„7 uczuć” – wszyscy jesteśmy źle wychowani

Nie od dziś wiadomo, że ogromny wpływ na nasze życie – na życie dorosłych ludzi – ma  dzieciństwo. Banał nad banałami, ale zarazem prawda objawiona. Skoro fundamentem każdego człowieka jest ten wczesny etap życia (przeżyte chwile, emocje, których doświadczyliśmy i ludzie napotkani w tym okresie), aby dowiedzieć się czegoś więcej o nas współczesnych, nieuniknione jest cofnięcie się właśnie do tego czasu.

Wystarczy chwila, dosłownie moment, aby migawki z dzieciństwa same wyświetlały się w pamięci. Są chaotyczne, lekko wyblakłe, przykurzone, ale kiedy zaczynamy się im przyglądać, analizować je, mówić o nich, okazuje się, że pamiętamy o wiele więcej niż przypuszczaliśmy. Wspomnienia z dzieciństwa to też kolaże z opowieści rodziców, wujków, babć czy starszych kuzynów. Oni wiedzą o nas dużo więcej, pamiętają nas i nasze ówczesne życie. Chętnie o nich opowiadają.  Takie opowieści sprawiają, że mamy poczucie ogromnej wiedzy na temat naszej maleńkości. Osobiście usnułam teorię, że większość tych wspomnień z dzieciństwa nie pochodzi stricte z naszej pamięci, a z częstotliwości opowiadania ich przez ludzi wokół. Osłuchujemy się, oglądamy zdjęcia i już mamy nieodparte poczucie, że pamiętamy wszystko doskonale.

Spędzamy w dzieciństwie 5000 dni, które wpływają nasze całe życie, a z tego pamiętamy 400 godzin. Miesiąc.

Dzieciństwo to nie tylko beztroska, niekończąca się zabawa, rysowanie szlaczków w zeszycie w trzy linie,  zabawy w ciuciubabkę, gotowanie posiłków z trawy i piasku czy adrenalina podczas napadów na sad sąsiadów i skradanie jabłek. To nie tylko kolorowe bajki z happyendem, słodki smak czekoladek w kształcie pieniążka, wycieczki klasowe do McDonaldsa z potwornym zapasem słodyczy w plecaku i poczuciem, że wszystko ujdzie nam na sucho, bo przecież jestem słodkim dzieckiem.

Dzieciństwo to również męka. Twoje zdanie nie ma najmniejszego znaczenia, bo dzieci i ryby głosu nie mają. Jesteś najwspanialszym dzieckiem, ukochanym synkiem czy najwspanialszą córeczką ale tylko wtedy kiedy precyzyjnie pościelisz swoje łóżko, zjesz to czego wprost nienawidzisz, przyniesiesz ze szkoły kolejną piątkę czy będziesz najlepszy w powiecie (bo w klasie to za mało) z ortografii. Kiedy jednak wolisz chodzić na koszykówkę a nie na mordercze lekcje pianina, wybierasz plastykę a nie matematykę jako przedmiot warty uwagi, masz odwagę powiedzieć, że nie zgadzasz się ze zdaniem swoich nauczycieli a nauczenie się skali czy wierszyka na pamięć wykracza poza twoje możliwości – zostajesz potępiony. Rodzice na dzieci przekładają swoje niespełnione ambicje, bo skoro sami nie osiągnęli w życiu tyle ile chcieli, to niech chociaż dzieciak wspina się na wyżyny intelektualne. Niech będzie królem życia. A co jeśli tego nie chce? Nieważne! Ma się uczyć, być posłuszny, ma myśleć tak samo jak my, nie zawracać nam głowy, a wiedzę czerpać od innych, poza domem, bo my nie mamy czasu albo ochoty na tłumaczenie świata.

I o tym właśnie jest nowy film Marka Koterskiego 7 uczuć. O tym, jak dzieciństwo wpływa na naszą przyszłość. Jak wiele komplikuje. Jak ważny jest ten życiowy start, a przy okazji – jak mało przykuwamy do niego uwagi. Dzieci pamiętają więcej niż się dorosłym wydaje.

Adasia Miauczyńskiego znamy wszyscy, bez względu na zainteresowania, styl życia, hierarchię społeczną, ilość zer na koncie i światopogląd. Dorosły Adam, którego poznaliśmy wiele lat temu, to zniechęcony życiem, wrogo nastawiony do wszystkich i wszystkiego polonista, który każdego dnia walczy z niszczycielską rutyną. Aby zrozumieć postawę życiową Adasia Miauczyńskiego, reżyser postanowił wysłać go do psychologa (tej postaci głosu udzieliła Krystyna Czubówna), a ten – jak to zazwyczaj bywa – powiedział kluczowe, tradycyjne: Cofnijmy się do pana dzieciństwa. My – widzowie, cofamy się do tych lat razem z Adasiem. I tu zaskoczenie, Koterski zamiast zaangażować bandę dorastających dzieciaków, zaprosił do tej historii dorosłych, popularnych aktorów, którzy wcielają się w rolę młodocianych istot. W roli głównej – Misiek Koterski, który choć nie należy do aktorów przeze mnie wielce cenionych, sprawdził się doskonale. Naprawdę! 

Poznajemy też rodziców Adasia (Maja Ostaszewska i Adam Woronowicz), starszego brata (Robert Więckiewicz), pierwszą wielką miłość (Katarzyna Figura) i kolegów z klasy (m.in. Andrzej Chyra, Gabriela Muskała, Marcin Dorociński, Małgorzata Bogdańska, Andrzej Mastalerz). Obserwujemy kolejne dni jego życia, które są swoistą sinusoidą: od tańców radości, po paraliżujący lęk. Szamotają nim skrajne emocje, z którymi – jak to dziecko – nie zawsze jest w stanie sobie poradzić. Rodzice – z reguły – nie mają dla niego czasu, a rówieśnicy nie posiadają możliwości, aby pomóc kumplowi z klasy. Bo i jak? Sami są tylko dzieckiem w przykrótkich spodenkach.

Każde dziecko (grane przez dorosłego) na ekranie spełnia funkcję figury, pewnego symbolu. Mając w klasie ponad 20 osób, możemy spodziewać się klasycznego, znanego także z naszych klas podziału uczniów. Mamy klasowego głupka, który jedynie fartem jest w stanie odpowiedzieć na zadane pytanie (w tej roli Andrzej Mastalerz), zapoznajemy się z chłopakiem, który myśli głównie o dziewczynach i sprawach erotycznych (Marcin Dorociński), a także dziewczynkę, która lokuje swoje uczucia w nieodpowiednim chłopaku (Małgorzata Bogdańska), który ją oczywiście odrzuca, zadając bolesny cios, po którym blizna pozostaje świeża przez długi czas. Nie brakuje klasowej piękności, takiej, co sprawia, że chłopcom miękną kolana, jawiącej się jako postać boska (Katarzyna Figura). Jest też tzw. nowy – błyskotliwy, inteligentny cwaniaczek, któremu zazwyczaj wszystko uchodzi na sucho, a jego luz imponuje dziewczynom (Andrzej Chyra). No i wreszcie ktoś, bez kogo nie istnieje żadna klasa, żadna społeczność szkolna, mianowicie – kujonka. Taka osoba, która jeszcze przed zadaniem pytania zna na nie odpowiedź, recytuje z pamięci całe książki i zawsze odrabia prace domowe. Osoba, która innych ratuje przed odpytką i wezwaniem do tablicy, bo zawsze chętnie się wypowie i pochwali swoją nadzwyczajną wiedzą. Wszyscy znaliśmy taką Weronikę Porankowską (w tej roli arcygenialna Gabriela Muskała).  

Film składa się ze scen, które zna się nie tylko z opowieści, ale i z własnego życia. Wszyscy graliśmy w gumę, wydłubywaliśmy inicjały swoich pierwszych miłości cyrklem na ławkach, przekomarzaliśmy się z płcią przeciwną, stosując głupie, ale dosadne piosenki. Wszyscy jak jeden mąż braliśmy udział w szkolnych apelach, żeby się podlizać, rozwinąć, albo uciec ze znienawidzonej przyry. Wszyscy.

Film podany na śmiesznie, momentami bawi do łez, ale – jak to zwykle u Koterskiego – niesie mocne przesłania. Każda chwila na ekranie wyciąga z najbardziej skrywanych szuflad ze wspomnieniami z dzieciństwa historie, których doświadczyliśmy, bądź byliśmy ich świadkami. Widzimy to, czego na co dzień się nie pamięta, nie myśli o tym. Na blisko dwie godziny wsiadamy, w większości nieświadomie, na rollercoaster emocjonalny. W jednej chwili pędzimy wagonem szczerego śmiechu, a za moment przeskakujemy do tego, w którym panuje współczucie, niezgoda, a nawet zakłopotanie.

A! Zapomniałabym! Końcówka filmu z Sonią Bohosiewicz (grającej woźną) na szkolnym korytarzu daje do myślenia. Po seansie najprawdopodobniej zaczniecie się zastanawiać nad współczesnymi Wami i nad tym, jak wiele wydarzeń z tej bardziej lub mniej odległej przeszłości wpływa na Wasze życie. Pomyślicie o swoich dzieciach i tych, które Was otaczają. Bycie dorastającym człowiekiem to naprawdę niezła szkoła życia. Jazda bez trzymanki.

Milena Fringee

Kojarzę słowa w pary - żongluję nimi, na pozór karłowate, scalam w finezyjne duety

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany