„Wyjeżdżamy” – dokąd zawiózł nas Warlikowski?

Wyjeżdżamy to opowieść wielowymiarowa. (Próbować) wyjechać można z kraju, z potrzeby odejścia od miejsca, z którego się pochodzi, a które przestaje wystarczać, nie spełnia już oczekiwań. (Próbować) wyjechać można też od samego siebie – swoich lęków i ograniczeń, swoich pragnień i nadziei. Można też wyjechać bezpowrotnie i ostatecznie. Spakować manatki – albo nic nie pakować – i udać się w podróż do świata, który daje monopol na długie spacery – uwzględniając te nad wymarzoną Szwajcarią czy Londynem – i lody. O tych wszystkich formach ucieczki opowiada nowy spektakl Warlikowskiego, powstały na podstawie sztuki Hanocha Levina Pakujemy manatki.

Spektakl – choć spójny i jak na Warlikowskiego bardzo czytelny – złożony jest z migawek, porozrzucanych scen i historii. Życie poszczególnych członków wspólnoty toczy się równolegle, choć na zupełnie innych płaszczyznach, które tylko czasem znajdują wspólny punkt. Ta mnogość wątków nie przeszkadza jednak w zrozumieniu sztuki. Wręcz przeciwnie – nadaje jej pewien rytm, który pozwala utrzymać zainteresowanie i skupienie. Dzięki temu ponad trzygodzinny spektakl nie dłuży się ani przez chwilę.

Najgorsze spektakle to te, po których wychodzi się z teatru i zapomina się o nich już w drodze na przystanek autobusowy. Po Wyjeżdżamy zrobiłam sobie godzinny spacer, pokonując odległość Nowy Teatr-Saska Kępa. Potrzebowałam zebrać myśli, pomyśleć, utrwalić w pamięci zdjęcia. Wróciłam do mieszkania i choć wcześniej miałam w planach dokończyć – bardzo dobrą – książkę, przysiadłam na łóżku, wyjęłam notes i zapisywałam zapamiętane zdania, szkicując sceny, które zapadły mi najbardziej w pamięć.

Pierwsza z nich to rozmowa pomiędzy Avnerem (Zygmunt Malanowicz) a Bellą (Magdalena Popławska). Krótka, aczkolwiek emocjonalna wymiana zdań starego garbusa ze spragnioną miłości dwudziestolatką. To spotkanie dwóch poranionych osób. Jego – niechcianego, wyśmiewanego mężczyzny w podeszłym wieku i jej – młodej, tęskniącej za uczuciem i przygodą kobiety. Obiecuję Ci, że już nigdy nie będę o tobie marzyć – mówi Avner, słysząc ironiczny śmiech Belli, która nie potrafi zrozumieć, że jest dla kogoś najlepsza.

Druga – absolutnie mistrzowska – scena to rozmowa przy brydżu trzech wdów, której moderatorem jest Angela (Magdalena Cielecka), Amerykanka, która przyjechała do Izraela do swojego narzeczonego (czy na pewno?). Bianka (Małgorzata Hajewska), Lola (Dorota Kolak) i Cila (Monika Niemczyk) spotykają się by grać w brydża i tym samym próbują zabić wspomnienia traumatycznych wydarzeń – śmierci ich mężów, kochanków, synów… Cila to artystka, która – jak sama mówi – nie śpi po nocach, cierpi na bezsenność i czyta. W przeszłości śpiewała dla SS. Lola – po utracie męża Munia (Wojciech Kalarus) i kochanka Alberta, który uwiódł także wcześniej Biankę – pragnie zaprzeczyć śmierci, udowodnić (głównie samej sobie), że można być nieśmiertelnym i codziennie zasiadać do karcianej gry. Bianka nie potrafi wpisać się w konwencję vlogowego show, którą narzuca całej rozmowie Angela i opowiada o swojej przeszłości, o Marcu ‘68 i ciężkich doświadczeniach, które od lat spadały na Żydów, podkreślając, że nikt nie jest w stanie zrozumieć narodu, który opętany jest przeszłością i buduje swoją nową historię na grobach. Ta scena – kończąca się śmiercią Cili – jest kwintesencją spektaklu. I wzrusza, i bawi. Daje chwilę na oddech, by za moment uderzyć w czuły punkt.

Ostatnią sceną, która utkwiła mi najbardziej w pamięci jest przemówienie Motke (Marek Kalita) na pogrzebie Heni (Ewa Dałkowska). Kilka zdań wygłoszonych do niewielu już żyjących osób, znów słodko-gorzkich, które kończą się słowami:

„Panie, Ty dałeś nam pogrzeby, żebyśmy pamiętali o życiu. Nie pozwól nam zapomnieć o śmierci także pomiędzy pogrzebami”.

Życie jest gdzie indziej – powtarzał tytułowy Krum w zrealizowanym przez Warlikowskiego przed trzynastu laty spektaklu, także na podstawie sztuki Levina. W Wyjeżdżamy słowa te zostają poddane negacji. Bo choć wszyscy gdzieś się spieszą, tęsknią za innym miejscem, za innymi ludźmi, ostatecznie wracają na stare podwórko i nie potrafią do końca wyrwać się ze świata, który znają od lat. Ze sceny padają słowa podkreślające, że zamiast ślepo gnać w nieznane, być może warto zatrzymać się tu i teraz, wziąć się w garść i wziąć w garść swoje życie, bez wmawiania sobie, że gdzieś indziej jest lepiej, piękniej i łatwiej.

Pomimo tematyki nowe dzieło Warlikowskiego nie epatuje bezgranicznym smutkiem. Każdemu daje szansę na własną interpretację. Widz ma wybór i szereg różnych bohaterów, z którymi może się utożsamiać. Ostatnia scena, traktująca o nieuchronności i równości wobec śmierci, choć szokuje dosłownością daje także nadzieję na wspólne spotkanie i zjedzenie lodów, na które Henię przez lata zapraszał w snach zmarły mąż – Cwi (Bartosz Gelner).

I w Wyjeżdżamy nie zabrakło tego z czego słynie już Warlikowski – pięknego widowiska. Niestety wciąż rzadko zdarza się, żeby muzyka dopełniała wizję reżysera i nie wpływała negatywnie na skupienie widza. Warlikowski z Mykietynem nieustannie działają w tej przestrzeni cuda. Podobnie jest zresztą w kwestii scenografii. Projekty Małgorzaty Szczęśniak sprawdzają się na dwóch płaszczyznach. Po pierwsze, przywołują wspomnienia zrealizowanych wcześniej spektakli, umożliwiając ciągłość artystyczną, a po drugie – zaskakują mnogością zastosowań i prostotą połączoną z pomysłowością. Pozornie ubogo zagospodarowana przestrzeń w kolejnych minutach przedstawienia odkrywa przed widzem zaskakujące rozwiązania.

Jako sceptyczny odbiorca nowych technologii w teatrze, z zaskoczeniem muszę także przyznać, że w Wyjeżdżamy wszystkie pomysły zostały obronione. Zarówno pojawiające się na ekranie daty urodzin i śmierci poszczególnych bohaterów, zobrazowane prywatnymi zdjęciami aktorów, jak i vlogi transmitowane na żywo przez Angelę nie wprowadzały dezorientacji, a trafnie uzupełniały całą historię.

I jeszcze chwilę o aktorach. Warlikowski zgromadził wokół siebie zespół odważnych, poszukujących, utalentowanych ludzi. Aktorów, o których mówi się często totalni. Chciałoby wymienić się ich wszystkich i o każdej roli napisać chociaż kilka zdań. Nie da się. Trzeba po prostu wybrać się do teatru i zobaczyć wrażliwość Piotra Polaka, dziewczęcość Ewy Dałkowskiej czy uwodzicielską nonszalancję Andrzeja Chyry. Bezsprzecznie najlepszą decyzją reżysera było zaproszenie do współpracy dwóch genialnych aktorek: Doroty Kolak i Janiny Jankowskiej-Cieślak. Oby więcej takich wyborów, spektakli i kolejnych dziesiątek lat Nowego Teatru.

Zdjęcie główne jest autorstwa Maurycego Jana Stankiewicza, pochodzi ze strony Nowego Teatru na Facebooku.

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany