Tylko odważni szepczą – rozmowa ze Stanisławą Celińską

Na jednym z koncertów w Szczecinie na widowni siedziało ponad 800 osób. Zbyt dużo by każdego wysłuchać i przytulić. Czy na pewno? Dla Stanisławy Celińskiej nieważne jest czy na widowni jest sto, czy tysiąc osób. W czasie koncertu zawsze przypomni, że można do niej podejść, porozmawiać… Nie przerwie rozdawania autografów w połowie, wysłucha każdego do końca i uśmiechnie się ciepło. Podkreśla, że te ludzkie spotkania są dla niej najważniejsze, bo sztuka to wymiana energii pomiędzy widzem a artystą.

 

Miałyśmy okazję być na Pani koncertach wielokrotnie. Zauważyłyśmy, że Pani muzyka łączy pokolenia. Na widowni siedzą nastolatkowie i starsze panie. Spodziewała się Pani takiego odbioru?

Mnie się wydaje, że ludzi łączy tęsknota za prostotą, za prostymi treściami, za czymś, co trafia bezpośrednio do serca. Współczesne kompozycje bardzo często są takie, że ja mam problem z ich zrozumieniem, nie bardzo wiem o co tym artystom chodzi. Jeden wielki wrzask i popisywanie się tym, że się potrafi śpiewać i umie się krzyczeć. Dla nich nieważny jest słuchacz czy widz, a ważna jest ich własna kreacja i tenże krzyk. U mnie jest zupełnie odwrotnie. Dla mnie najważniejszy jest człowiek, ten człowiek, który siedzi na widowni. Do niego kieruję swoje uczucia, myśli, słowa. Działam zawsze w myśl jednej zasady i często o tym mówię – jeżeli zapytam siebie, czego ja potrzebuje w życiu najmocniej, to okazuje się, że potrzebuję dokładnie tego samego, czego inni ludzie. W głębi duszy wszyscy potrzebujemy pociechy, wsparcia, wysłuchania – prostych, banalnych prawd życiowych, dlatego, że jest ich wokół tak mało. Wszystko wokół zdaje się być bardzo skomplikowane i my się w tym gubimy.

Przyszły do mnie po którymś koncercie kobiety, które po wysłuchaniu piosenki Korali sznur stwierdziły, że muszą sobie kupić korale. To symbol, ale doskonale obrazuje to co kiedyś sprawiało, że kobiety czuły się ważniejsze, odważniejsze i piękniejsze. Jeśli nie wiesz co masz dalej robić, rada jest jedna – załóż korale.

Z prostotą wiąże się szept. Szepcząc, łatwiej jest dotrzeć do ludzi?

Zdecydowanie, choć trzeba się do tego bardziej przygotować, bo szeptu może ktoś nie usłyszeć. Ludzie boją się mówić szeptem, a lęk wynika z tego, że myślą, że bez krzyku znikną, nie będzie ich, zostaną pominięci. Szepczą odważni.

Czy w młodych artystach dostrzega Pani kogoś kto właśnie szeptem potrafi rozmawiać ze słuchaczem i przekazać ważne wartości?

Myślę, że działa tak Kortez. On ściąga ludzi do siebie. Siada przy fortepianie, śpiewa piękne teksty, a publiczność chce wiedzieć co siedzi w jego głowie. Jego popularność wynika właśnie z odwagi. Z tego, że pośród dominującego hałasu jest artysta, który rozmawia ze słuchaczami inaczej, prosto z serca, od siebie. Nie robi show, a skupia uwagę na treści, którą przekazuje, a która jest często intymna.

Nie lubię jak wokaliści śpiewają po angielsku, bo to taki handlowy język. Na szczęście artyści, którzy do tej pory śpiewali tylko po angielsku, uświadomili sobie, że można pisać teksty po polsku i tym trafić do szerokiej publiczności.

Gdzie pisze Pani swoje teksty? Kasia Nosowska tworzy w łóżku, Osiecka pisała w kawiarni, na fragmentach serwetek…

Na działce i w domu mam biurka, przy których lubię pisać. Oczywiście zdarza się, że jakaś myśl pojawia się nagle i zazwyczaj wtedy nie mam na czym tego zapisać. Kiedyś jechałam z przyjaciółką, słuchałam muzyki, którą podesłał mi Maciej Muraszko i zaczął mi się tworzyć w głowie tekst, a nie miałam kartki. Na stacji benzynowej poprosiłam o arkusz papieru i na nim spisałam to co miałam w głowie. Właśnie wtedy, w drodze powstawała piosenka Wybierz się w drogę. Zdarzało mi się pisać też na papierowych torbach. Niesamowite jest to, że te pomysły uciekają, myśli się: A, zaraz to zapiszę, za moment to zrobię, a potem to pryska. Trzeba zapisywać od razu.

Pani teksty powstają spontanicznie czy jednak zakłada sobie Pani ramy czasowe?

Najczęściej piszę spontanicznie, kiedy przyjdzie mi do głowy jakiś temat. Piszę szkielet tekstu, a potem już na nim bazując, zmieniam, ale i radzę się ludzi wokół. Podpytuję przyjaciółkę i Macieja. Najpierw rodzą się tematy, a potem wokół nich myślę nad słowami. Pisząc piosenkę Słowa myślałam nad językiem, jakim się komunikujemy – że mówimy do siebie okropnie, nieprzyjemnie, a powinniśmy zwracać się do siebie delikatnie, z czułością.

Zazwyczaj najpierw powstaje tekst czy muzyka?

Przy okazji Malinowej było różnie. W piosence Już nie trzeba mi – muzyka była najpierw. Przy słuchaniu jej od razu miałam pomysł na tekst. Podobnie było w przypadku Korali sznur. Maskarada powstała w odpowiedzi na wszechobecny pęd i te maski, które się zakłada. Cudem jest świat – najpierw powstał tekst, a następnie muzyka. Nie ma więc reguły.

Myśli Pani, że te teksty przeżywają próbę czasu?

Wprowadzam drobne korekty. Nie wszystko co stworzymy wchodzi od razu na album. Mam kilka, które nie zmieściły się na Malinowej i może wejdą na kolejną płytę. Nie zakładam sobie na siłę jaka ma być ostatecznie płyta, to otwarta kwestia. To praca na żywym organizmie i jej ostateczny koloryt składa się z tych piosenek, które bardziej nas w tej chwili dotyczyły, dotykały, a te pozostałe – może przydadzą się w przyszłości. Korekta pojawia się natychmiast, gdyż moja przyjaciółka od razu czyta to co napiszę. Maciej Muraszko twierdzi, że fajnie wychodzą mi teksty, które piszę do gotowej muzyki.

W swoich tekstach rozjaśnia Pani pewne sprawy, ale nie daje gotowych rozwiązań…

To celowe. Zachęcam ludzi do patrzenia na otaczające sprawy z lekkiego dystansu. Piosenka ma tę siłę, że może przez kilka minut zadziałać bardzo mocno. Chociażby Cudem jest świat. Wychodzę i śpiewam o tym tylko pięć minut. Ale potem ktoś wraca do domu i może to sobie puścić kolejny i kolejny raz. I pomyśleć, zastanowić się, poddać emocjom. Wszystkie teksty, które powstały są w pewnym sensie terapeutyczne, pisałam je z myślą o ludziach, którzy po koncertach, na spotkaniach ze mną, dzielili się swoimi historiami, problemami.

Są też utwory, na których trudno usiedzieć w miejscu.

Mija raz, dwa, Gdzie jesteś dziewczyno? i Korali sznur dają pole do popisu i mogą zachęcić ludzi do wspólnej zabawy i ruchu. Publiczność bije brawo, śpiewa, tańczy. To piękne.

A czy są rzeczy, które przeszkadzają podczas występów?

Jakiś czas temu mieliśmy koncert w Wilanowie i warunki były naprawdę trudne, choć całość była bardzo przyjemna. Za sceną była fontanna, która pluskała, a wokół biegały krzyczące dzieci z balonikami. Muzycy nie słyszeli mnie, ja ich. Poprosiłam matki, żeby zabrały dzieci, bo moja koncentracja na śpiewaniu była w pewnym momencie naprawdę niemożliwa. Tańczące dzieci pod sceną przeszkadzały zresztą nawet nie mnie, ale widowni, ludziom. Elementem przeszkadzającym może być również robienie zdjęć, zwłaszcza kiedy utwór jest poważny, cichy i wymaga skupienia.

Pochodzi Pani z Warszawy i tutaj mieszka. Kilka lat temu wzięła Pani udział w projekcie Nowa Warszawa. Słychać w śpiewanych przez Panią piosenkach czułość do tego miasta.

Mieszkam tutaj właściwie przez całe moje życie. Kiedyś przez rok mieszkałam w Poznaniu, pracowałam tam w teatrze i bardzo zatęskniłam wtedy do Warszawy. Do grobów moich rodziców, którzy są tu pochowani, do Łazienek, do mojej starej, przedwojennej kamienicy… I wróciłam. Ale był też taki moment, kiedy to miasto bardzo mnie zmęczyło. Można powiedzieć, że zaczęłam nie lubić Warszawy za to, że jest taka krzykliwa, wielka, męcząca. Ale kiedy przystąpiłam do tego projektu Nowa Warszawa, to odkryłam w sobie wielką miłość do tego miasta, która wróciła ze wzmożoną siłą. Byłam szczęśliwa, że taka płyta powstaje.

Bardzo przeżywałam pierwszy koncert. Pamiętam, że siedziałam podczas pierwszego utworu, który jest takim wstępem i przypominałam sobie zrujnowaną Warszawę, spacery z babcią, wyjadanie bułek z siatki, ojca grającego na fortepianie… Wyświetlałam sobie w głowie ten film, żeby zaśpiewać te wszystkie piosenki odpowiednim głosem – takim głosem przyprószonym przez gruzy Warszawy. Głosem kobiety, która trochę jest moją mamą, trochę moją babcią, trochę mną.

Zrezygnowała Pani z pracy w Nowym Teatrze u Krzysztofa Warlikowskiego. Gra Pani jednak z Lucyną Malec spektakl Grace i Gloria w Teatrze Polonia. Czy po spektaklu widzowie przychodzą do Pani równie chętnie jak po koncercie?

Podczas grania spektaklu jestem w postaci i nie mogę wprost zapraszać ludzi do siebie. Ale mimo to przychodzą wzruszeni tematami, które ten spektakl porusza. Odkąd śpiewam, odkąd dużo rozmawiam, bardzo się zmieniłam. Kiedyś nie byłam zbyt dobrze nastawiona do ludzi, wolałam zwierzęta. Teraz kocham ludzi coraz bardziej i chcę im tę miłość przekazać.

Pracujecie już Państwo nad materiałem do kolejnej płyty?

Pomalutku. Teraz przygotowuję się do bardzo ważnego dla mnie występu. W listopadzie na 100-lecie niepodległości odbędzie się koncert na Stadionie Narodowym w Warszawie. Napisałam tekst Modlitwy o pokój, będziemy także śpiewali razem z Muńkiem piosenkę Warszawo ma.

Niektóre propozycje odrzucam, bo chcę mieć po prostu czas na pisanie. I na życie, przede wszystkim.

 

Rozmawiały
Iga Herłazińska
Mila Fringee

Fot. Piotr Grzybowski

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany