Chwila wy(Tchnienia) w teatrze

Przyszedł wrzesień i nasze teatralne wędrówki zaczęły się na dobre. A wraz z nimi – zachwyty i rozczarowania, spotkania z (nie)przypadkowymi ludźmi i artystami, rozmowy o tym, co na scenie i poza nią.

Iga Herłazińska: Napisałaś do mnie po obejrzeniu Tchnienia w Teatrze Narodowym wiadomość, że nie wiesz czy ten spektakl by mi się podobał. Niby proste zdanie, ale uśmiechnęłam się do niego, bo pomyślałam sobie, że właśnie to jest cudowne – kiedy ma się ludzi, z którymi chodzi się do teatru, rozmawia po spektaklach i którzy potrafią przewidzieć co może ci się podobać, a co niekoniecznie. Oczywiście rzadko zdarza się tak, że ktokolwiek może przeczuć naszą reakcję – w końcu dość często teatr potrafi zaskoczyć nas samych – ale bardzo lubię, gdy ktoś pisze, że widział to i to, opisuje swoje przeżycia i na koniec odnosi się do mojego gustu. Lubię rozmawiać z takimi ludźmi o teatrze i lubię z nimi chodzić o teatru, bo wystarczy rzucone w trakcie spektaklu spojrzenie, żeby porozumieć się bez słów.

Od czego dzisiaj zaczynamy?

Justyna Potasiak: Może w takim razie od Tchnienia właśnie. To jeden z tych tytułów, które naprawdę chciałabym, żebyś obejrzała – dlatego, żeby dowiedzieć się, na ile nasze gusta znów się pokrywają lub na ile są rozbieżne. Ale też z kilku innych powodów.

Bo jeśli miałabym powiedzieć co w dzisiejszych czasach uważam za odwagę w teatrze, to chyba właśnie jest to robienie takich spektakli jak Tchnienie. Widziałam wiele spektakli minimalistycznych, prostych, dwójkowych, opartych na tekście – ale tu ten minimalizm jest mimo wszystko niecodzienny, bo wręcz ascetyczny. O tyle trudny, że nie pozostawiający złudzeń. Na wstępie widz dostaje jasny komunikat: tu, na tej pustej, pozbawionej jakiejkolwiek scenografii scenie będzie tylko dwójka ludzi i ich historia. I musi Wam to wystarczyć.

IH: A wystarcza?

JP: Wyobraź sobie, że tak. Dwójka aktorów – Justyna Kowalska i Mateusz Rusin – świadomie bierze na siebie odpowiedzialność za tę sztukę. Grają pewnie i lekko jednocześnie. Wypełniają ten tekst sobą, świetnie odnajdując rytm spektaklu – który daleki jest od precyzyjnego, teatralnego rytmu. Przypomina on raczej coś typowego dla codziennego życia – urywanego, zaskakującego, nacechowanego całą gamą różnorodnych emocji. Z przyjemnością słucha się tego, co mówią, krążąc wokół fascynacji, obaw i frustracji swoich bohaterów.

Tchnienie w Narodowym to więc nie tylko osobisty triumf debiutującego w roli reżysera Grzegorza Małeckiego. To przede wszystkim piękny przykład tego, że warto ufać aktorom – ich talentowi, pasji, pracy. Wychodzą na scenę i robią to, co potrafią najlepiej. A reżyser? Jest i nie ma go jednocześnie. Realizuje pomysł, prowadzi, ale nie przytłacza widza swoją wizją. Wręcz przeciwnie – miałam raczej poczucie, że w tej historii bardzo pilnuje się, by nic nie było nadpowiedziane. Spektakl po prostu dzieje się na naszych oczach i działa – na emocje, wyobraźnię, wrażliwość. Słuchamy historii pary, która znajduje się w ważnym dla nich momencie – na etapie planowania powiększenia rodziny. Zdają sobie jednak sprawę z tego, że to decyzja niełatwa, gdy weźmiemy pod uwagę świat, w którym Nowy Człowiek ma dorastać. W związku z tym podążają za tym, na co próbuje zwrócić uwagę Duncan Macmillan, autor dramatu: na problemy współczesnego świata – dotyczące tego, co między ludźmi i tego, co wokół nas. A wszystko z dużą dawką zdrowego dystansu.

I wiesz co? Muszę przyznać, że piękny jest taki teatr, piekielnie…uroczy! I czuły. Taki na szczyptę zachwytu, małe wzruszenie, uśmiech. I oddech. Tchnienie właściwie.

IH: Dobrze jest czytać takie słowa i dobrze jest wiedzieć, że istnieją odważni ludzie, którzy nie boją się w teatrze postawić wszystkiego na jedną kartę (w tym przypadku – na aktorów), a jednocześnie nie są w tej odwadze megalomańscy, rozkrzyczani. Niestety mam wrażenie, że ja ostatnio ląduję jedynie na spektaklach takich właśnie reżyserów.

Obejrzałyśmy we wrześniu Żaby Borczucha w Teatrze Studio. Po mojej ostatniej miłej przygodzie z reżyserem – bardzo podobała mi się Apokalipsa, opowiadająca o Fallaci i Pasolinim – szłam na spektakl z nadzieją, że przeżyję miły wieczór. Mniej więcej po dwóch minutach przestałam tę nadzieję tracić, a po pierwszej połowie byłam już pewna, że nie spotka mnie nic dobrego. Czy taki rodzaj sztuki nazwać można w ogóle teatrem? Brak skupienia wśród aktorów, żenujące improwizacje i teksty, których wolałabym nigdy nie usłyszeć nie układają się w mojej głowie w słowo spektakl. Żaby – oparte na fragmentach komedii greckich Arystofanesa (Żaby, Chmury, Ptaki) i powieści Krzysztofa Niemczyka Kurtyzana i pisklęta – poruszają temat seksualności człowieka i relacji hetero- i homoseksualnych. Można rzec – nic nowego. Czy Ty również masz wrażenie, że większość współczesnych sztuk skupia się jedynie na fizycznym aspekcie człowieka, robiąc to na dodatek w sposób wulgarny, obdarty z jakiejkolwiek czułości i empatii?

JP: Niestety tak. I przyznaję: autorski teatr Borczucha jest teatrem, którego nie rozumiem. (Matka swojej matki to zdaje się jedyny dotychczas znany mi wyjątek) I jeśli mam być szczera, niespecjalnie interesuje mnie to, co mówią jego zwolennicy – żeby po powrocie do domu przemyśleć, przeanalizować, doczytać, rozłożyć spektakl na części i zrozumieć. Naprawdę? Wydaje mi się, że takie myślenie niewiele ma wspólnego z tworzeniem dla widza – i tego w teatrze nie lubię najbardziej. Tego braku równowagi pomiędzy chęcią stworzenia czegoś swojego, opowiedzenia o czymś swoim językiem a szacunkiem dla widza – który może niekoniecznie ma ochotę dociekać o co właściwie twórcom chodziło i z jakiego powodu chcieli, by zatrzymał się na tę godzinę, dwie, trzy…

A to, co irytuje mnie w Żabach najbardziej to właśnie to, o czym wspominasz: brak jakiegokolwiek porządku, dyscypliny. Nie ma tu ani historii, ani celu. W zasadzie na scenie mogłoby się wydarzyć cokolwiek – nie byłabym bardziej zdziwiona niż byłam. Aktorzy mogli wchodzić na scenę i schodzić z niej kiedy chcieli. Mogli być w jakiejś roli lub nie być w niej nawet przez chwilę. Granice improwizacji i sztuki właściwie nie istniały. Cały spektakl to po prostu chaos, z którego trudno wyłowić cokolwiek wartościowego – dobre aktorstwo, jakąś cenną emocję, czy przesłanie. Dla mnie niestety też było to doświadczenie z cyklu: wolałabym o tym jak najszybciej zapomnieć.

IH: Inaczej jest w Irańskiej konferencji Wyrypajewa, spektaklu Teatru Dramatycznego w Warszawie. Tam nie ma miejsca na improwizacje. Przed wejściem na salę widzowie dostają słuchawki. Sztuka jest w języku angielskim, więc lektor tłumaczy na bieżąco przemówienia podchodzących kolejno do mównicy aktorów. Moje słuchawki były akurat zepsute i chyba tylko to uratowało mnie przed wpadnięciem w ramiona Morfeusza. Starałam się być skupiona, żeby nie umknęło mi żadne słowo. Po pewnym czasie zupełnie zapomniałam, że jestem w teatrze, czułam się, jakbym przeniosła się na wykład na studiach albo jakbym znalazła się na prawdziwej konferencji poświęconej sytuacji Iranu. Jeśli taki był zamysł Wyrypajewa, to gratulacje, udało się. Jeśli jednak chodziło o coś więcej, to z mojej strony była to nieudana próba. Przez dwie godziny po głowie chodziło mi tylko jedno pytanie: co reżyser robił na próbach? Bo chyba nie reżyserował – nie było tam specjalnych zwrotów akcji ani skomplikowanych sztuczek teatralnych. Ot, konferencja.

JP: Ja nawet rozumiem pomysł Wyrypajewa, niekoniecznie jednak doceniam to, że skłonił się akurat ku takiej formie. Bo jest dokładnie tak jak piszesz – konferencja z samego swojego założenia jest… nudna. No przepraszam, ale schemat: wyjście prelegenta, pytanie, wyjście kolejnego prelegenta, drobne zakłócenie itd. itd.… to przecież po pewnym czasie musi człowieka znużyć. Zwłaszcza jeśli widz siedzi nieruchomo w fotelu przez dwie godziny, ze słuchawką tłumaczącą przy uchu i wsłuchuje się w monologi, które o samą sprawę irańską, będącą tematem przewodnim spektaklu, rzadko zahaczają. Trudno w takich okolicznościach skupić się na całości każdego z wystąpień i na problemie, nie wspominając już o aktorstwie, które przy tym formacie ginie. I może gdyby każdy z aktorów wyszedł z założenia, że po prostu ma wyjść i coś opowiedzieć, to nie byłoby to takie rażące. Problem pojawia się wtedy, gdy opanowany i surowy prowadzący Krzysztof Kumor, staje ramię w ramię z Magdaleną Górską, która w tym samym momencie usiłuje stworzyć postać – i nadużywa aktorstwa do takiego stopnia, że wymyka się schematowi Wyrypajewa, bo nie opowiada, tylko gra, gra, gra…

Dużo ciekawszym doświadczeniem był premierowy projekt Rafała Rutkowskiego i Teatru Papahema na scenie Teatru WARSawy – Niepodległość słoików. To połączenie stand-upu z teatrem lalek stanowiło… hmmm, ciekawe rozwiązanie. Tym razem jednak cały mój zachwyt zebrali białostoccy aktorzy – ich popisy z muppetami w roli głównej były naprawdę genialne! Pełne humoru i wielkiego talentu do animowania postaci. Nie przekonała mnie jednak treść – jako warszawski słoik chyba inaczej postrzegam ten temat. Brakowało mi żartów, z którymi mogłabym się utożsamić – takich zaczerpniętych z historii, w których uczestniczymy, mieszkając w Warszawie na co dzień. Podobne odczucia miała moja osoba towarzysząca, stąd wrażenie, że nie były to jednak anegdoty typowe dla słoików stosunkowo świeżych. Nie wiem, może kiedyś słoiki w Warszawie miały inne przemyślenia i to ich dotyczyło to całe show…

IH: Miałam nadzieję, że jeszcze w tym tekście napiszemy o Deprawatorze Teatru Polskiego, ale niestety – zainteresowanie spektaklem jest tak duże, że nie udało się na niego dostać premierowo. Wiążę z tą sztuką nadzieję, która jest wynikiem zaufania do Macieja Wojtyszki (autora scenariusza i reżysera), podziwu, jakim darzę obsadę (w rolach głównych Andrzej Seweryn i Wojciech Malajkat), jak również ciekawości tematem. Kolejne spektakle 2. i 4. października – biletów brak, ale o wejściówkę zamierzam dzielnie zawalczyć.

Kulturadogorynogami

Po prostu: redakcja do góry nogami!

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany