Soundtrack ostatnich miesięcy

Mało kto w momencie wybicia Nowego Roku nie układa sobie w głowie jakichś postanowień noworocznych. Standardowe dotyczą rozpoczęcia zdrowego trybu życia, czyli przestrzegania diety i chodzenia na siłownię, czytania większej liczby książek, czy – co jest znakiem naszych czasów – ograniczenia minut, a może nawet i godzin spędzanych w social mediach. Moim było, żeby nie odkładać wszystkiego na później i słuchać jeszcze więcej muzyki, poznawać nowych wykonawców i nadrabiać klasyki. O ile dotrzymanie tej pierwszej części nie wyszło mi praktycznie w ogóle (cóż, może już taka moja natura, że autobusy z reguły częściej gonię, niż na nie czekam, a na egzaminy uczę się noc przed), tak w przypadku drugiej części ochoczo wzięłam się do wprowadzania jej w życie.

Jeśli chodzi o przemysł muzyczny, to sprawy pędzą tak szybko, że jeden dzień nieśledzenia newsów skutkuje ogromnymi zaległościami, a nierzadko pewnych wykonawców czy utworów wręcz nie wypada nie znać. Co piątek premiery ma kilkanaście znakomitych wydawnictw płytowych, a codziennie pojawiają się nowe single, teledyski, czy wersje live różnych utworów. Staram się być z tym wszystkim na bieżąco, dlatego każdy dzień rozpoczynam od kubka kawy z mlekiem i przeglądania Facebooka, który automatycznie przekierowuje mnie do serwisu Youtube, na którym potrafię spędzić dwie, trzy godziny. Pewnie buszowałabym tam cały dzień, gdyby nie inne obowiązki. Cały proceder rozpoczyna się od poznawania rzeczonych świeżynek, a kończy na przesłuchiwaniu całym płyt typu The Best of Patti Smith czy debiutanckiego krążka Dummy kapeli Portishead. Swoją drogą, spragnionym muzycznych inspiracji polecam soundtracki filmowe czy serialowe. Dwie gorąco przyjęte produkcje Netflixa – 13 Reasons Why i The End Of The Fucking World dostarczyły mi kilku ciekawych pozycji do listy odtwarzania: The Buzzcocks – Ever Fallen In Love, Mazzy Star – Five String Serenade, SOKO – We Might Be Dead By Tomorrow, Majical Cloudz – Downtown, Telekinesis – Falling (In Dreams) czy Echo and the Bunnymen – The Killing Moon.

Muszę przyznać, że po rozmowie z Marcinem Bąkiewiczem, dyrektorem artystycznym Antyradia, rozbudziłam się również na tę formę obcowania z muzyką. Chociaż nie mam w mieszkaniu telewizora, a radio gra praktycznie cały czas (co prawda ciut ściszone, ale nawet wtedy, gdy śpię), to stałam się jego bardziej świadomym odbiorcą. Przez mój odbiornik przewijały się stacje Muzo.fm, Radio Łódź, Trójka, Radio Studenckie Żak czy Antyradio. Każde miało w sobie coś wartościowego – godne uwagi audycje czy ciekawe ramówki, jednak moją miłością zostało radio KEXP z Seattle. To rozgłośnia uniwersytecka, prezentująca kawałki z obrębu gatunkowego rocka, elektroniki, ambitnego popu i alternatywy. Pracują tam profesjonalni prezenterzy, prawdziwi zajawkowicze, a kolejne emitowane numery są jeszcze lepsze od poprzednich. To prawdziwa kopalnia muzycznych diamentów, gdzie udało mi się wyłapać chociażby piosenki Friends Fazerdaze czy The Dreamer Tallest Man On Earth, a także ta jedna, której na długo nie będę mogła wyrzucić z głowy – Truth Alexandra Eberta z przepiękną warstwą liryczną

The truth is that I never shook my shadow
Every day it’s trying to trick me into doing battle
If you can’t stand to feel the pain then you are senseless.
And when the darkness come, let it inside you
Your darkness is shining

 

Natomiast ze Spotify korzystam najczęściej wtedy, kiedy chcę przesłuchać cały longplay danego artysty, chociaż serwis ten ma również świetne opcje tworzenia playlist. I tak pochłaniałam kolejne udane wydawnictwa polskich wykonawców, jak chociażby debiutancki Flashback Rosalie., którym młoda dziewczyna na nowo zdefiniowała naszą rodzimą muzykę R&B, kolejną fenomenalną propozycję od Króla Przewijanie na podglądzie – jak zwykle odklejoną od rzeczywistości, która dała pstryczka w nos alternatywnym tuzom, czy WOS Lao Chezaangażowaną społecznie następną rewoltę w ich dyskografii. Jednak prawdziwym wstrząsem okazała się kolaboracja raperów Taco Hemingwaya i Quebonafide, czyli Taconafide. Panowie nagrywając wspólnie krążek SOMA 0,5 mg, wynieśli hip hop na kompletnie nowy poziom i osiągnęli szczyt popularności, wyprzedając największe hale w Polsce pokroju łódzkiej Atlas Areny czy Tauron Areny Kraków, a przy okazji zarabiając trochę hajsu. Chociaż nie są to brzmieniowe rejony, w których na co dzień się poruszam, a sam materiał spotkał się z głosami krytyki, to zdecydowanie jest to moje guilty pleasure. Faktycznie można tych dwóm facetom zarzucić pewne braki wokalne czy monotematyczność tekstów (ileż można słuchać o tym, że są zmęczeni swoją sławą i bogactwem, serio ktoś im w to wierzy?), to jednak całość buja tak piekielnie, że spróbuj teraz wyrzucić z głowy Pić, jeść, spać, jak Tamagotchi.

Drugim młodym i obrzydliwie wręcz utalentowanym duetem, który robi obecnie prawdziwą furorę, jest Bass Astral x Igo. Twórcy wywodzą się z rockowego bandu Clock Machine, ale w tym projekcie postanowili poeksperymentować z muzyką elektroniczną, dzięki czemu Kuba Tracz objawił się jako bardzo pomysłowy producent, a Igor Walaszek po raz kolejny udowodnił, że dla mnie na ten moment jest najlepszym wokalistą w Polsce wśród artystów młodego pokolenia. Chociaż muszę przyznać, że studyjne wydawnictwa nie przekonują mnie tyle, co występy na żywo. Co też się dzieje na ich koncertach! Tej energii nie da się porównać z niczym innym, a przecież w tej całej zabawie właśnie chodzi o ten flow.

Za to światowy rynek żył premierą najnowszego krążka formacji Arctic Monkeys Tranquility Base Hotel & Casino. Fakt, że krążek ten elektryzował wszystkich bez wyjątku, także mnie, wynikał z tego, że Arktyczne Małpy kazały na siebie czekać całe pięć lat od wydania rewelacyjnego, doprawdy kosmicznego albumu AM. Tamta płyta była jak uderzenie pioruna i nagłe olśnienie. Nic więc dziwnego, że apetyty słuchaczy zostały rozbudzone, tymczasem panowie zaserwowali nam całkowitą zmianę wizerunku i stylu muzycznego. Za image’em rodem z lat 70. przyszło brzmienie pozbawione gitarowego uderzenia, opierające się na oryginalnych, rozbudowanych, nieco teatralnych kompozycjach, które jednak miejscami bywają trochę zbyt gładkie i mało zaskakujące. Zawsze byłam zwolenniczką wszelkich metamorfoz twórców, bo rozumiałam ich potrzebę rozwoju. Przecież normalnym jest, że artyści wciąż poszukują nowych środków wyrazu i nie potrafią stać w miejscu. Trzeba przyznać, że Tranquility Base Hotel & Casino słucha się przyjemnie, ale trzeba się z tą płytą oswoić, zaprzyjaźnić i przede wszystkim przyzwyczaić do faktu, że nie ma na niej takich spektakularnych dźwięków, które zapamiętalibyśmy na lata i zawsze kojarzyli z Alexem Turnerem i spółką.

Chociaż najczęściej bywam na dużych koncertach festiwalowych czy sporych występach starych wyjadaczy pokroju Kultu czy Voo Voo w pełni profesjonalnych klubach, jakim jest przede wszystkim łódzka Wytwórnia, to z tego miejsca chciałabym serdecznie podziękować zespołowi Ted Nemeth, który przypomniał mi, co tak naprawdę najbardziej kocham w muzyce. W pewien piątkowy wieczór, po trudnym tygodniu, wylądowałam wspólnie ze współlokatorką na ich koncercie w ciasnym, zadymionym, małym klubie, po brzegi wypełnionym ludźmi, którzy przez cały koncert skakali i wyśpiewywali całe teksty kawałków ulubionego bandu, który grał akurat w swoim rodzinnym mieście. Czwórka tych młodych chłopaków gra niczym nieskażony rock’n’roll i wypada na żywo lepiej niż Metallica czy Kings of Leon. Wyzwalają z siebie i z publiczności energię prawdziwie pierwotną, a podczas tej dzikiej zabawy wraz z kropelkami potu ulatują wszelkie troski i pozostaje czysta, niezmącona radość i ulga – można doznać prawdziwego katharsis. Patryk Pietrzak jest szalenie charyzmatycznym frontmanem i chociaż skończył studia na łódzkiej filmówce, to po obejrzeniu jego epizodu w serialu Wataha z całą pewnością stwierdzam, że jest dużo lepszym muzykiem niż aktorem. W warstwie tekstowej klei piękne metafory, a wspierający go koledzy mają całkiem niezły warsztat na instrumentach. Łodzianom wróżę wielką karierę, bo naprawdę na to zasługują. Są zdecydowanie moim numerem jeden wśród rockowych kapel młodego pokolenia.

 

Wczasy – nie wiem dlaczego, ale to słowo zawsze kojarzyło mi się jako takie trochę PRL-owskie określenie urlopu, tymczasem grupa sygnowana właśnie tą nazwą skradła moje serce swoją pierwszą płytą Zawody. Moje tory myślenia nie do końca były nietrafione, bo panowie Bartłomiej Maczaluk i Jakub Żwirełło zgrabnie i z dużą dozą wdzięku balansują na granicy kiczu właśnie, muzycznie bawiąc się przede wszystkim efektami elektronicznymi, w prostych, ale naprawdę prostych słowach opisując życie dzisiejszych millenialsów.

Dzisiaj jeszcze tańczę, dzisiaj jeszcze śpiewam, ale jutro to się skończy. Rano trzeba będzie wstać, trzeba będzie iść do pracy i robić rzeczy, których nie chcę i rozmawiać z ludźmi, z którymi nie chcę.

Mało kto w naszym pięknym, trzydziestoośmiomilionowym kraju nie słyszał jeszcze nowego singla Męskiego Grania Początek. Sam projekt, który miał zrzeszać muzyków szeroko pojętego undergroundu, ale już o trochę wyrobionej pozycji, by mieszali swoją energię twórczą, w ciągu ośmiu lat z nowatorskiego pomysłu rozrósł się do wielkiego, komercyjnego wręcz przedsięwzięcia. Nikogo nie trzeba zachęcać, żeby wybrał się na któryś z występów tej trasy koncertowej,  o czym świadczy fakt, że bilety udostępniane w dwóch turach rozeszły się błyskawicznie, a wielu chętnych musiało obejść się smakiem, bo nawet osoby, które z muzyką na co dzień mają tyle styczności, ile usłyszą w RMF FM w pracy czy samochodzie, chętnie wybraliby się na koncert ze względu na sukces marketingowy. Jednak należy odnotować, że Męskie Granie nadal utrzymuje niebotycznie wysoki wręcz poziom artystyczny. Tegoroczny skład reprezentowany przez Korteza, którego minimalistyczne i melancholijne piosenki na wzór Zostań pokochały miliony, Dawida Podsiadło, który z przytupem wraca po rocznej przerwie i Krzysztofa Zalewskiego, moim zdaniem trochę dotąd niedocenianego artystę wielkiego talentu, zarówno jeśli chodzi o wokal, granie na wielu instrumentach, jak i umiejętności kompozytorsko-pisarskie. To właśnie on napisał ten znakomity, tak bardzo pozytywny tekst, wszak cała trójka panów znajduje się teraz w najlepszym z możliwych momencie swojej kariery. Niech takie właśnie będą te kolejne miesiące dla nas wszystkich, niech to będzie słoneczne, miłosne lato upływające na łapaniu swoich marzeń i podążaniu z wiatrem do celu. W rytm ulubionej muzyki.

Karolina Kozłowska

Muzyka daje jej wolność, a ulubione kawałki są jak najlepsi przyjaciele. Będąc na koncercie czuje, że znajduje się we właściwym miejscu i czasie.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany