„Kler” bez spoilerów

Zacznijmy od tego, że nie jestem fanką filmów Smarzowskiego. Tak po prostu, to nie jest mój reżyser. Wolę filmy subtelne od tych brutalnych – to mój główny argument i nic więcej w tej kwestii nie mam za bardzo do dodania. To, że nie przepadam za filmami Smarzowskiego, nie oznacza jednak, że uważam go za złego reżysera. Wręcz przeciwnie – szanuję jego odwagę i chęć robienia filmów o czymś i po coś, co niestety staje się coraz rzadszym zjawiskiem.

O czym jest Kler chyba już wszyscy wiedzą. I ci, którzy go zobaczyli bądź planują zobaczyć, i ci, którzy z takich czy innych względów nie mają zamiaru się na niego wybrać. O tym, że jest to film mocny, ale bardzo ważny wiedzą ci pierwsi. O tym, że jest to film antyklerykalny, niemoralny i antypolski – wiedzą ci, którzy jeszcze go nie widzieli, ale już mają świadomość, że zobaczyć go nie chcą, bo taki właśnie jest. Zdaję sobie sprawę, że nie brzmi to sensownie. Bo i trudno by mogło brzmieć, gdy sytuacja wokół Kleru jest co najmniej anormalna.

Kler Smarzowskiego obejrzałam na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni podczas oficjalnego pokazu w Teatrze Muzycznym, siedząc na sali zarówno z twórcami, jak i z tysiącem innych widzów. Atmosfera była zwyczajna, przed projekcją nie działo się nic szczególnego – to samo poddenerwowanie, jakie towarzyszyło innym pokazom. Ktoś komuś zajął miejsce, ktoś inny pomylił salę, ot – festiwalowe życie. Przed seansem głos zabrała tradycyjnie Agnieszka Szydłowska, przypominając o odbywającym się po filmie spotkaniu z twórcami, a potem zaprosiła na projekcję, zaznaczając, że warto film obejrzeć nim zacznie się o nim dyskutować. Zgasły światła i zrobiła się cisza, która trwała przez kolejne dwie godziny, przerywana tylko czasami salwami słodko-gorzkiego śmiechu, częściej – czyimś wzdychaniem i pociąganiem nosem. Potem były długie brawa – jak długie, nie wiem, bo nagrody Złotego Klakiera postanowiono nie przyznawać, a pojawiające się na tablicy liczby wciąż się zmieniały – a potem nie pamiętam już zbyt wiele, bo opuszczając salę byłam tak roztrzęsiona, że przez kolejne dziesięć minut próbowałam uspokoić się, przemywając twarz zimną wodą.

Nie jestem znawcą filmu i nie zamierzam na takiego się kreować. Film oceniam zazwyczaj bardzo prostymi kategoriami. Czy coś mi zrobił. Czy jakoś mnie dotknął, poruszył. Czy został ze mną na dłużej, czy kadry uciekły mi z głowy, gdy tylko zamknęły się za mną drzwi sali kinowej. Czy pozostawił we mnie chęć rozmowy – przedyskutowania go z innymi widzami, zapytania kogoś o zdanie, skonfrontowania opinii. Po zobaczeniu Kleru bardzo chciałam, żeby ten film obejrzeli wszyscy moi znajomi, każda osoba, którą mam spotkać w najbliższych dniach, bo bardzo chciałam o tym filmie rozmawiać, nie mogłam się od niego uwolnić. Potrzebowałam dowiedzieć się, czy inni mają podobnie.

Smarzowskiemu można zarzucać brutalność i wielowątkowość, można nie rozumieć wykorzystywanej przez niego hiperbolizacji, można nie godzić się na wykorzystywane przez niego zabiegi. Trzeba jednak pamiętać, że kino rządzi się swoimi prawami, a reżyser wielokrotnie podkreślał, że choć wiele czerpie z otaczającej go rzeczywistości, nie jest dokumentalistą, a jego filmy są kumulacją szokujących zdarzeń, które po nagromadzeniu mają szansę na odpowiednią siłę rażenia. W czasach masowej produkcji filmów letnich, o których zapomina się zaraz po ich obejrzeniu, trudno nie doceniać takiej postawy.

Oczywiście, Kler uderza w środowisko kapłańskie podobnie jak Drogówka uderzała w środowisko policyjne. Wszędzie są ludzie dobrzy i ludzie źli. Księży z prawdziwego zdarzenia szukać należy ze świecą i co do tego nikt chyba nie ma wątpliwości. Da się ich jednak znaleźć. Znalazł ich też Smarzowski, umieścił ich historię w scenariuszu, pokazał na wielkim ekranie i w żadnym stopniu nie umniejszył ich zasług. Postawił ich w jednym szeregu z tymi, którym daleko do bycia kapłanami idealnymi. A że jest ich znacznie mniej niż tych, których od Kościoła interesuje bardziej władza, pieniądze i seks? W końcu nie jest to film o spokojnym życiu proboszcza na wiejskiej parafii, ale film o krzywdach wyrządzonych przez duchownych, które z powodu pełnionych przez nich funkcji zamiatane są pod dywan.

Zastanawia mnie, jak słabej wiary muszą być ci, którzy robią wszystko, żeby nie dopuścić do projekcji Kleru i jak paraliżujący musi być ich strach. Bo jak nazwać inaczej cały ten cyrk, jaki ma miejsce od kilku tygodni, jeśli nie strachem? Ci, którzy filmu jeszcze nie widzieli, krzyczą, że uderza on w ich wiarę. Czy robiąc film o skorumpowanych lekarzach, podważamy znaczenie medycyny? Czy robiąc film o przekrętach sądowych, nawołujemy do anarchii? Czy Smarzowski poprzez Kler, film o księżach i ich powszechnie znanych grzechach, namawia do apostazji?

Katolickie Stowarzyszenie Dziennikarzy wydało Apel w obronie godności służby kapłańskiej. Każdy z nas potrzebuje czasem refleksji nad sobą i otaczającą nas codziennością – takie słowa padają w apelu, nawołującym do bojkotu upokarzającego katolików filmu. Coś tutaj nie gra, bo przecież Kler umożliwia właśnie chwilę refleksji nad sobą i otaczającą nas codziennością. Według podpisanych jest jednak jedynie obrzydliwym, skandalicznym obrazem. Czy równie skandaliczne było wypowiedziane przez Smarzowskiego na Gali Zakończeni FPFF zdanie: W tej swojej pysze myślałem, że może tym razem nagrodę wręczy mi prezes TVP? Chyba tak, skoro postanowiono wyciąć je z retransmisji prowadzonej na kanale TVP Kultura. Przyglądam się temu – jako młoda dziennikarka – z przerażeniem i dezorientacją. Przecież na studiach najczęściej pojawiającym się słowem była rzetelność; podkreślano, że najważniejszym obowiązkiem dziennikarza jest poszukiwanie i publikowanie prawdy, a największym przewinieniem – manipulacja. Jaki się to ma do rzeczywistości?

Żyjemy w czasach, w których trudno nie zwariować i nie stać się ofiarą własnych poglądów. Coraz częściej jesteśmy szufladkowani za nasze codzienne, czasem zupełnie nic dla nas nieznaczące wybory. Dlaczego o mojej wierze ma decydować postawa, jaką przyjmę w stosunku do filmu? Z łatwością przychodzi nam ocenianie innych ludzi. Ktoś idzie do kina na Kler – to na pewno ateista. Ktoś nie idzie – to prawicowiec. W tę pułapkę wpadają wszyscy, bez wyjątku, nazywając się najpierw tolerancyjnymi, a potem kopiąc pod sobą nawzajem dołki. Wszyscy mówimy o wolności, ale ta wolność interesuje nas jedynie w kontekście nas samych. Niestety.

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

5 komentarzy
  1. Świetnie napisany tekst! Idę na „Kler” w ten weekend i jestem ciekawa emocji po tym filmie. Jedyne, co mnie zastanawia to ten cały szum i negatywne opinie osób, które na nim nie były. Mam nadzieję, że wyrobię sobie na jego temat własne zdanie.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany