Różewicz we współczesnym teatrze

Kiedy teraz myślę o moich latach czeladnika i ucznia poetyckiego, wiem, że poeta pobiera nauki od wszystkich: od wielkich i małych, od świętych i grzesznych, od błaznów i kapłanów, że musi się uczyć całe długie życie, aby napisać krótki wiersz – mówił Tadeusz Różewicz podczas uroczystości nadania tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Wrocławskiego w 1999 roku. Jednak w swoim życiu oprócz wielu krótkich oraz dłuższych wierszy, Różewicz napisał również kilkanaście dramatów, od lat niezmiennie obecnych na deskach teatrów nie tylko w Polsce, ale i na świecie. Dziś, w 4. rocznicę śmierci artysty, zapraszamy Was do przeczytania o trzech próbach zmierzenia się z Różewiczem we współczesnym teatrze – Kartotece rozrzuconej w Teatrze Studio, Białym małżeństwie w Teatrze Narodowym oraz Na czworakach w Teatrze Polonia.

Iga Herłazińska: Przez długi czas Różewicz funkcjonował w mojej świadomości jedynie jako poeta. Mam dwadzieścia cztery lata/ ocalałem/ prowadzony na rzeź.  Przeczytane w gimnazjum słowa wryły się w pamięć. Od tego momentu Różewicz był dla mnie symbolem poety straconego pokolenia, reprezentantem Kolumbów.

Na Kartotekę – czyli jego pierwszy i chyba najbardziej znany dramat  – natknęłam się już podczas świadomych poszukiwań teatralnych, na etapie czytania artykułów o teatrze absurdu. Myślę o Kartotece ze szczególną czułością, bo to naprawdę tekst wybitny. Przemyślany w formie, plastyczny, nie tracący na aktualności. Taki, o którym reżyserzy marzą, by wystawić go w teatrze. Jak to jednak z arcydziełami bywa, niełatwo jest się z nimi mierzyć. Kartoteka Rychcika, którą obejrzałam w Teatrze Studio wypadła w tym rozrachunku dość marnie.

Justyna Potasiak: Potencjalny realizator powinien rozrzucać tekst na swój sposób i według własnej koncepcji; ale nie radzę tego robić, ponieważ sprawę skieruję do sądu – pisał w didaskaliach sam Różewicz. Jednak Kartotekę rozrzuconą – czyli własną wizję Kartoteki – zaproponował już wiele lat temu Kazimierz Kutz. Dramat Różewicza charakteryzuje dość duża dowolność w kolejności scen i możliwość przeplatania jej scenami komentującymi, stąd duża jego podatność na wykorzystanie losów Bohatera, do mówienia o rzeczywistości współczesnej. Niestety mnie również rozczarowała wizja Radosława Rychcika, który w sposób bardzo dosłowny potraktował możliwości tekstu Kartoteki, używając jej do tworzenia spektaklu politycznego w takim znaczeniu, jakie jest dla mnie absolutnie nieznośne. Jego komentarz dotyczący współczesnej sceny politycznej, w ustach aktorów, tworzy niezrozumiałą, niewiele znaczącą mieszaninę słów, nazwisk – już nie wspomnę o tym, że jak na realia teatralne niestety bardzo ulotną, obawiam się, że zbyt ulotną jak na możliwość dotarcia do widza za rok, dwa… a być może nawet za miesiąc lub dwa, jeżeli wziąć pod uwagę dużą dynamikę zmian na polskiej scenie politycznej. Naprawdę szkoda, że piękne, uniwersalne prawdy, płynące z utworu (jak chociażby te, dotyczące problemów komunikacyjnych między ludźmi), zostały stłumione przez coś tak – w mojej opinii – banalnego, jak zdania bezpośrednio odnoszące się do PiSu, PO, konkretnych polityków…

IH: W moim mniemaniu Rychcik trochę się zapętlił, a potencjał sztuki zwyczajnie go przerósł. Kartoteka jako dzieło otwarte daje duże pole do manewru, jednocześnie narażając twórcę na pokusy nadmiernej ingerencji w tekst. W obejrzanym w Teatrze Studio spektaklu łączą się wątki i z Kartoteki z lat 60., i z jej rozrzuconej wersji z lat 90. Sceny ułożone są chaotycznie, musicalowe momenty (sic!) sprawiają, że chce się zatkać uszy i udawać, że niczego się nie słyszało, a pierwsza scena przerysowanego wywiadu Bohatera z dziennikarką jest średnio zachęcającą zapowiedzią tego, co dalej. Nie lubię spektakli, do których bez uzasadnienia, na siłę wprowadza się kamerę i ekran, na którym pojawiają się twarze aktorów. Rozumiem zamysł i nawiązanie do współczesnego świata, w którym każdy z nas jest więźniem technologii, zastępującej nierzadko drugiego człowieka i wyzuwającej nas z uczuć, ale tkwię w przekonaniu, że media w teatrze sprawdzają się naprawdę rzadko. Tutaj się nie sprawdziły – irytował mnie obraz w tle, który nie pozwalał skupić się na aktorach i ich wypowiedziach, dezintegrował sztukę i dezorientował widza. Mam wrażenie, że moja uwaga została utrzymana w ryzach tylko dzięki Bartoszowi Porczykowi, wcielającemu się w Bohatera. Porczyk grał świadomie i sprawiał, że chciało się śledzić każdy jego ruch. Szkoda tylko, że w połowie spektaklu na scenę wszedł dźwiękowiec, poprawił aktorowi mikrofon, wręczył butelkę wody i jakgdyby nigdy nic podreptał w kulisy. Magia prysła w sekundę.

JP: Magia. Właśnie. Mam wrażenie, że w teatrze nie o to chodzi, by na siłę i tak dosłownie wtłaczać w niego to, co nas otacza. Wtedy to już nie jest dla mnie spektakl, tylko publicystyka. A jeśli połączyć to z modnymi obecnie zabiegami unowocześniającymi, faktycznie tworzy się chaos i ulatuje to, co najważniejsze: refleksja. Już dziś czuję, że o Kartotece rozrzuconej zapomnę bardzo szybko.

Niestety podobnie jak o Białym małżeństwie w Teatrze Narodowym, gdzie poza historią i niezłą grą aktorską, nie ma nic. Nie ma przede wszystkim interesującego pomysłu, jak widza zaintrygować opowieścią – przynajmniej w założeniu – ukazującą istotny temat poszukiwania własnej tożsamości (w tym przypadku przede wszystkim seksualnej). Gdzieś uciekła głębia tekstu Różewicza, wyrazistość postaci (tak bardzo możliwa do osiągnięcia przy takiej obsadzie!), która mogłaby intrygować i prawdziwie opowiadać. Dramat, który w czasach, gdy został napisany, szokował i wywoływał nie lada poruszenie w społeczeństwie – oczywiście dziś trudno, by nadal działał w ten sam sposób, lecz by nie działał w ogóle? Artur Tyszkiewicz, reżyser spektaklu, z niezrozumiałych dla mnie powodów, bardzo ten tekst rozmył, do bólu wręcz zneutralizował, tak że w efekcie gubi się nawet mocne, wyraźnie zaakcentowane przez Różewicza zakończenie i uwypuklenie dramatu młodej dziewczyny. Szkoda, bo myślę, że Białe małżeństwo wciąż ma duży potencjał, aby być mocnym głosem w sprawie dorastania kobiety i tego, z jakimi problemami boryka się w tym czasie, jak trudno jest jej odnaleźć siebie pomiędzy społecznymi oczekiwaniami, którym może niekoniecznie chce sprostać…

IH: Niestety wynika z tego smutny wniosek, że współczesnym twórcom trudno jest skupić się na słowie, wyłuskać z niego to, co najistotniejsze, wsłuchać się w wybrzmiewającą historię. Tym bardziej jestem wdzięczna Jerzemu Stuhrowi, który w Teatrze Polonia zrobił prawdziwie różewiczowski, a jednocześnie trafiający do współczesnych widzów spektakl Na czworakach. Różewicza trzeba zrozumieć, zgłębić i dopiero wtedy porywanie się na przenoszenie jego dramatów na scenę ma sens. Stuhr o twórczości Różewicza napisał dwie prace dyplomowe, zachwycił się jego tomikiem Niepokój, potem ujął go rewolucyjny duch powojennego reformatora. Ta fascynacja ma swoje odzwierciedlenie w spektaklu. Słowo nie gubi się, historia zdziecinniałego poety Laurentego nie rozmywa. Widzowie oglądają spójną całość i choć nie wszystko potrafią zrozumieć – podsłuchałam w teatrze rozmowy kilku starszych pań – dają się porwać tej konwencji, śmieją się i wzruszają, by na koniec wynagrodzić aktorów gromkimi brawami. Myślę, że Różewicz byłby dumny z takiej inscenizacji, chociaż miał specyficzne podejście do (swoich) dramatów. Uważał, że najważniejszym etapem jest przeniesienie myśli na papier. Realizację traktował jako sprawę drugorzędną. Podobnie ja – uważam, że najpierw wypada Różewicza poznać, nieco się z nim oswoić, poczytać trochę o jego życiu i przekonaniach, zajrzeć do zbioru Teatr niekonsekwencji, a dopiero potem wybrać się do teatru, aby móc w pełni świadomie ocenić, czy to co zaproponowali artyści bliskie jest temu, co głosił poeta.

Iga Herłazińska

Mogłaby zamieszkać w teatrze. Wszystko ją tam ciekawi i zachwyca. Lubi się włóczyć, podróżować. Banalnie - kocha żyć. Kocha też kawę z mlekiem, wiersze Osieckiej i stare filmy.

Brak komentarzy

Zostaw komentarz

Twój adres email nie będzie publikowany