz nie musi mieć siwych włosów, nie musi być w dojrzałym wieku, ani też nie musi mieć na półkach kilkudziesięciu nagród. Mistrz może być kimś bardzo młodym. Bo i on uczy cię czegoś nowego. Swoją wrażliwością i pokoleniowym rozumieniem. Al Pacino przyznał się kiedyś, że jeśli pozwala mu na to czas, to raz, dwa razy w tygodniu chodzi na lekcje aktorstwa. Na pytanie czy jemu potrzebny jest nauczyciel aktorstwa, odpowiedział: tak, ten chłopak ma 24 lata. On go nie uczy aktorstwa. Ten młody człowiek uczy go komunikacji z młodym widzem.

W którymś z wywiadów porównał Pan sposób pracy Grzegorzewskiego z tym, jak pracuje Adam Sajnuk, reżyser spektaklu Akompaniator, który 12 listopada będzie miał warszawską premierę w Teatrze Warsawy. Jak wyglądała praca nad tym spektaklem?

Adamowi pewnie nigdy nie przyszłoby do głowy, żeby wziąć tekst sztuki, która jest komedią z fragmentami farsowymi. To nie jest jego świat. Mnie i Edycie Olszówce spodobał się pomysł, żeby tę komedię przerobić na coś więcej. Żeby pozostał temat jako kwintesencja, zależność między artystą a jego psychofanem, człowiekiem chorym psychicznie. Praca z Adamem polegała na tym, że nie miało tak naprawdę znaczenia co się mówi, tylko jak się mówi w określonych okolicznościach . To, co oczywiste, nie jest już wtedy takie oczywiste. Powiedzieć dzień dobry można na tysiąc sposób.

Adam ma pewien teatralny słuch, jak Grzegorzewski. Chodzi o słuch do słowa, do emocji, do klimatu. Jednocześnie jest aktorem i potrafi niektóre rzeczy przełożyć na język aktorski, co pozwala przyspieszyć cały proces tworzenia.

Tak jak reżyser uczy się aktorów, aktorzy uczą się reżysera. To wymaga skupienia, szacunku i zaufania. Najczęściej aktor traci to zaufanie w momencie, gdy reżyser każe mu zrobić coś przeciwko sobie. Gdy reżyser każe ci się zbrzydzić, budować swój nowy, nieznany majątek autorski. Gdy namawia, żeby zrobić coś zupełnie innego. Coś co będzie cię męczyć, uwierać… Aktorstwo polega w dużej mierze na doświadczaniu czegoś, czego się jeszcze nie dotknęło, a nie na odcinaniu kuponów tego, co świetnie nam kiedyś wyszło. O ile w komercyjnych filmach czy telewizyjnych produkcjach to się udaje, o tyle teatr tego nie znosi. Każdy kolejny spektakl musi wymagać od aktora czegoś więcej. Nie można utopić się w stojącej wodzie. Jak tonąć, to raczej w wartkim nurcie.

Akompaniator to spektakl dwuosobowy. Łatwiej gra się takie kameralne sztuki czy jednak spektakle wieloobsadowe?

To zależy nie tyle od ilości osób na scenie, o ile od tego, co my na niej robimy. Dwuosobowa sztuka wymaga niesłychanego rygoru, energii, skupienia. Na scenie jesteś tylko ty i twój partner. Nie możesz zejść ze sceny, przypudrować nos i wrócić w blasku. W sztukach wieloosobowych odpowiedzialność rozkłada się na kilka osób. W przypadku sztuki dwuosobowej nie możesz powiedzieć: ja byłem świetny, a ktoś inny nie. Jest inny podział energii, zależności, zrozumienia, partnerstwa. Spektakl dwuosobowy jest rodzajem małżeństwa. Trzeba iść na kompromisy, trzeba się i pokłócić, i pokochać. W przypadku Akompaniatora jest to o tyle trudniejsze, że ta sztuka wymaga ode mnie i Edyty użycia niewyobrażalnych emocji. Pewnego rodzaju ekshibicjonizmu, zrzucenia aktorskiej maski, pokazania tak zwanego body world. Nie mamy tej kolorowej, wypacykowanej, przykrytej fluidem z brokatem skorupy. W końcu to opowieść o dwójce uzależnionych od siebie ludzi.

W tej sztuce najpiękniejsze jest to, że bez konsekwencji możesz się zmierzyć się z tym, co cię przeraża. Zagranie psychopaty wyzwala w tobie cudowną pracę nad wyobraźnię. Zawsze podkreślam, że jest pewien gatunek ról, które nie cieszą się popularnością wśród widzów, ale cieszą się ogromną popularnością wśród aktorów. Zagranie dobrego człowieka, jakim się potencjalnie jest, nie jest żadnym wyzwaniem. Wystarczy nauczyć się tekstu i już. A tutaj trzeba pokazać, że w tym przyzwoitym ciele mieszka ktoś obcy. I jeśli to się udaje, to trzeba się cieszyć, bo udało się ludzi trochę oszukać.

Jaką rolę odgrywa w tym spektaklu muzyka?

To jest spektakl o diwie i jej akompaniatorze. Oni nie grają na próbach w szachy, nie rozwiązują krzyżówek. On siada przy fortepianie, ona śpiewa. Muzyka jest wpisana w temat. We wszystkich dotychczasowych interpretacjach tej sztuki osobą, która wydawała z siebie muzykę była ona. U nas jest sytuacja trochę odwrócona. U nas jest to historia o nim i wyimaginowanym przez niego związku.

Cały spektakl jest bardzo muzyczny, ale muzyczny przez teatralne ucho. Bohaterowie sami są instrumentami, na których grają. Pauza w muzyce i cisza w tym spektaklu są rodzajem dźwięków.

Akompaniator Sajnuka premierę miał w lutym 2018 roku w Teatrze Muzycznym w Toruniu. Aktorzy często podkreślają, że zupełnie inaczej gra się w stolicy niż w innych miastach w Polsce.

Jest w tym sporo racji. Ludzie w mniejszych miastach podchodzą do teatru jak do święta. W związku z tym przygotowują się do tego, jakby mieli wychodne. Fryzjer, kosmetyczka, najlepszy strój… Warszawa często przychodzi z ulicy. Jeśli nie uda im się wejść do tego teatru, to za czterysta metrów napotkają następny. Oczywiście są też tacy warszawscy widzowie, którzy przychodzą stale do teatru, przychodzą na konkretnych aktorów czy reżyserów, oglądają po kilka razy te same sztuki. Oni mają inne podejście.

Teatr dramatyczny stał się takim Cinema City. Z drugiej strony – jest to naturalne, świat się zmienia. Nieważne co masz na sobie – czy krawat, koszulę i garnitur, czy T-shirt, podarte spodnie i trampki, ważne, żeby ten teatr dawał ci przyjemność, żeby coś po tym teatrze w tobie zostało. Tych przeżyć nie warunkuje strój.

Każdy widz jest ważny.

Widz jest w teatrze świętością. Adam Hanuszkiewicz został zapytany kiedyś po sztuce: Panie Adamie, o czym Pan chciał zrobić spektakl? Adam zarzucił wtedy szalik i paląc piątego papierosa, odpowiedział: A może ja odwrócę to pytanie i zapytam Panią – jak Pani to odebrała? Padła odpowiedź, że to było o przemijającej miłości. Chciałem właśnie to zrobić, dziękuję Pani – odpowiedział Hanuszkiewicz. Na to samo odwrócone pytanie ktoś odpowiedział, że dla niego był to spektakl o bezsilności. Co na to Adam? I o tym właśnie chciałem zrobić spektakl.

Na widza nie można się obrażać. Tak samo nie można się obrazić, że ktoś lubi Nowy Teatr, a ktoś inny Teatr Kwadrat. Nie można powiedzieć, że sztuki Levina są genialne, a farsy są kiepskie. Każdy rodzaj dramaturgi niesie i wyzwania i konkretnego odbiorcę. Człowiek potrzebuje różnych bodźców.

 

Fot. Monika Siwak

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany