Viva Italia! Kino, słoneczniki i wspomnienia

Ciao! Pozwalam sobie zastosować to  jedno z najpopularniejszych słów świata w ramach powitania, bo niezmiennie w sercu szumią mi Włochy i najchętniej oddaliłabym wizję zbliżającej jesieni. Właśnie takie  zwykłe c i a o  przywodzi mi na myśl uśmiechnięte twarze, słońce i parującą kawę. Przyjemnie, prawda? Ale niewielu wie, że to niewinne, radosne słówko wywodzi się od weneckiego terminu s’ciao, czyli schiavo (wł. niewolnik) i pierwotnie oznaczało pozdrowienie pełne szacunku i uniżenia wobec swojego pana. Na szczęście przebyło w swojej etymologii długą drogę i możemy się nim rozkoszować do woli.

A jeśli już przy słowach jesteśmy – nie lubię określenia Włochy i pozwólcie, że będę używać naprzemiennie słowa Italia – choć jest ono uważane ponoć za zbyt pompatyczne i brzmi jak zachęcający nagłówek z biura podróży, to niestety nic nie poradzę na to, że  Włochy nie kojarzą mi się z Italią, jaką poznaję; to zbyt ciężkie słowo jak na kraj z takim dorobkiem kultury, historii, smacznego jedzenia i wina. Włochy pasują idealnie do ludów walecznych Wolków, od których po niemałych transformacjach wzięła się ta nazwa. Ale nie tylko Polacy to nie gęsi i swój język mają, bo Węgrzy wygrywają ze swoim Olaszorszag. Z taką też dźwięczną nazwą spotkałam się w jednej z włoskich księgarni, szukając tam z ciekawości czegoś po polsku – po minięciu kilkunastu działów opiewających wspaniałość starożytnej Italii, znalazłam tomik Szymborskiej i Sienkiewicza. O ile na widok pierwszej pozycji się ucieszyłam, to Quo vadis zostało skwitowane głośnym prychnięciem, bo z Sienkiewiczem chyba nigdy się nie polubię – ale jednak muszę przyznać, że co do jednego jesteśmy zgodni:

Ja myślę, że każdy człowiek ma dwie ojczyzny: jedną swoją najbliższą, a drugą: Włochy. Bo tylko zastanowić się, to i cała kultura, i cała sztuka, i cała wiedza, wszystko szło stamtąd…

Jeszcze kilka miesięcy temu nie byłam tego zdania tak pewna, jak jestem dzisiaj i wracając stamtąd po czteromiesięcznym pobycie, byłam wręcz przekonana, że w drodze wyleję całe morze łez i spędzę najbliższe tygodnie w ciężkiej depresji. Jednak za sprawą pewnej uroczej Pani, która postanowiła zostać moją współtowarzyszką podróży, okazało się, że jedyne łzy, jakie wylałam, to łzy szczęścia, bo poznałam kolejną cudowną osobę. Pani Alinka, oprócz tego, że wyleczyła mi imbirem zęba, posklejała paroma krzepiącymi słowami serce, to  powiedziała coś, o czym powszechnie mówi się często: Rób to, co kochasz. Obiecaj mi, że będziesz spełniać swoje marzenia, ale kiedy wypowiada je ktoś, w kim widzisz piękną duszę pokrytą już, niestety, siecią zmarszczek, to przyjmujesz je jako jedyny rozkaz, na który się godzisz. Z tymi słowami w głowie – przestałam jedynie przeglądać  oferty podróży, o których zawsze nieśmiało marzyłam – zaczęłam je realizować. Przemierzyłam setki kilometrów autostrad, przeszłam kilkadziesiąt kilometrów, dzielnie pokonując upały, odwiedziłam kilkanaście włoskich miast i miasteczek, by móc powiedzieć: zobaczyłam troszkę. Dlaczego tak podkreślam, że jedynie troszkę? Im więcej widzę, oglądam, poznaję, uczę się, tym większe różnice zauważam – tym bardziej zaskakuje mnie różnorodność krajobrazu, kultury, tradycji i postrzeganie świata. Te cechy sprawiają, że Włosi, mimo ogromnego serca dla obcokrajowców, bardzo często nie lubią się wzajemnie. Na szczęście nie jestem Włoszką i mogę bezwstydnie  kochać ten kraj od Alp aż po Lampedusę – najbardziej wysunięty na południe punkt Europy.

Wraz z miłością do Italii, rośnie we mnie miłość do włoskiej sztuki, której jak wiadomo nie brakuje. Ze wszystkich dziedzin, szczególnie ukochałam sobie najwspółcześniejszy dobytek – kino.

To po zobaczeniu Słoneczników w reżyserii Vittorio De Sica z genialną Sophią Loren i Marcellem Mastroiannim w rolach głównych, wymarzyłam sobie zobaczyć całe słoneczne pola tych kwiatów. Pamiętam dokładnie swój zachwyt każdym jednym takim krajobrazem, gdy podróżowaliśmy po Toskanii. Siedziałam w autokarze z twarzą przylepioną do szyby i podziwiałam tysiące maleńkich słońc. W głowie odtwarzałam sobie już pierwsze ujęcia z tego filmu, które przeprowadzają nas przez takie pejzaże wraz z cudowną, pełną melancholii muzyką.

Słonecznik to symbol Słońca, lojalności, a także szaleńczej miłości – te słowa idealnie opisują główną bohaterkę – Giovannę, której ukochany  Antonio, pomimo wariackich prób opóźnienia wymarszu, zmuszony jest przez Mussoliniego do udziału w hitlerowskiej wyprawie na ZSRR. Front jednak okazuje się bezlitosny, bo Armia Czerwona zadaje klęski oddziałom włoskim, a Antonio zostaje ciężko ranny. W tym stanie znajduje go młoda Rosjanka, z którą wkrótce zaczyna go łączyć coś więcej niż przyjaźń. Historia jest tak naprawdę tłem do wydarzeń, bo prawdziwy leitmotiv kryje się w Giovannie, która poświęca lata swojej młodości na wierne czekanie na powrót męża, nie traci nadziei i wraca wspomnieniami do słonecznych dni. Dalszy przebieg oraz opinię dotyczącą zachowań bohaterów na końcu, chciałabym zostawić Wam…

Dokładnie wykąpane w letnim słońcu słoneczniki ciężko pochylają głowy, mogę zatem wyruszyć do jednego z najbardziej rozpoznawalnych miejsc na świecie – Wenecji. Podobno numer 17 we Włoszech przynosi pecha, a jednak tamtego dnia mieliśmy niezwykłe szczęście, gdy niewielkim promem przepływaliśmy przez błękitną lagunę. Dumnie pozwoliliśmy otulić się promieniom, wiatr zaplątywał się w kosmyki włosów, a oczy miały szansę nacieszyć się różnorakimi odcieniami niebieskiego. Wenecja, pomimo natłoku turytów zachowała swój urok, wciąż zachwyca i onieśmiela swoim wiecznie karnawałowym pięknem.  Z opowiadań przewodnika najbardziej rozbawiło mnie to, że kalosze w Wenecji to najmodniejsze buty i nikogo z tubylców nie dziwią biznesmeni pędzący przez miasto w gumowcach różnych znanych marek. Wzruszająca znów wydała się wizja odprawianych pogrzebów, bowiem gondola z ciałem przepływa na wyspę z cmentarzem, a za nią podążają inne. Ma to swój chyba niezwykły, patetyczny charakter. Jeśli już zatrzymałam się przy takim funeralnym temacie, to chciałabym wspomnieć film Śmierć w Wenecji Luchino Viscontiego. To niezwykłe dzieło, oparte na noweli Tomasza Manna, opowiada o dojrzałym kompozytorze przeżywającym artystyczny kryzys, który powraca do swojego ukochanego miasta, by zaczerpnąć inspiracji. Właśnie w Wenecji, we wnętrzu luksusowego hotelu, pierwszy raz widzi Tadzia – nastoletniego chłopca z Polski. Jego aparycja i postawa oczarowuje muzyka, który od tej chwili bezustannie o nim myśli, wierząc że ta fascynacja przełamie artystyczną niemoc. Tę wakacyjną beztroskę przerywa jednak widmo śmierci – Wenecję, jak dotąd pełną życia, opanowuje epidemia cholery, która szybko zbiera swoje żniwo. Śmierć, która zdawała się nie istnieć w pełnych idylliczności kadrach, teraz pustoszy miasto, a arystokratyczne rodziny wyjeżdżają; krajobraz staje się smutny i brzydki… Ten film to prawdziwa gratka dla miłośników ambitnego kina – piękne ujęcia, muzyka, inteligentne i pełne refleksji dialogi.

Nie zapominam oczywiście o Fellinim, bo jego Słodkie życie, La strada, 8 i pół, są nieśmiertelne, tak samo jak Cinema Paradiso i Koneser w reżyserii Giuseppe Tornatore. I wiele, wiele innych perełek, które zasługują na uwagę. Wiem też, że nigdy nie zdołam w jednym tekście ująć wszystkiego, co dotyczy Włoch – to zaledwie ziarenko piasku na całej plaży ciekawostek, zagwozdek etymologicznych, różnorodnych miejsc, bogactw sztuki, wypitych kaw, rodzajów makaronów. Dopiero się uczę tego kraju, region po regionie, na włoskich ulicach prowokuję rozmowy, czytam, oglądam i chłonę. Pozwolę sobie kolokwialnie napisać: Włochy to po prostu kozak i to nie tylko na mapie. Chcę tu wracać, tonąć w zachwytach i rozczarowaniach, by kiedyś móc wreszcie przed sobą szczerze przyznać: moja dusza pachnie słońcem Italii. 

Monika Babińska

Cierpię na chroniczny brak pieniędzy, ponieważ wszystko wydaję na bilety do Teatru, książki, podróże, płyty i kino. I właśnie te pięć słów jest wszystkim tym, co kocham, dlatego rzadko żałuję pustych kieszeni. W wolnych chwilach rzucam studia, włóczę się w piżamie po mieście i tęsknię, bo:"czasem mam lat cztery, a czasem cztery tysiące".

1 Komentarz
  1. O wiele bardziej ciekawie podróżuje się po świecie w kontekście kulturowym, przemierzając szlaki uchwycone w pięknych kadrach i słowach 🙂

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany