O teatrze – porozmawiajmy!

Mało rozmawia się o teatrze. Zazwyczaj te dyskusje urywają się zaraz po opuszczeniu sali i wymianie kilku zdawkowych zdań o tym, jak nam się podobało. A przecież w teatrze – i wokół niego – tyle się dzieje! Chcemy dzielić się z Wami naszymi przemyśleniami, obserwacjami, anegdotami i wzruszeniami. Mamy nadzieję, że zechcecie wejść z nami w dialog i wspólnie sprawimy, że o teatrze będzie głośno, a sezon 2018/2019 odbije się echem.

Iga Herłazińska: Właściwie już od lipca zastanawiałam się na co wybrać się na – jak nazywałam to w myślach – inaugurację sezonu teatralnego 2018/2019. W końcu w ostatnim tygodniu sierpnia powędrowałam do Teatru Współczesnego, żeby kupić wejściówki na spektakl Posporzątane. Niestety, wynudziłam się potwornie. Jedynym jasnym punktem tej sztuki była Agnieszka Suchora, wcielająca się w rolę nielubiącej sprzątać sprzątaczki-Brazylijki. Z rozmów w foyer wywnioskowałam, że nie tylko ja bawiłam się tego wieczoru dość przeciętnie. Po niesatysfakcjonującym starcie zapragnęłam czegoś naprawdę wartościowego. Spektaklu, który zatrzęsie duszą. Tak się akurat zdarzyło, że kolejnym punktem w kalendarzu był Proces Lupy w Nowym Teatrze. Pamiętasz wiadomość, którą wysłałam Ci w czasie przerwy?

Justyna Potasiak: Oczywiście. Z jednej strony nie byłam szczególnie zaskoczona tym, że spektaklu tego nie zaliczysz do grona swoich ulubionych, z drugiej… nie sądziłam chyba, że wrażenia będą aż tak złe. Byłyśmy razem kilkukrotnie na spektaklach, które nie przypadły nam do gustu, ale wrażenia w stylu mam ochotę stąd wyjść, zaraz się popłaczę zdarzają nam się, bądź co bądź, rzadko.

IH: Z ręką na sercu, to był chyba najgorszy spektakl, jaki widziałam przez ostatni rok. Byłam bardzo ciekawa, czy wszystkie pojawiające się w sieci – negatywne – komentarze o Procesie są prawdziwe. Pamiętam ten wysyp postów na Facebooku, jaki pojawił się w listopadzie zeszłego roku, tuż po głośnej premierze. Większość widzów była rozczarowana, rozgoryczona, wymagania nie zostały spełnione. Nie mam w zwyczaju polegać na czyichś opiniach, bo dobrze wiem, że mam dość specyficzny gust teatralny. Jednak w tym przypadku żałuję, że nie posłuchałam znajomych. Po pierwszej części Procesu byłam tylko znudzona, po drugiej – zła, że tracę czas i energię. Nie pamiętam, kiedy ostatnio uciekłam z teatru w przerwie (czy kiedykolwiek?), ale wtedy miałam ogromną ochotę to zrobić. Na trzeciej części zostali zresztą chyba tylko najwytrwalsi, prawie połowa mojego rzędu świeciła pustkami, a ci, którzy odważyli się zostać, pod koniec spektaklu dzielnie próbowali nie chrapać, przysypiając na ramionach swoich towarzyszów w niedoli. Nie wyolbrzymiam, naprawdę. Braw na stojąco nie było (wstało tylko kilka osób) i miałam wrażenie, że większość obecnych marzyła już tylko o ciepłym łóżku i jak najszybszym zapomnieniu o tym, co zobaczyła na scenie (a raczej czego nie zobaczyła, bo był to spektakl wybitnie nudny). Lupa rozczarował mnie do tego stopnia, że teraz trochę boję się iść do teatru. Niby do trzech razy sztuka, ale co jeśli znowu będzie fiasko?

JP: Dlatego ja nowy sezon zainaugurowałam tytułem bardzo bezpiecznym – Konstelacjami w Teatrze Polonia, które widziałam, zdaje się, już po raz siódmy. Lubię wracać do tego spektaklu. Podobnie jak do kilku innych – odbieram je wtedy w zupełnie inny sposób, prawdziwie relaksując się przy dobrze mi znanej historii, z podziwem przypatrując się doskonałemu aktorstwu i bawiąc się tym, jak inny jest mój odbiór sztuki, w zależności od tego jaki mam tego wieczoru nastrój, jaka przychodzi widownia. Chociaż oglądam te spektakle z pozycji zwyczajnego widza, czuję się wtedy trochę tak, jakbym siedziała schowana w kącie sali – bezpieczna, zdystansowana, odpoczywająca od natłoku codziennych spraw. Jedni ludzie żeby się odmóżdżyć oglądają seriale, ja – spektakle, które znam niemalże na pamięć. Cieszę się z takiego wejścia w nowy sezon. Może nieoryginalnego, nieciekawego i mało spektakularnego, ale kto powiedział, że zawsze musi być z pompą?

Obiecałam sobie jednak, że od września w pierwszej kolejności nadrobię spektakle głośne, na które nie zdążyłam wybrać się przed wakacjami, a które może niekoniecznie są dla mnie oczywistym wyborem. Jesienią stawiam m.in. na Klątwę w Powszechnym, Wyjeżdżamy w Nowym i kilka pozycji z repertuaru Teatru Studio. Nie zapominając jednak o tym, że lubię wracać tam, gdzie byłam już, więc nie zabraknie też tytułów z mojej ulubionej warszawskiej sceny – czyli Ułani w Narodowym!

IH: Na Ułanów idziemy koniecznie razem! Jestem ciekawa, co tym razem wyczarował – to chyba idealne słowo w stosunku do tego reżysera – Piotr Cieplak. Muszę też nadrobić Ślub Nekrosiusa, również w Narodowym. Po Twoich opowieściach, recenzji Kopcińskiego w wakacyjnym wydaniu Teatru i kilku innych zasłyszanych opiniach, liczę na miły wieczór. O Klątwie też ostatnio myślałam – mieszkam tak blisko Teatru Powszechnego, a tak rzadko tam zaglądam…

Rozmawiałyśmy o tym zresztą ostatnio. Natrafiłam w radiowym wywiadzie sprzed dwóch lat na bardzo ładne słowa Janusza Majcherka, aktualnie dyrektora artystycznego Teatru Polskiego w Warszawie. Według Majcherka cały problem braku dyskusji w środowisku teatralnym, powierzchowne rozmowy o teatrze wynikają z pewnego rodzaju zasiedzenia. Widzowie coraz rzadziej wędrują od teatru do teatru, mało kto zna dobrze repertuary i orientuje się w premierach. Każdy ma swój ulubiony teatr – czasem dwa, może trzy ulubione teatry – i jego teatralne życie toczy się na osi właśnie tych miejsc. To smutne, bo gdy traci się obeznanie, traci się także istotny element, jakim jest umiejętność porównywania. Dlatego w nowym sezonie zamierzam dużo wędrować, nie bać się tego, co nowe, żeby potem przy jesiennej herbacie móc toczyć długie, teatralne rozmowy. Takie mam właśnie marzenie!

Jest spektakl, na którego premierę czekasz z wyjątkową niecierpliwością?

JP: Zdecydowanie! Ślub Nekrosiusa to jedna z tych premier poprzedniego sezonu, którą koniecznie trzeba zobaczyć, choć budzi mieszane uczucia. Początkowo wydawało mi się nawet, że sztuka ta zebrała w większości złe opinie, ale to chyba wynik niepochlebnych, dość głośnych recenzji, które pojawiły się tuż po premierze. Ja jednak lubię w spektaklach Nekrosiusa to, że są…jakieś. Nie są tak bezbarwne jak – niestety – duża część tego, co widzę w teatrze. Jego spektakle trudno jest zapomnieć, zostają w pamięci, chociaż raczej nie w całości. W mojej zapisują się pojedyncze sceny, zdania, czasem nawet spojrzenia, gesty. Ale czy to nie piękne właśnie? Takie małe, osobiste zachwyty. Przestrzeń otwarta dla wrażliwości i wyobraźni. Bardzo to lubię. Tak samo jak lubię to, że u Nekrosiusa tak wiele dzieje się pomiędzy słowami. Przez to jego teatr oglądam zupełnie inaczej i jeszcze większe znaczenie zyskują aktorzy, którzy mają tu idealne warunki do stworzenia wspaniałej roli.

Co do moich wyczekiwanych premier na nadchodzący sezon… Jest tego naprawdę sporo! Przede wszystkim cieszę się, że tyle teatrów wystawi w tym roku nowe, dotychczas nieznane (lub zapomniane) widowni teatralnej teksty. Pierwsze, które przychodzą mi do głowy to Stowarzyszenie umarłych poetów w Och-Teatrze oraz Tchnienie i Kilka dziewczyn (autorstwa znakomitego Neila LaBute’a) w Teatrze Narodowym. Szczególnie wypatruję też tego, co przygotują moi ulubieni reżyserzy, m.in. Adam Sajnuk z 8 kobietami w Och-Teatrze oraz hitem – sztuką Beginning na deskach Teatru WARSAwy, w której zobaczymy nieoczywisty, ale jakże obiecujący duet: Marysię Seweryn i Tomasza Kota. Do Warszawy powrócić ma również moja ulubiona reżyserka – Agata Duda-Gracz, która w tym roku przygotuje… spektakl dyplomowy studentów Akademii Teatralnej. Zapowiada się wspaniale i szczerze zazdroszczę młodym aktorom, którzy już na starcie przeżyją coś tak pięknego, jak praca z Agatą. Nigdy nie mogę się nadziwić, jak wiele jest ona w stanie wydobyć z aktora, jak dobrze buduje w nim świadomość roli i sztuki.

IH: Mam wrażenie, że czeka nas naprawdę dobry – nie zapeszając – sezon teatralny. W Teatrze Narodowym najbardziej zaintrygowała mnie zapowiedź Jak być kochaną w reżyserii Leny Frankiewicz. Bardzo lubię film Hasa z popisowymi rolami Krafftówny i Cybulskiego, dlatego zżera mnie ciekawość jak ten tekst przełożony zostanie na język teatralny. Ale to dopiero w lutym. Wcześniej – jeszcze we wrześniu  – w Teatrze Polskim premiera Deprawatora z głównymi rolami Andrzeja Seweryna i Wojciecha Malajkata. Nie dość, że uwielbiam obu panów, to reżyseruje Maciej Wojtyszko, do którego mam ogromne zaufanie. Nie wspominając już o samym temacie sztuki – relacjach pomiędzy Gombrowiczem, Miłoszem i Herbertem.

W swoich premierowych oczekiwaniach, nie zapominam także o teatrach spoza Warszawy. Mam nadzieję, że uda mi się jak najszybciej odwiedzić Teatr Wybrzeże w Gdańsku i udać się na spektakl Trojanki w reżyserii Jana Klaty. Chociaż do pracy reżysera podchodzę dość sceptycznie, zaintrygował mnie sam pomysł na sztukę i oczywiście genialna obsada. Poza tym – mam dużą czułość do Teatru Wybrzeże, uważam, że wszyscy pracownicy robią tam naprawdę dobrą robotę. Na mojej mapie teatralnej pojawiła się też Bydgoszcz i Koniec miłości – z tekstem rozpisanym na dwa monologi, z partnerującymi sobie Katarzyną Herman i Juliuszem Chrząstowskim. I oczywiście Kraków. i Stary Teatr pod kuratelą Rady artystycznej. Już w listopadzie będzie tam miała miejsce premiera Roku z życia codziennego w Europie Środkowo-Wschodniej w reżyserii Strzępki. Zagrają między innymi Anna Dymna i Anna Radwan. Jest więc na co czekać.

Kulturadogorynogami

Po prostu: redakcja do góry nogami!

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany